RSS
czwartek, 31 stycznia 2013
Lutosławski

Mój brat poprosił mnie o jakąś płytę z nagraniami muzyki Witolda Lutosławskiego.  Mile mnie to zaskoczyło, ale też wprawiło w kłopot. Bo co wybrać, żeby go nie zrazić? O Lutosławskim stało się głośno, bo minęła właśnie 100. rocznica urodzin kompozytora, a bieżący rok będzie obfitował w wykonania jego kompozycji. Moja przyjaźń z muzyką Lutosławskiego zaczęła się od jednego z jego szczytowych dzieł, III symfonii, niejako przez przypadek, bo była to jedyna płyta z nagraniami tego kompozytora, którą można było kupić.  W tamtych czasach najzwyczajniej nie było dostępu do nagrań, a państwowe wytwórnie mające monopol wydawniczy, wypuszczały ledwie po kilka tytułów rocznie. Muszę przyznać, że dla laika to muzyka bardzo trudna w odbiorze, bo pozbawiona melodii, w sensie potocznym, tradycyjnym. Słuchacz bez wykształcenia muzycznego, nawet jeśli opanował kanon muzyki klasycznej, ma na ogół problem z odnalezieniem się w muzyce, która wychodzi poza system organizacji dźwięków, znany jako „dur-moll”. Ten system tonalny został ukształtowany w muzyce renesansu i baroku, a więc  jakieś  500 lat temu. Z nim kojarzy się to, co melodyjne i „wpadające w ucho”. Znamy go z muzyki Bacha, Mozarta, Chopina, Schumana, Brucknera i Dworzaka. Dla większości słuchaczy muzyki klasycznej, ale też rockowej jest on czymś naturalnym, mówiąc krótko: sprawia, że potrafimy zanucić coś co wcześniej słyszeliśmy. Oczywiście muzyka Mozarta, Haydna i Beethovena zasadniczo różni się od dokonań Vivaldiego, Haendla i Bacha, bo rzeczą naturalną jest, że celem każdego twórcy jest poszukiwanie nowych środków wyrazu, odkrywanie, dokonywanie syntez i próba stworzenia jakiejś nowej jakości. Doświadczenia poprzednich pokoleń są rozwijane przez następne. Nie było epoki, może poza czasami totalitaryzmu, żeby twórcy nie dokonywali jakiegoś zasadniczego odkrycia. Dotyczy to każdego obszaru działalności artystycznej: albo jest się poszukującym artystą albo artystą – rzemieślnikiem, który robi rzeczy wspaniałe, ale bazuje na tradycji lub na dokonaniach rówieśników, którzy w sztuce dokonali jakiegoś przełomu. Każde czasy mają swoich genialnych artystów i wspaniałych rzemieślników. Lutosławski niewątpliwie był genialnym artystą, który muzykę rozwinął.

Moje wspomnienia wiązane z percepcją dźwięków są takie, że przez wiele lat w muzyce, niejako na siłę próbowałem znaleźć „melodię”. Melodia jest nierozerwalnie związana z muzyką doby klasycyzmu i romantyzmu i to głównie przez pryzmat muzyki tamtych epok próbowałem doświadczać muzyki nowszej. Niestety są to dwie różne jakości, których nie da się laikowi ze sobą prosto zestawiać. Melodia zwykle związana jest z jedną, określoną tonacją i używa dźwięków do niej należących. Dźwięki te muszą następować po sobie w logicznym porządku. Muzyka do końca XIX wieku była więc logiczna i w związku z tym przewidywalna. Znając kilka taktów można z grubsza przewidzieć jakie będą kolejne. Muzyka w takiej formie wyczerpała swoje możliwości. Dlatego muzyka wieku XX, uciekając całkowicie od melodii albo melodię „wykoślawiając” jest w odbiorze o wiele trudniejsza i wymaga skupienia i niemałego wysiłku intelektualnego. Warto jednak ponieść ten trud i przełamać schematy myślowe, bo „wycieczka po muzyce współczesnej” z pewnością wzbogaca.

Nowicjuszom polecałbym w pierwszej kolejności poznanie twórczości Lutosławskiego z lat powojennych – nawiązujące wyraźnie do muzyki Bartoka: rewelacyjny „Koncert na orkiestrę” (1954) oraz „Muzykę żałobną” (1954 – 1958). One świadczą o wielkim talencie ich twórcy. Później poleciłbym wcześniejsze kompozycje – „Wariacje symfoniczne” (1937) i I symfonię pisaną w latach okupacji.

Jak wspomniałem w mojej świadomości Lutosławski funkcjonował jako twórca III symfonii (komponowana w latach 1981 – 1983). Język muzyczny tego utworu był już dość „wygładzony” w porównaniu z wcześniejszymi, nowatorskimi utworami, jak „Gry weneckie” (1961 – 1963), II symfonia (1965 – 1967), Livre pour orchestre (1968), Preludia i fugi (1971). Dlatego początkującym słuchaczom poleciłbym, żeby najpierw posłuchali III Symfonii, potem utworów późniejszych, a na koniec zostawili wcześniejsze utwory. Koniecznie trzeba wysłuchać koncertu wiolonczelowego.

W kompozycjach, które powstały na początku lat 60. Lutosławski po raz pierwszy zastosował technikę „aleatoryzmu kontrolowanego”, która stała się jego wizytówką. Ta technika kompozytorska polega na rezygnacji w wybranych fragmentach utworu z podziału metrycznego identycznego dla wszystkich wykonawców utworu (po ludzku – każdy muzyk rozpoczyna w wybranym przez siebie momencie i gra w dowolnym tempie; dyrygent w tym czasie „odpoczywa”).


 

 

Hojarska VII kadencji

 

