Blog > Komentarze do wpisu
Michalski i Wildstein z Bodakowskim w tle

 

Cezary Michalski 

http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20131114/tecza-bialo-czerwona:

W naszej prawicowej Polsce wkrótce będzie można być Żydem, pod warunkiem, że założy się czapkę z pawimi piórami i zacznie tańcować obertasa. Są już tacy, którzy tę drogę testują w Gazecie Polskiej Codziennie i w TV Republika. Wiemy zatem, że taka droga do bycia tolerowanym przez prawicę istnieje. Będzie też w prawicowej Polsce można być gejem, ale pod warunkiem, że się będzie gejem heteroseksualnym. Będzie wreszcie można być w prawicowej Polsce tęczą, pod warunkiem, że będzie się tęczą biało-czerwoną.

Przekonuje nas o tym facebookowa inicjatywa zastąpienia spalonej po raz kolejny przez narodowców tęczy na Placu Zbawiciela „tęczą biało-czerwoną”. Autorzy tej inicjatywy piszą: „Nie chcemy rozmawiać o narodowcach, homoseksualistach, kibolach i jacykowach. Rzuciliśmy Wam propozycję, może macie lepszą? Nie jesteśmy żadną organizacją Narodową, ani zwolennikami organizacji homoseksualnych. Jesteśmy zwykłymi mieszkańcami Warszawy. Proponujemy zbudować tęczę biało-czerwoną. Będzie ona symbolizowała nas wszystkich Polaków, nasze barwy. Wszyscy będą zadowoleni: mieszkańcy Warszawy, przyjezdni, biedni, bogaci, homoseksualiści, hipsterzy, narodowcy, jutuberzy, blogerzy, kibice. Wszyscy!” (cyt. za Gazeta Wyborcza, bo na Facebook od jakiegoś czasu nie wchodzę, nerwy mam już na to za słabe, dieta ze szczawiu i mirabelek nie pomaga).

Autorzy tego manifestu uważają się pewnie za ludzi tolerancyjnych, sympatycznych, świeżych. I tak jak Pan Jourdain nie wiedział, że mówi prozą (patrz, Molier, „Mieszczanin szlachcicem”, 1670), tak oni nie wiedzą, że mówią językiem zwyczajnego faszyzmu. W weimarskich, słabych, liberalnych Niemczech było mnóstwo zadym, jedni ustawiali na placach tęcze czerwone, inni w trzech tradycyjnie niemieckich kolorach, jeszcze inni brunatne. Chodzono też w wielu różnych pochodach, zwykle przeciw sobie.

Dopiero kiedy ze wszystkich okien spłynęły swastyki, w kraju zrobił się spokój. „Wszyscy byli zadowoleni”, „wszyscy poszli razem”, „przyjezdni, biedni, bogaci, homoseksualiści, hipsterzy, narodowcy, jutuberzy, blogerzy, kibice. Wszyscy!”. 

Nie jestem za tłuczeniem się na ulicach, bo w ogóle nie jestem za tłuczeniem się gdziekolwiek. Jednak dopiero taka jedność, taka wspólnotowość, która nie widzi problemu w zastąpieniu tęczy flagą narodową, jeśli narodowcy tęczę wcześniej spalą, jest wizją głęboko antyliberalną (komu to w Polsce przeszkadza, prawicy? lewicy?), precyzyjnie rzecz biorąc, właśnie faszystowską. Obojętnie, jaka flaga, barwa czy symbol mają tę martwą jedność symbolizować.