- Że ja mam wykształcenie rolnicze, technikum, to nie znaczy, że nadaję się do kopania rowów -   mówiła Danuta Hojarska,  jedna z najbarwniejszych postaci Sejmu IV i V kadencji. W trakcie kariery poselskiej uzupełniła wykształcenie, pozytywnie zdając egzaminy maturalne w 2004 roku. Na początku swojej pierwszej kadencji sejmowej została wiceprzewodniczącą Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Stanowisko straciła, gdy okazało się, że ma sprawę karną. W lipcu 2002 roku została skazana za to, że sfałszowała przepustki na widzenie z synem przebywającym w areszcie za rozbój. Złożyła apelację twierdząc, że wyrok był niesprawiedliwy, a sąd stronniczy. Wytoczono jej też proces w sprawie przywłaszczenia maszyn rolniczych kupionych z kredytu. Została w tej sprawie prawomocnie skazana na karę 1,5 roku więzienia z warunkowym zawieszeniem jej wykonania oraz na grzywnę. W listopadzie 2007 prowadzono wobec niej około 30 egzekucji komorniczych na łączną kwotę około 2 mln złotych. Hojarska nie tylko była pozywana, ale też sama pozywała. W grudniu 2006 wytoczyła sprawę karną Szymonowi Majewskiemu. W pozwie zarzuciła satyrykowi, że ten w programie „Szymon Majewski Show” emitowanym w TVN „wielokrotnie ją pomówił o takie postępowanie i właściwości, które poniżyły ją w opinii publicznej i doprowadziły do ryzyka utraty zaufania potrzebnego do wykonywania mandatu poselskiego”. Jej sobowtór pokazany w programie miał zmierzwioną, dymiącą fryzurę i owłosioną klatkę piersiową. Mówiła wtedy:  - Majewski przekroczył wszelkie granice. Zrobił ze mnie prostą, wiejską babę! Nigdy nie chodziłam w białych rajstopach, nie nosiłam też tylu złotych pierścionków. Tymczasem w programie ciągle tak mnie przedstawiają. W dodatku parodiująca mnie aktorka ma dekolt porośnięty jakąś sierścią. A ja przecież jestem normalną kobietą!

Hojarska słynęła z bon-motów:

O Niesiołowskim: Poseł Niesiołowski przez całe życie robi badania nad muchówkami. Nad tymi muszkami czarnymi. Ja podejrzewam, że one mu rozum wyjadły.

O Gronkiewicz-Walz: (…) taka wielka dama, a w za krótkich garsonkach chodzi. Ja swoje kupuję na Stadionie Dziesięciolecia albo na rynku w Nowym Dworze.

O seks-aferze w Samoobronie: Nikt mnie jeszcze nie molestował, a może bym chciała?!

O wolności słowa: Samoobrona, która potrafiła zablokować mównicę sejmową, będzie także umiała zamknąć usta tym dziennikarzom, którzy opluwają księdza Jankowskiego.

O pryncypiach: Nie jestem taką osobą, którą da się kupić. Chcę móc spokojnie spojrzeć w lusterko.

W 2002 roku podczas Kongresu Samoobrony wieszczyła Lepperowi:Drogi marszałku! Wiedz, że Gdańsk to już nie „Solidarność” - to silna Samoobrona, która z tobą przejmie władzę i murem za tobą stoi”. Można powiedzieć, że mimo lichutkiego wykształcenia i obycia okazała się być wizjonerką.

Hojarska, ta prosta kobieta, matka pięciorga dzieci, myślała prosto, mówiła prosto, zachowywała się prosto. Była prostaczką, która zbiegiem okoliczności zrobiła karierę polityczną niczym powieściowy Dyzma, ale w gruncie rzeczy pozostawała serdeczna i na swój sposób uczciwa. Stała się przedmiotem kpin, tak samo jak stałby się wieśniak, który kupił szlachectwo, jak nuworysz, któremu z butów wystaje słoma.

Taki „koloryt” mógł kiedyś nawet bawić. Teraz polski sejm i polityka zyskały nowy model Hojarskiej, w „posmoleńskiej” wersji, skrojony na miarę nowych czasów.

Nowa Hojarska czas zaoszczędzony na przyjemnościach wieku młodzieńczego, a potem płodzeniu potomstwa, pracy na roli i organizowaniu blokad spożytkowała na zdobycie wykształcenia i tytułu naukowego. Nowa Hojarska już sama sobą nie śmieszy, ale też jest w stanie rozbawić do rozpuku dużą salę wypełnioną ludem smoleńskim prostymi uwagami o fizjonomii Anny Grodzkiej. Nie da się kpić z „nowej Hojarskiej”, tak jak trudno byłoby nam się śmiać z dowcipów na temat Goebbelsa.

Wystąpienia „Hojarskiej VII kadencji” z przerażeniem śledzę od dłuższego czasu (szerszej publiczności jest znana dopiero od kilku dni z wypowiedzi dotyczących związków partnerskich) i nie pojmuję jak ktoś taki może się cieszyć poważaniem. Ktoś, kto mówi chaotycznie i nieskładnie, jest nielogiczny, kaleczy język, obrzuca inwektywami wszystkich wokół nie ma prawa być wiarygodny! A jest.

Zagadka jest tym większa, że jej doświadczenie (albo raczej niedoświadczenie) życiowe zupełnie rozmija się z tezami, jakie głosi. Sama nie mając rodziny gardzi tymi, którzy nie pozostawią po sobie potomstwa. Ta, która prawdopodobnie nie zaznała szczęścia i nie wie czym jest uczucie dwojga (lub dwóch) ludzi, mówi wiele o motywach, które sprawiają, że tych dwoje (dwóch, dwie) chce sformalizować swój związek. Wskazuje, że to sex (pociąg płciowy, chęć obcowania płciowego – sam za bardzo nie wiem jak to nazwać, to dość niezręczne, ale taki był wydźwięk jej wypowiedzi) powodują, że ludzie chcą wstąpić w związek partnerski. Czegoś tak głupiego i nielogicznego nigdy nie słyszałem. No bo jeśli liczy się tylko sex, to żeby się „kochać” nie jest potrzebne pozwolenie urzędnicze lub świstek z USC. 

O Telewizji Trwam: (...) została ostatnim bastionem telewizji niezależnej, jest jedyną liczącą się stacją katolicką w Polsce. Jej obrona jest obroną pryncypiów, wolności, prawdy i uczciwości. Obrona Telewizji Trwam przed działaniami władz jest dziś nie tylko obowiązkiem jej widzów i słuchaczy, ale też powinnością wszystkich katolików, a nawet więcej – wszystkich przyzwoitych ludzi. Broniąc Telewizji Trwam i Radia Maryja, bronimy nie tylko przestrzegania polskiego prawa, lecz także samych siebie.

O Grodzkiej (publiczny wykład): Grodzka? Grodzki? Mówię do niego „Proszę pana”, a on, że do sądu pójdzie. No to ja mówię, idź pan do sądu, jak ja widzę faceta koło siebie, to jak ja mam mówić? No twarz ma jak bokser (...) To nie jest tak, że jak się człowiek nażre hormonów, to jest kobietą. Kod genetyczny tu decyduje. Daj pan badanie krwi, zrobimy. Tego nie zmieni żadna operacja. (...) 

O powinnościach poety: Wisława Szymborska kojarzy mi się z Noblem, ale nie kojarzy z Polską, z polską wierzbą ani z polską historią. Poeta ma swoje obowiązki wobec kraju i narodu.

O związkach partnerskich: Społeczeństwo nie może jednak fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społeczeństwo nie ma żadnego pożytku, a tylko ze względu na łączącą ich więź seksualną. (...) Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą. Projekty są sprzeczne z konstytucją, są szkodliwe, niesprawiedliwe, naruszają zasadę równości, prawo do intymności. Ekshibicjonistycznie pozwalają obnosić w przestrzeni publicznej skłonności seksualne, czym naruszają poczucie estetyki i moralności większości Polaków.

O Kongresie Kobiet: Na każdej tego typu imprezie, która ma w tytule słowo "kobieta", stale w pierwszym szeregu widzimy te same panie: Nowicką, Gronkiewicz-Waltz, Bochniarz, naczelną kobietę kowboj w Polsce. Czy naprawdę nie mamy w Polsce innych kobiet? Całe to przedstawienie ma na celu propagowanie lewackich postaw. Jest też sprzeczne z polską konstytucją, z artykułem 18., który chroni rodzinę i nie pozwala na fetowanie tego typu działań".

O Unii Europejskiej: Nie ma wolności gospodarczej w UE, panuje socjalizm, czyli jak dawniej u nas gospodarka centralnie sterowana. (...) Niestety Polska wyjść z Unii nie może. Jesteśmy w tak dużych zależnościach finansowych z Unią, że lepiej byłoby dla nas gdyby UE się rozpadła (...) Najważniejsze, że Polska po rozpadzie UE odzyskałaby suwerenność. Zaczęlibyśmy budować polską gospodarkę znów od podstaw, głownie o istniejący polski kapitał. 

O feministkach: Tragiczna śmierć Madzi jest efektem stylu życia, który propagują feministki, buntu przeciwko tradycyjnej hierarchii wartości, w której najważniejsza jest rodzina, brak egoizmu. One zamiast tego proponują filozofię totalnego luzactwa, lekceważenie innych. 

Z posiedzenia sejmu w dniu 24.10.2012.: Spierdalaj.

Troglodyta z tytułem profesorskim.


http://vod.gazetapolska.pl/3210-homoseksualizm-slepa-ulica

poniedziałek, 28 stycznia 2013
Konserwa tarnogórska

Dlaczego nie zagłosuję na PO? Bo puknąłem się w głowę, zgodnie z zaleceniem posła ziemi tarnogórskiej, i przejrzałem: zamiast empatii widzę ideologię, zamiast głosu rozsądku słyszę wyświechtane prawicowe frazesy. Słowem „partia miłości” jawi mi się teraz jako przypudrowany PiS.

Tomasz Głogowski mówi o sobie „megakonserwatysta” i afiszuje się, że głosował „oczywiście za odrzuceniem w pierwszym czytaniu wszystkich projektów wprowadzających tzw. związki partnerskie. Bo „małżeństwa gejowskie, czy też heteroseksualne związki partnerskie jako alternatywa małżeństwa to jakieś dziwactwo, fanaberia funkcjonująca w paru krajach, których społeczeństwa chyba nie miały ważniejszych problemów na głowie. (...) to fanaberia tymczasowa, a wiele krajów, które takie dziwactwa prawne wprowadziły, w przyszłości będzie je likwidować.”

Od doktora nauk humanistycznych wymagałbym więcej ogłady i otwarcia na drugiego człowieka. Od obywatela, któremu przyszło żyć w XXI wieku - jakiegoś minimum wiedzy o społeczeństwie i naszych sąsiadach, tego, że czasem włączy odbiornik telewizyjny i posłucha wiadomości ze świata. Od posła – znajomości prawa w stopniu podstawowym.

Tymczasem poseł Głogowski nie odróżnia w ogóle związków partnerskich od małżeństw jednopłciowych. Związki partnerskie funkcjonują w  w sumie w 16 z 27 państw Unii Europejskiej, małżeństwa „jednopłciowe” w 6 krajach europejskich (http://pl.wikipedia.org/wiki/Rejestrowany_zwi%C4%85zek_partnerski).

Według posła – humanisty kilkanaście (więcej niż 10) znaczy tyle samo co parę (dokładnie 2).  Związki partnerskie w krajach cywilizowanych mają się dobrze i zyskały akceptację tamtejszych społeczeństw. Czy pan poseł podróże odbywa tylko na trasie Tarnowskie Góry – Częstochowa – Warszawa Centralna? Czy pan poseł nie włącza telewizora?



Na granatowo zaznaczone są kraje, w których dopuszczalne są małżeństwa osób tej samej płci, na niebiesko - kraje, w których funkcjonują związki partnerskie.

 

Jako osobę, która tworzy prawo prosiłbym pana posła o wskazanie prostych rozwiązań prawnych,  które likwidowałyby problemy, jakie napotykają w życiu codziennym osoby żyjące w związkach nieformalnych. Poseł Głogowski twierdzi, że „wiele osób wskazuje, że zdecydowaną większość z tych rzeczy można zrealizować na bazie funkcjonującego prawa”. To mit. To teoria.

Pan poseł twierdzi, że medialna wrzawa i niezadowolenie z postawy posłów Platformy to jedynie „internetowa akcja garstki gejowskich aktywistów udających niezadowolonych wyborców PO” i że to jest dla niego śmieszne. Dodaje: „Jeśli ktoś uważa, że Polacy wybierali Platformę po to, żeby wprowadziła małżeństwa gejowskie powinien puknąć się w głowę.” To akurat poseł jest śmieszny, a w zasadzie żenująco-śmieszny. Nikt nie oczekiwał od PO, że wprowadzi małżeństwa homoseksualne, a jedynie, że ta formacja nie będzie na tyle tchórzliwa, żeby uciekać od różnych spraw światopoglądowych, w tym od dyskusji na temat związków partnerskich. Tymczasem posłowie odrzucili projekty, zamykając dyskusję, która w zasadzie w ogóle się nie rozpoczęła. A demokracja – o czym poseł powinien wiedzieć – polega również na dialogu.

Nie wiem, czy to smród ignorancji, czy może raczej hipokryzji. A może tak cuchnie mocno przeterminowana megakonserwa.



 

Kronika

Redaktor Marcin Hałaś na blogu „Życia Bytomskiego” przypomina aktualnym władzom Bytomia, że powinny zrobić porządek z galerią „Kronika”. W artykule „Chłopcom z Kroniki znów się upiekło” pisze między innymi tak:

Centrum Sztuki Współczesnej "Kronika" ma swoje za uszami. Prowokacyjny fotomontaż, pokazujący Benedykta XVI jak krwawego "urywacza głów", zaprezentowany kilka dni przed wizytą papieża w Polsce. Projekcja filmu "Podziemne państwo kobiet", który można uznać za proaborcyjną agitkę. Włączenie się w lewacką akcję blokowania Marszu Niepodległości w Warszawie. Nie stanowi tajemnicy, że środowiska związane z ugrupowaniami, które wygrały wrześniowe wybory samorządowe - planowały dokonanie korekt w działaniach Kroniki. Nie chodziło o jej likwidację, czy "pacyfikację", ale o większe otwarcie na środowiska artystów bytomskich i publiczność inną niż wyznawcy tzw. "sztuki krytycznej". Teraz plany te zostały zawieszone na kołku. Finansowe bagno w Śląskim Teatrze Tańca sprawiło, że nowe władze musiały w pierwszym rzędzie zająć się problemami tej instytucji. A trudno - mówiąc terminologią militarną - "otwierać dwa fronty".