Kiedy jednak pod inicjatywą biało-czerwonej tęczy zbierze się milion lajków – a nie jest to trudne – powinniśmy uznać, że „zlekceważyć miliona nie można” (cyt. za Kaja Malanowska). Łatwiej zlekceważyć jednostkę, która się tego miliona boi albo temu milionowi nie ufa. Gdyż lud, choćby wirtualny (ale skąd dziś wziąć lud realny?), w takiej liczbie nie może się mylić. I powinniśmy pomóc ludziom „kochającym jedność” budować „biało-czerwoną tęczę” („biało-czerwona tęcza” to sprzeczność w pojęciu, ale głód wspólnotowości na skróty zawsze wygrywał z logiką) na Placu Zbawiciela. Wreszcie razem z Robertem Mazurkiem, wreszcie razem ze smoleńskim tłumem, wreszcie razem z państwem Elbanowskimi. Wszyscy, którym tak trudno znieść poczucie bycia mniejszością, wyosobnienia z tłumu, samotności w tłumie, będą się mogli w jednym tłumie odnaleźć. Mnie w tym tłumie nie będzie. I to nie dlatego, że „czuję się Ortegą y Gassetem” (tak z kolei przedstawił się autor jednego z dość przewidywalnych listów do „Gazety Wyborczej” po wydarzeniach 11 listopada, który wobec tłumu odczuwa elitarną „inteligencką” wyższość). Tak na marginesie, nie sądzę, żeby człowiek publicznie uważający się za Ortegę y Gasseta rzeczywiście Ortegą y Gassetem był. Ja Ortegą y Gassetem na pewno nie jestem, więc nie odwracam się od biało-czerwonego tłumu z poczuciem elitarnej „inteligenckiej” wyższości (dlaczego w tym kraju prymitywny elitaryzm wciąż nazywa się „inteligenckością”?), ja się odwracam od biało-czerwonego tłumu z poczuciem bycia w tym tłumie pariasem. I odwracam się po to, aby innych pariasów przed tym tłumem bronić. Pariasów, indywiduów niepewnych swojej „tożsamości”, dziwaków, a nie innych „Ortegów y Gassetów”, których – znów mówiąc może nieco nazbyt szczerze – w dzisiejszej Polsce w ogóle nie widzę.

Czerwieni nie lubiłem nie dlatego, że była barwą „robotniczej krwi”, ale nie lubiłem jej wtedy, gdy była barwą totalitaryzmu, a później gnijącego autorytaryzmu w tym kraju. Biało-czerwonej na swój sposób broniłem (raczej nieskutecznie), jak trzeba jej było bronić albo jak wydawało mi się, że bronić jej trzeba. Dziś uważam, że trzeba bronić przed biało-czerwoną („tęczą”, flagą, kokardą) wszystkich innych kolorów. No może poza brunatnym, bo to też kolor, który dążenie do absolutnego monopolu ma wpisane w swoją barwę.

A tymczasem w polskim Weimarze, ach jak to w Weimarze, Cimoszewicz, Palikot, Miller... zamiast najpierw wspólnie – choćby i wspólnie z tą straszliwą Platformą - poradzić sobie z narodowcami, a dopiero później przejść do rozrachunków wzajemnych, pomagają narodowcom puknąć Sienkiewicza. Ja widziałem satysfakcję Gowina z puknięcia przez narodowców Krytyki Politycznej, więc mnie to nie bawi. Zresztą tym razem Gowin też nie narodowców obciąża odpowiedzialnością za wydarzenia na warszawskich ulicach, ale Sienkiewicza. W obecności głęboko usatysfakcjonowanego Rymanowskiego przedstawił tegoroczny marsz niepodległości jako „marsz kilkunastu tysięcy spokojnych ludzi”, do których „dołączyło się kilkuset chuliganów”.  Gowin zapomina, że to jego niedoszły sojusznik Wipler przez kilka ostatnich lat organizował narodowych kiboli, zresztą dla PiS-u, tyle że dziś PiS już się do kiboli nie przyznaje, bo oni nie przyznają się już do PiS-u. Ani też nikt nie przyznaje się już do Wiplera. Mnie te wszystkie rodzaje wewnątrzweimarskiej satysfakcji zupełnie nie bawią, są bowiem złowieszczo wprost krótkowzroczne.

Nawet Gowin to przecież w końcu też człowiek miękkiego, garniturowego Weimaru i choćby się swoim ukochanym narodowcom nie wiadomo jak podlizywał, powieszą go kiedyś na haku. 

Z drugiej strony, polityczny patron Sienkiewicza, Donald Tusk, chciał (i nadal próbuje) Polską rządzić sam, nawet bez Schetyny i własnej partii, już nie mówiąc o jakimkolwiek koalicjancie zewnętrznym traktowanym partnersko. Przez to właśnie całkowicie politycznie zmarnował zwycięstwo 2011 roku. I wszyscy polscy makiaweliści za trzy grosze, którzy wcześniej widzieli w nim uosobienie Księcia, teraz się od niego odwrócą, już się odwracają. A na koalicję może być za późno. Tusk słabnie, a z drugiej strony nikt jemu jako koalicjantowi może już nie uwierzyć (tak jak – mam nadzieję – nikt jako koalicjantowi nie uwierzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, uwierzył mu Lepper i już nie żyje, dosłownie; uwierzył mu Giertych i już nie żyje politycznie, nawet jeśli duch jego wciąż chodzi po mediach). A jednak z kogoś tę koalicję zlepić trzeba będzie. Trzeba będzie coś złożyć z czterech nieoszalałych jeszcze do końca elektoratów (PO, SLD, TR, PSL), bo ani w ramionach prawicy smoleńskiej, ani w ramionach prawicy narodowej Polski zostawić bym nie chciał.

Tekst Michalskiego komentuje Wildstein Młodszy na Forum Żydów Polskich w felietonie pt. "Czy krytyka Polityczna nie lubi "żydków" i "murzynów", bo słusznie poczuł się jego adresatem.

http://fzp.net.pl/opinie/czy-krytyka-polityczna-nie-lubi-zydkow-i-murzynow

Powstaje pytanie, czemu zajmować się tekstem Michalskiego? Przecież wystarczy trochę poczekać, wiatr dziejów powieje, Michalski znajdzie zatrudnienie w Ruchu Narodowym albo w PiSie...

A jednak warto. Ponieważ pokazuje on jedną z większych chorób trapiących lewicę, którą - na potrzeby tego tekstu - można nazwać upupianiem mniejszości.

Schemat ideologiczny, w który ma wejść reprezentant danej mniejszości, jest dość jednoznaczny – pełna akceptacja światopoglądu swoich domniemanych „obrońców”. Kto się z niego wyłamuje, ten nie ma prawa do szacunku. Mniejszość jest więc tylko o tyle ciekawa, o ile spełnia warunki lewicowe. Innymi słowy – póki zgadza się z jej opiniami. A nie daj Boże, jak się wychyla. Konserwatysta i Żyd. Prawicowiec i Arab. Rom i kapitalista (czy tam neo-liberał). Głęboko wierzący czarnoskóry chrześcijanin. Tacy nie mają prawa istnieć. Są wrogami. Działają na szkodę swojej krwi. Wyrywają się ze schematu. Zaburzają obraz świata. Co robić z nimi? Wyeliminować. Okpić. Wykluczyć z grona danej mniejszości. Tacy właśnie najbardziej drażnią część polskiej lewicy - tę, która nie ludzi, ale grupy etniczne chce nieść na swych sztandarach. No bo co jakieś żydki i murzyny będą się wymądrzać? Wystarczy wspomnieć nienawiść wobec posła Godsona, który zamiast być grzecznym i czarnoskórym obiektem polskiej nienawiści religijnej, oświadczył, że jest chrześcijaninem i chce walczyć o zakaz aborcji. No - zdrajca własnej rasy... Tylko, że ten termin „zdrajca własnej rasy” kojarzy się dość mocno z pewnymi stronami pryszczatych idiotów z Blood and Honor.

Tymczasem sprawa jest prosta. W każdej mniejszości istnieją ludzie o poglądach lewicowych i prawicowych. Bardziej konserwatywni, bądź mniej. Religijni i tacy, co z religią walczą. Itd. I dobrze. To świadczy o kolorycie danej grupy.

Można wręcz powiedzieć, że np. w wypadku Żydów czy czarnoskórych emigrantów w Europie dochodzi do paradoksu, gdy większość z danej grupy nie mieści się w postępowej definicji mniejszości. Czyli np. ośmiela się być członkami konserwatywnych wspólnot religijnych i wierzyć w taki reakcyjny byt jak Pan Bóg. Słyszeliście o nim, Państwo?

Tymczasem sens debaty publicznej będzie istniał tylko, póki będzie się dyskutować o tym, jaką wartość mają dane poglądy, a nie jaka krew ma je determinować.

Niestety przyjęty sposób patrzenia na mniejszości, który między innymi reprezentuje Michalski, kończy się po prostu rasizmem. Wiarą, że nie wolny wybór, nie refleksja, ale krew ma determinować poglądy. Coś czuję, że Michalski w wielu sprawach zgodziłbym się z tak znienawidzonymi przez niego neofaszystami... Może czas, by zamówił sobie z nimi pięć piw?