Panie Redaktorze!

Z tekstu na tekst staje się Pan coraz bardziej prymitywny. To już jest czysta propaganda. Taka czarno-biała optyka, bez próby uchwycenia „różnych odcieni szarości”. Ale cel uświęca środki, a Pana ambicją od lat jest, żeby takie instytucje jak „Kronika” zniknęły z mapy Bytomia.

Ten tekst to czysta manipulacja. Pan najzwyczajniej podpuszcza decydentów do podjęcia szybkich działań, wytykając  im, że jeszcze nie zajęli się „Kroniką”. Jeszcze parę podobnych tekstów i albo prezydent zawczasu zadziała, dokonując  - jak Pan to ładnie określa - „korekt w działaniach Kroniki”, albo zostanie postawiony przez „Życie Bytomskie” pod pręgierzem za to, że finansuje „lewactwo” lub „promuje aborcję”. Podobna sytuacja  jak ze ŚTT – łatwiej zamknąć instytucję, jeśli lokalna prasa pisze o niej „finansowe bagno”, „stajnia Augiasza”.

Panie Redaktorze!

Bardzo często używa Pan określeń zupełnie nieadekwatnych, karykaturalnie przerysowanych, tylko po to żeby kogoś zdyskredytować. Np. lewactwo. To „hasło – wytrych” prawicowych prymitywów. Według leksykonów oznacza ekstremalną lewicę (czyli skrajne postawy antykapitalistyczne i zarazem rewolucyjne). Ktoś protestuje przeciw faszyzującym pochodom – wmawiacie, że to lewak.  Nie zgadzacie się z czyimiś poglądami – trąbicie, że kontestujecie lewactwo. Ktoś pisuje do „Krytyki Politycznej” – to zasługujący jedynie na pogardę lewak (a z pewnością niegodny tego, by z nim dyskutować). Ktoś nie czci kultem ojca Rydzyka i Radio Maryja – lewak lub leming.

Pisze Pan, że ingerencja władz miasta w charakter „Kroniki” zaowocowałaby dramatycznymi tekstami w „Gazecie Wyborczej”. Z pewnością ma Pan rację – krytyka takich działań znalazłaby się i w „Gazecie  Wyborczej” i innych, bardziej fachowych od „Życia Bytomskiego” czasopismach. Trzeba być naiwnym, żeby wierzyć w Pana opinię, że „rozszerzenie profilu działalności” jedynie spowoduje „większe otwarcie na środowiska artystów bytomskich i publiczność”. To większe „otwarcie” władze miasta mogą w każdej chwili realizować POD INNYM SZYLDEM i W INNYM MIEJSCU (w końcu mają oszczędności związane z likwidacją Śląskiego Teatru Tańca, a w spadku po ŚTT wspaniały obiekt, jakim jest cechownia Kopalni Rozbark, który również może służyć działalności wystawienniczej). Póki co „Kronika” – czy się Panu podoba czy nie – jest  cenionym ośrodkiem kultury, o którym się dużo pisze i mówi, poza „Życiem Bytomskim” na ogół w superlatywach, jedną z wizytówek miasta. Jej rola najpewniej zostałaby sprowadzona do małomiasteczkowej, nijakiej galerii, jakich są w Polsce tysiące, a przy tym prawdopodobnie realizującej zapotrzebowanie urzędników i prostych ludzi na „łatwo – ładne”.  Jestem nadto przekonany, że frekwencja masowego odbiorcy w „odnowionej” galerii nie byłaby większa – jakoś nie zauważyłem, żeby poza darmowymi koncertami plenerowymi lub nocą muzeów gmin bytomski masowo łaknął kultury wyższej.

Czy w końcu redaktor Hadaś i „środowiska związane z ugrupowaniami, które wygrały wrześniowe wybory samorządowe” dokonali na tę okoliczność badań preferencji mieszkańców lub zasięgnęli opinii jakichś kompetentnych gremiów (krytyków lub historyków sztuki)? Z pewnością nie, bo jak przypuszczam „odnowa” galerii ma być elementem walki ideologicznej lub/i leczeniem własnych kompleksów lub/i dowartościowaniem własnej działalności. Takie polityczno-kulturalne TKM w wersji lokalnej.

Siła takich instytucji jak „Kronika” tkwi w nieprzeciętności – mogą, a nawet powinny być kontrowersyjne i wyraziste, nie muszą schlebiać gustom Hałasia, Skalskiej i Bartyli. Profil ich działalności, o ile odnoszą sukcesy, nie może być wyznaczany przez miejscowych urzędników i politruków i być podporządkowany arytmetyce wyborczej. To się „Kronice” do tej pory udawało (albo jak mówi Hałaś „upiekało się”), choć Pan redaktor może sobie uważać, że do tej pory „Kronika” wspierała swoją działalnością – przynajmniej pośrednio – Koja lub Platformę Obywatelską, będąc listkiem figowym dla poprzednich władz.

Słusznie zauważyła wpisująca się na blogu P. Ewa Zielińska, że „Kronika” to jedyne miejsce w mieście, w którym może być prezentowana sztuka ukierunkowana na odbiorcę lewicowego, a jej największymi atutami są właśnie profil działalności, renoma i sprawne zarządzanie.

 



sobota, 26 stycznia 2013
Debata o związkach partnerskich, czyli suka ogrodnika

 

środa, 16 stycznia 2013

Gazeta Wyborcza pisze: "Rafał Ziemkiewicz podczas spotkania z czytelnikami w Szczecinie przekonywał, że endecki antysemityzm nie miał tak naprawdę podłoża rasowego, ale wynikał z rywalizacji ekonomicznej. - Getta ławkowe, o których się mówi, sprowadzając do tego całą tradycję, to były sprawy czysto ekonomiczne, żadne rasowe androny typu niemieckiego nie miały nigdy żadnego zakorzenienia w polskim myśleniu - twierdził Ziemkiewicz. Opowiadał też o spotkaniu ze studentami prawa, na którym pytał, czy nie czują się ograniczani przez rozmaite sitwy, które nie pozwalają im pracować w zawodzie. Odpowiedzieli, że tak. - To wyobraźcie sobie, że te wszystkie sitwy tworzą Żydzi. A jesteście przed Holocaustem i nienawidzenie Żydów nie jest złe. Jest modne. Wszyscy nienawidzą Żydów - mówił Ziemkiewicz."

Wypowiedź oburzyła innego publicystę, Dawida Wildsteina: - Cóż, wielu rzeczy się z Twojego wykładu się dowiedziałem. Nie tylko o historii Polski, ale co gorsza, o części swojej krwi. Dowiedziałem się, że międzywojenni Żydzi, w tym moi przodkowie, na wyższych uczelniach to była skorumpowana sitwa zdegenerowanych karierowiczów. Dowiedziałem się, że cudowna endecja była wolna od wszelkiego zła, a jak już robiła coś źle, to z przymusu społecznegopisał Wildstein w liście opublikowanym na Forum Żydów Polskich.

Faktem jest, że ani Ziemkiewiczowi ani Wildsteinowi młodszemu specjalnie nie przeszkadza publikowanie na portalach ociekających antysemityzmem, co oczywiście nie świadczy o ich poglądach, a o tym, że „grają pod publikę”. Za bardzo nie pojmuję, dlaczego młody publicysta się rzuca. Ziemkiewicz mógłby zrewanżować się tym samym; w końcu to Wildstein sam rok temu namawiał mniejszości narodowe, by dołączyły do faszyzujących demonstracji listopadowych. To on zręcznie omija tematykę holokaustu i międzywojennego antysemityzmu, a tym którzy podejmują się tej tematyki odbiera prawo do wypowiedzi (ataki na Krytykę Polityczną i Gazetę Wyborczą). Dlaczego go Ziemkiewicz mierzi, skoro on sam jest gotowy maszerować z ONR-em. Jest przeciw, ale równocześnie za. To Wildstein młodszy zachowuje się jak zabetonowany konserwatysta, z właściwym dla polskiej odmiany tej ideologii stosunkiem do feminizmu (niezalezna.pl/15484-dawid-wildstein-o-sushi-feminizmie), mniejszości seksualnych, z bezgraniczną pogardą dla tych, którzy mają odmienne poglądy (niezalezna.pl/36846-kto-narzygal-do-trumny-teresy-toranskiej,niezalezna.pl/23781-bartoszewski-i-czarty, niezalezna.pl/23375-kastrujmy-sie ).

To on zadaje kłam polskiemu antysemityzmowi, kpiąc z Grossa, Pasikowskiego i Gazety Wyborczej (niezalezna.pl/34965-chlop-czy-zyd), zarzucając tym, którzy dostrzegają w Polsce rasizm, że przyczyniają się do kreowania postaw wrogim innym nacjom (nie żartuję; makiawelizm w czystej postaci !!!).

A więc jest za czy przeciw (?), bo na razie stoi po stronie faszyzujących kiboli, a równocześnie drażnią go antysemickie wypowiedzi inteligentnego bądź co bądź Ziemkiewicza. Nie da się być po obydwu stronach barykady. Nie da się być katolickim cadykiem.

Jest jeszcze jedna możliwość. Wildstein to młody człowiek bez większych osiągnięć, szerzej nieznany (przy okazji dziękuję "Wyborczej" za reklamę młodego i zdolnego publicysty), stojący w cieniu swojego znanego ojca. Na czołówki prasy „niezależnej i patriotycznej” zawiodła go katastrofa smoleńska i znane nazwisko. Jest ambitny. Aspiruje do tytułu papieża polskiego Żydostwa. Ale najprawdopodobniej zostanie kapo di tutti kapi.



wtorek, 15 stycznia 2013

Radnym został dostarczony projekt uchwału o zamiarze likwidacji ŚTT. Ma być on rozpatrywany na sesji 16 stycznia. Podjęcie uchwały nie oznacza natychmiastowej likwidacji teatru. Będzie ona musiała zostać - zgodnie z prawem -  podana do publicznej wiadomości, celem konsultacji. W projekcie zwraca uwagę tym razem bardzo dobrze opracowane uzasadnienie. Za likwidacją teatru ŚTT przedstawił argumenty na łamach "Gazety Wyborczej"  zmarły w czwartek znany śląski publicysta Michał Smolorz. Był to jeden z jego ostatnich felietonów:

http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35068,13132471,Michal_Smolorz__Placzki_nad_rozlanym_mlekiem.html

O sytuacji ŚTT szerzej napiszemy w poniedziałkowym wydaniu "ŻB". (Marcin Hałaś, blog "Życia Bytomskiego")

Panie Redaktorze!

Pana zabiegi propagandowe są proste jak budowa cepa. Czekałem, kiedy się Pan powoła na artykuł Michała Smolorza. Łudziłem się jednak naiwnie, że teraz, raptem parę dni po jego śmierci, Pan tego nie zrobi. Bo nie wypada. Wcześniej chyba nigdy na łamach „Życia Bytomskiego” nie odwoływał się Pan do jego autorytetu. To nikczemność.

Marcin Hałaś: Panie Grzegorzu. Zarzucanie mi nikczemności - to więcej niż przesada, to polemiczne łotrostwo. Czy myśli Pan, że śp. Michał Smolorz po śmierci zmienił poglądy i w niebie stał się orędownikiem interesu Jacka Łumińskiego? Znałem Michała Smolorza dość “przelotnie”, ale myślę że darzyliśmy się sympatią na tyle, że nie miałby nic przeciw cytowaniu jego tekstu. I raczej byłby zadowolony, że wolę upowszechniać opinię Smolorza niż Jacka Żakowskiego.

(...)

Panie Redaktorze, o ŚTT pisze Pan niemalże codziennie i do tej pory się Pan nie powoływał na artykuł Michała Smolorza, który wyszedł drukiem pod koniec ubiegłego roku (zresztą nie protestuje Pan, gdy piszę, że nigdy wcześniej nie odwoływał się Pan do jego autorytetu).  Daje Pan poklask władzom Bytomia, które najpewniej zlikwidują ŚTT, i wykorzystuje Pan czyjąś śmierć , żeby ten przekaz wzmocnić.

Zacytuję zmarłą kilka dni temu Teresę Torańską: „Bo my lubimy wykopki… (...) Bo to taka nasza narodowa specjalność.” Jeżeli naprawdę nie wie Pan dlaczego zarzucam Panu nikczemność, to niech Pan więcej nie cytuje Herberta.

Jeśli pyta się Pan, czy przypuszczam, że  śp. Michał Smolorz po śmierci zmieniłby poglądy, to mówię: nie, nie przypuszczam. Więcej: jestem pewien, że nie zmieniłby zdania. Natomiast również mam pewność, że protestowałby, gdyby wiedział, że jego felieton będzie wykorzystany w tak instrumentalny sposób.