Piszę ten tekst - wbrew pozorom - jako wyraz wiary w część środowiska lewicowego, w tym samej Krytyki Politycznej. Jestem głęboko przekonany, że - przy odrobinie dobrej woli - lewica jest w stanie wyzwolić się z okowów rasizmu i sprowadzania poglądów politycznych do spraw krwi. Jestem przeświadczony, że lewica jest zdolna dyskutować, abstrahując od etnicznego pochodzenia swoich oponentów, jestem pewny, że jest ona w stanie podjąć się walki na poglądy, a nie szperanie w genealogii przeciwnika...

Ba - jestem nawet przekonany, choć może się mylę okrutnie, że nawet taki Michalski jest do tego zdolny. Trzymam kciuki!

Ciekawe, gdzie Wildstein Młodszy widzi w tekście Michalskiego choć cień antysemityzmu. Bo jeśli Michalski odnosi się do mniejszości narodowych, to jedynie w kontekście pogardy, jaką mają tzw. narodowcy właśnie do wszelkich mniejszości. To Wildstein zasila marsz skrajanej prawicy do władzy, próbując uwiarygodnić ruchy nacjonalistyczne, jako wolne od rasizmu i ksenofobii. Wciela się w rolę daną mu z mocy urodzenia, czyli polskiego Żyda, starając się zasłonić chłopców, którzy wznoszą hasło: „Cała Polska tylko biała. Ale za każdym razem, niezależnie od tego, czy wciela się w doktora Jekylla: Żyda - konserwatystę, czy pana Hyde'a - ksenofobicznego kibola, glanuje wszystkich, którzy piętnują lub tylko nawet dostrzegają przejawy antysemityzmu w społeczeństwie. 

Personalny atak Michalskiego na Wildsteina Młodszego nie ma charakteru antysemickiego: nie uderza w Żyda, ale w hipokrytę, cynika i świnię. Nikt wszakże nie zabrania być Wildsteinowi i konserwatystą i Żydem. Przynajmniej nikt z lewej strony. Tak jak nikogo nie zdziwi widok Araba - nacjonalisty, czy Roma - przedsiębiorcy; to koledzy Wildsteina hołdują stereotypom: Arab - terrorysta/talib, Rom - złodziej/nieuk, Murzyn - brudas/nierób. Tyle, że trudno akceptować stan, gdy Żyd wspiera organizacje antysemickie i obsmarowuje (zresztą w mało wybredny sposób) wszystkich, których taki widok dziwi. 

I rację ma Michalski, który przyobleka Wildsteina w strój z cepelii. 

Jan Bodakowski (https://www.facebook.com/jan.bodakowski.3), guru skrajnej prawicy, z którym Wildstein Młodszy próbował podejmować dyskusje, tak pisze o publicyście GPC:

Dawid Wildstein i Samuel Pereira, w kwestii wizerunku, odbiegają od stereotypu Polaka bliskiego sercu większości wyborców PiS. Obaj noszą stereotypowe niepolskie imiona, mają stereotypowy wygląd nie Polaków, z nienawiścią atakują polskich nacjonalistów. Dodatkowo nadający ton dyskusji Wildstein, noszący w studiu czapkę, ma trudności w sprawnym posługiwaniu się językiem polskim. Nie zorientowany widz, oglądając ich nieporadne występy, mógłby odnieść że to o ich gazecie Stanisław Michalkiewicz powiedział że to niepolska gazeta dla Polaków.

http://wirtualnapolonia.com/2013/03/10/dawid-i-samuel-z-gazety-dla-polakow-zmasakrowani/

Co robi więc Widstein Młodszy, gdy opluwają go ci najprawdziwsi Polacy? Albo mówi, że pada deszcz, albo przepoczwarza się w Mr Hyde'a i hajda na tych którzy opluwanie zauważają: na Żyda Michnika i komucha Michalskiego.

Jak widać, nawet czapka z pawimi piórami i obertas nie wszystkich przekonuje. Z pewnością nie tych, którzy wielką cnotę czynią z tego, że sami wizerunkowo nie odbiegają od stereotypu Polaka, którzy nie posiadają stereotypowych niepolskich nazwisk i nie mają wad wymowy.


poniedziałek, 02 grudnia 2013, gkur

Polecane wpisy

zBLOGowani.pl