I skąd wniosek, że Smolorz „raczej byłby zadowolony, że (woli Pan) upowszechniać opinię Smolorza niż Jacka Żakowskiego.”. Raczej był zwolennikiem dyskusji (choć zawsze obstawał przy swoim), a nie „jednostronnej propagandy”

Michał Smolorz ma wiele racji odnosząc się do sytuacji finansowej i prawnej Śląskiego Teatru Tańca, natomiast we właściwy sobie sposób przerysowywuje i uogólnia:

„Żebyż to o bankructwo tylko szło i o milionowe długi, gorzej, że wszystko jest pogrążone w kryminalnej aferze, z lawiną nadużyć, której nie da się wytłumaczyć li tylko nieudolnością i beztroską. Jeśli już, to raczej bezgraniczną pogardą wobec prawa i wymogów rzetelnego prowadzenia i rozliczania publicznej instytucji kultury, czego nie da się przykryć artystycznymi osiągnięciami. Dlatego nie widzę żadnych powodów, aby nad upadłą instytucją pochylać się z płaczem i litością, albo - nie daj Boże - próbować chronić ją przed likwidacją.”

Cały tekst: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35068,13132471,Michal_Smolorz__Placzki_nad_rozlanym_mlekiem.html#ixzz2HqLYWwnx

Można z tymi argumentami polemizować. A propos Smolorza, do którego Pan Redaktor tach chętnie nawiązuje, zachęcam do zapoznania się z felietonem - recenzją „Nieskończone wojny śląskich lwowiaków”:

http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,12855495,Michal_Smolorz__Nieskonczone_wojny_slaskich_lwowiakow.html

 

Dalej redaktor Hałaś próbuje wykazać, że nie mam racji, bo przy okazji jakieś recenzji spektaklu teatralnego napisał, że jego opinia jest zbieżna z opinią Smolorza. Nadto uważa, że recenzja jego książki jest w gruncie rzeczy pochlebna (to tak, jak w tym oklepanym powiedzeniu: ktoś pluje, mówimy, że deszcz pada). Wypowiedzi redaktora Hałasia nie przytoczę, bo zwyczajnie zniknęła, natomiast chętnie zacytuję Michała Smolorza.

To nie fantazja - żyją wśród nas radykałowie, którzy 67 lat po wojnie wciąż nie wyszli z okopów, wciąż są gotowi do boju o rewizję granic i zatracenie nienawistnych wrogów. Żyją całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki: to nasi kochani bytomscy lwowiacy, dla których czas zatrzymał się w 1945 roku. Trzecie ich pokolenie dorosło na górnośląskiej ziemi, lecz radykalizm nie osłabł - rośnie nawet z każdą generacją.

Stwierdzam to po lekturze książki Marcina Hałasia pod wiele mówiącym tytułem "Oddajcie nam Lwów". Autor to sympatyczne i poetycko-melancholijne pióro tego środowiska, ale niech nikogo ta sympatyczność nie zmyli - to jest ten sam radykalizm trzeciej generacji, tyle że ubrany w inteligentne, a nawet erudycyjne rozważania.

Pisarz wręczył mi książkę z dedykacją odwołującą się do różnic między Śląskiem a Kresami, a w tekście wielekroć do tych różnic powraca. Jakby chciał za wszelką cenę udowodnić, że nie ma symetrii między krzywdą polskich Kresowian wygnanych ze swoich stron rodzinnych a doświadczeniami niemieckich Ślązaków wysiedlonych ze swojej Heimat. Że prawa Polaków do Wrocławia są niepodważalne, a prawa Ukraińców do Lwowa wątpliwe. Że Polska o Śląsk zadbała z pietyzmem, nie wyłączając niemieckiego dziedzictwa tej ziemi, a Ukraińcy nic, tylko zacierają wszelkie ślady polskości i niszczą historyczną tkankę Kresów. Że powojenne krzywdy wobec Ślązaków zostały rozliczone, a barbarzyństwo nacjonalistów ukraińskich pozostaje nawet nienazwane. Zaś oportunizm - nie tylko Tuska, Kwaśniewskiego czy Komorowskiego, ale nawet Kaczyńskiego - zasadza się w tym, że Ukraińcom podlizują się przy każdej okazji.

Nie będę polemizował z wywodami Marcina Hałasia, tematyka wschodniokresowa jest mi z gruntu obca: to nie mój świat, nie moja historia, nie moja mentalność. Szanuję tęsknoty każdego człowieka do jego raju utraconego, rozumiem choćby i przesadzoną apoteozę stron rodzinnych, nawet jeśli ociera się ona o mitologię. Muszę jednak rozczarować autora co do jednego: choćby nie wiem jak gorliwie udowadniał różnice między losem wysiedlonego Ślązaka i ekspatriowanego (takiego określenia używa) Kresowiaka, choćby nie wiem jak górnolotnych używał argumentów, choćby nie wiem jakie podstawy prawne przywoływał - zawsze będą to światy równoległe, kierujące się identycznymi emocjami i racjami.

Przeczytałem wiele podobnych rozpraw powstałych w środowisku niemieckich Ślązaków, a firmowanych przez tamtejsze ziomkostwa. Bez obrazy, ale czytając dzieło Hałasia, przeżywałem kartka po kartce dokładnie te same emocje, te same argumenty, te same tęsknoty, te same miłości i te same nienawiści. Napisać "déja vu" to zdecydowanie za mało, bardziej pasowałaby daleko posunięta identyczność. Wystarczyłoby zmienić nazwisko autora, zamiast "Polaków" podstawić "Ukraińców", a każde "Breslau" podmienić na "Lwów", a reszty tekstu nie trzeba by nawet adiustować. 

I nie ma co relatywizować grzechów popełnionych po różnych stronach barykady. Barbarzyństwo bezczeszczenia cmentarzy przypisywane Ukraińcom nie jest ani o jotę gorsze od polskich gwałtów na niemieckich cmentarzach Dolnego i Górnego Śląska. Nie zmieni tego nawet szlachetny odruch serca śląskich lwowiaków, dbających o bytomski cmentarz Mater Dolorosa, który jest chlubnym wyjątkiem. Polskie zacieranie dorobku niemieckiej kultury na Śląsku (patrz obecna awantura o Muzeum Śląskie) nie jest w niczym lepsze od ukraińskich fałszerstw historii Lwowa. Jest wszakże jedna różnica: tamte niemieckie książki są u nas bez wyjątku klasyfikowane jako "rewizjonizm i rewanżyzm wiecznie wczorajszych", powodują dyplomatyczne noty protestacyjne lub przynajmniej surowe krytyki. Zaś książka Marcina Hałasia z pewnością zostanie uznana za dowód patriotyzmu najwyższej próby, który trzeba stawiać za wzór młodym pokoleniom. Heraklit miał rację: panta rhei.



poniedziałek, 14 stycznia 2013

Mieszkanka ulicy Bytomskiej w Rudzie Śląskiej powiła dziecko prosto do wiadra z odchodami. Dzisiaj ta wstrząsająca informacja obiegła wszystkie media.

Również dzisiaj Joanna Lichocka, wyposażona w świeży certyfikat moralności wystawiony przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, bierze się za sądzenie redaktorów z Czerskiej. W sumie nic w tym dziwnego, bo z reguły codziennie osądza: albo reżimowy rząd albo reżimowe media albo naraz reżimowy rząd i reżimowe media. Taką wąską specjalizację ma, co z resztą ściśle odpowiada jej horyzontom, a przy okazji też horyzontom jej czytelników. Dzisiaj pisze o mowie nienawiści. Chodzi o epitety, jakich użył któryś z internautów  w odniesieniu jej redakcyjnego kolegi, Samuela Pereiry. Lichocka pisze tak:

Minister Katarzyna W., czyli wersety nienawiści Samuela Pereiry – tak wyglądał tytuł blogowej notki umieszczonej w piątek na głównej stronie portalu Tok FM. Rzadko zajmuję się mediami Agory, ale tym razem Tok FM odsłonił się na tyle, że warto o nim wspomnieć. Wpis blogera stwierdzał, że Samuel Pereira z „Codziennej” to „chwytające za pióro zwierzę”, a jego komentarze to „wyzute z jakichkolwiek ludzkich cech zezwierzęcenie goniącego za sławą i splendorem świeżo upieczonego dziennikarzyny”. Jest też puenta: „człowiek – to brzmi dumnie, panie Pereira – ale nie dla psa kiełbasa”. W sieci jest mnóstwo odrażających tekstów. Ten jednak był wyeksponowanym artykułem, redaktorzy z Czerskiej zaakceptowali go i umieścili na głównej stronie. Ich zdaniem był OK.

Autorka konkluduje:

Traktowanie innych jak podludzi, zwierząt niezasługujących na miano człowieka jest zabiegiem faszystowskim. Totalitarne tęsknoty ludzi salonu widać od dawna – przypominającymi nazistowską propagandę próbami odczłowieczania przeciwników politycznych były okładki kierowanego przez Tomasza Lisa „Newsweeka”. Od dawna twierdzę, że ustawa o mowie nienawiści ministra Boniego bardzo nam się przyda. Gdyby weszła w życie, zarzuty dla mediów Agory byłyby oczywiste.

Gwoli wyjaśnienia: Historia Katarzyny W., bardziej znanej jako „Matka Madzi”, jest traktowana przez „niezależnych dziennikarzy” jako „temat zastępczy”, który jest serwowany przez prorządowe media jedynie po to, by odciągnąć uwagę Polaków od permanentnych porażek rządu tudzież innych afer. Otóż wspomniany Samuel Pereira zaprezentował bardzo oryginalny punkt widzenia (10.01.2013, Gazeta Polska Codziennie, fragmenty felietonu: http://niezalezna.pl/37031-katarzyna-w-do-rzadu-tuska):

„Konferencje prasowe puszczane na żywo w zaprzyjaźnionej „telewizji informacyjnej”, reportaże nadawane regularnie, zatrzymania i wypuszczenia, wywiady, sesje na koniach. Show Katarzyny W. trwa w najlepsze od ponad roku i trudno nie ulec wrażeniu, że „niezależna” prokuratura i inne organa ścigania pomagają mediom w „uatrakcyjnieniu” tej mrocznej telenoweli. W najnowszym sezonie pojawił się tajemniczy pamiętnik nekrocelebrytki oskarżonej o zamordowanie półrocznej córki. Nieudolność rządu, walki służb, kolejne fotoradary i daniny czy porażki ekipy Donalda Tuska. To wszystko nieważne, gdy mamy podawane non stop „hot story” z ucieczką, pogonią i morderstwem w tle. Trudno ukryć, że jest to idealny temat zastępczy, tak Platformie potrzebny. Media grzejące ten makabryczny serial zastanawiają się nad nową pracą dla Katarzyny W. Czy w związku z tym nie wypadałoby, żeby największy beneficjent tego show – Donald Tusk – zaproponował jej jakieś stanowisko?

Czy tak skonstruowana teza nie jest skrajnym przykładem dziennikarskiego zdziczenia? Nazwanie Pereiry psem, hieną, czy sępem jest ujmą dla tych miłych stworzeń! 

Lichocką należy też zapytać, czy uważa, że utopienie noworodka w wiadrze z fekaliami rownież zostało zrealizowane na polityczny obstalunek Tuska?



niedziela, 13 stycznia 2013

 

Sądząc po liczbie artykułów w prasie „niezależnej i patriotycznej” mijający tydzień miał jednego bohatera. Został nim sędzia Tuleya. Jego popularność zdeklasowała nawet „33 miesięcznicę”. 

Dawid Wildstein:  Cóż, każdy ma prawo do kariery, także sędzia Tuleya. Jedno mnie tylko męczy. Martwię się, że sędzią powoduje nie pospolite karierowiczostwo, lecz szczera wiara. Znaczyłoby to, że szwankuje u niego ogólne rozpoznanie rzeczywistości, a jest to ważna umiejętność, niezbędna na jego stanowisku. Może powinniśmy przejrzeć wcześniejsze wyroki sędziego Tulei?

Ryszard Czarnecki:  No i mamy nowego "bohatera": sędziego T. Przepraszam, sędziego Tuleyę. Tuleya dokonał, w oczach salonu, mistrzostwa świata, a raczej rekord III RP. Skazał bowiem za korupcję osobnika wyśledzonego przez CBA, ale w gruncie rzeczy na ławie oskarżonych postawił Centralne Biuro Antykorupcyjne, a de facto Prawo i Sprawiedliwość. Cóż, ktoś tu może powiedzieć, że wykonał zadanie. W mediach mało lub prawie w ogóle nie ma informacji o skazaniu za branie łapówek ikony salonu. Jest za to nieustający bełkot o stalinowskich metodach CBA i prześladowanych ofiarach IV RP. Osiągnięto Himalaje obłudy i hipokryzji. Kłamstwo nie jest już dyskretnie sączone, a leje się z telewizorni hektolitrami.

Cezary Gmyz: Obawiam się, że sędzia Tuleya z całą świadomością postanowił się wylansować. (...) Niektórzy już mu prorokują, że zostanie nową sędzią Anną Wesołowską w TVN. Ja osobiście widziałbym go w przeróbce „Gangnam Style” z widowiskowo rozhuśtanym łańcuchem z orłem z koronie. Mógł polski ambasador, może i polski sędzia. Liczba odsłon na YouTubie pobije rekordy.

Katarzyna Gójska-Hejke: Prorządowe media mają nowego idola. Jest nim, rzecz jasna, sędzia, który co prawda skazał za łapownictwo kardiochirurga doktora G., ale uczynił to w taki sposób, by obywatele pomyśleli, iż jest on ofiarą perfidnej machiny tajnych służb pisowskiego rządu. Opinia publiczna od rana do nocy – dosłownie – karmiona jest niemal wojennymi opowieściami: uczestnik Powstania Warszawskiego straszony aresztem wydobywczym, lekarka oderwana od reanimowanego pacjenta i wleczona po szpitalnym korytarzu. Ciarki przechodzą po plecach. I pomyśleć, iż bożyszcze Tuleya cztery lata tłamsił w sobie te straszliwe ludzkie dramaty, to bezprawie, niegodziwości. Sumienie mu się burzyło, mimo to badał sprawę doktora G. Mało tego, na bazie owego barbarzyństwa wydał wyrok, skazał człowieka. I dopiero po tym wszystkim dał upust swojej sprawiedliwości. Przejmujące katharsis, którego doznał podczas ogłaszania uzasadnienia wyroku, da się porównać jedynie do łez posłanki Beaty Sawickiej. Bez wątpienia te dwa występy, sędziego i specjalistki od kręcenia lodów, łączy zarówno szczerość intencji, jak i troska o dobro publiczne. Odrzucając ironię, trzeba przyznać, iż w jednym Tuleya ma rację. Porównanie z czasami stalinowskimi ma w rzeczy samej pewne uzasadnienie. Sęk w tym, iż pasuje ono do owego przedstawiciela Temidy, a nie CBA. To właśnie w epoce przywołanej przez słynnego od kilku dni Tuleyę interes polityczny wyznaczał wyrok. „Trafna ocena polityczna w podejściu do rozpoznawanych spraw” – oto początek jednej z opinii, jaką przełożeni wystawili gwieździe stalinowskiego wymiaru sprawiedliwości sędziemu Janowi Hryckowianowi. To ten, który skazał na śmierć m.in. rtm. Witolda Pileckiego, ale i 15 innych osób. Inny wielki orzekający w tamtych latach, Mieczysław Widaj, mówił z kolei o „politycznej ocenie dowodów”. Bez wątpienia właśnie ona pomogła mu wydać wielokrotny wyrok śmierci na mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Nie porównuję sędziego Tuleyi do tych stalinowskich morderców. To jedynie przypomnienie dobrze znanej prawdy – kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Warto mieć ją w tyle głowy, wygłaszając płomienne mowy sędziowskie, bo jest nieporównanie lepszym drogowskazem niż najbardziej „trafna ocena polityczna w podejściu do rozpoznawanych spraw”.

Piotr Lisiewicz: „To jest wzorowy, znakomity sędzia” - ocenił Igora Tuleyę Stefan Niesiołowski. Czy to trafny pogląd? „Walka o nowy typ sędziego” - tak w literaturze prawniczej lat stalinowskich nazywały się zmiany w sądownictwie. Nowi sędziowie, którzy zastąpili - cytat dosłowny - „reakcyjne elementy w prawnictwie” - spełniać mieli określone kryteria. Pismo „Wojskowy Przegląd Prawniczy” precyzowało, że sędzia będzie najlepiej realizował zadania, kiedy „nie tylko nauczy się odpowiedniego stosowania ustaw, ale i potrafi włączyć się psychicznie do procesu nowych przemian społecznych, dojrzeć - gdzie czyha wróg”. Ten cytat oddaje postawę sędziego Tulei, dla którego ustawa to jedno, ale dojrzenie „czyhającego wroga” z CBA to drugie - ważniejsze. Czy mimo to „wzorowa” ocena od Niesiołowskiego nie jest przesadzona? Leon Chajn, stalinowski wiceminister sprawiedliwości, piętnując „skostnienie i formalizm”, wskazywał, że „są jeszcze prokuratorzy, którzy zdradzają zbytek gorliwości formalnej przy przetrzymywaniu zbirów z NSZ. Najwyższy czas skończyć z tym marazmem”. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że sędzia Tuleya zrezygnował z zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez CBA. Marazm, panie sędzio, marazm!

Ewa Stankiewicz: Sędzia Tuleya – modelowy wykwit III RP – komentujący własny wyrok uraczył nas jak najbardziej politycznym seansem języka reżimowej propagandy. A jak wiemy, Michał Boni ma w Polsce recenzować język polityczny. Czy zajmie się więc wyczynem Tulei?  Zgadzam się z opinią, że sędzia Tuleya – który porównywał przesłuchania CBA sprzed kilku lat do przesłuchań katów aparatu bezpieczeństwa z lat 50. – jest albo nieukiem, albo politrukiem. Swoją drogą, ciekawe, jak ten sędzia nazwałby zatrzymanie Michała Stróżyka po manifestacji przed domem Donalda Tuska w sprawie ACTA. Kilka miesięcy temu późnym wieczorem, godzinę po manifestacji, której był jednym z uczestników, Michał Stróżyk, dziennikarz „Gazety Polskiej”, został napadnięty przez kilku mężczyzn ubranych po cywilnemu, którzy później okazali się policjantami. Michał został zmuszony do stanięcia pod ścianą i sfotografowany, siłą zabrany na komisariat i tam przetrzymany do rana. Sędzia Tuleya pewnie nijak by tego nie skomentował, bo niestety właśnie najprawdopodobniej jednak jest politrukiem. Niestety arogancki popis Tulei to znów powiew grozy, bo kolejny raz uświadamia nam, że fundament demokracji, instytucja powołana do pilnowania sprawiedliwości, której podporządkować się musi każdy obywatel i która ma moc wpływania na indywidualny los każdego z nas – może skierować się przeciwko swojej misji i wykorzystywać swoje przywileje w stanowieniu nieprawości, w walce politycznej, w kolportowaniu dezinformacji. Michał Boni nie zajmie się oczywiście sędzią Tuleyą, bo coś mi się wydaje, że ma pilnować tego, żeby było miło głównie władzy. Mohery za to mogą pójść na stos. Tak jak przystało na tuskowe standardy – na czele rządowej rady przeciw mowie nienawiści, ksenofobii oraz dyskryminacji w życiu publicznym III RP znalazł się były tajny współpracownik służb komunistycznych Michał Boni. To nic, że dawne służby znęcały się nad ludźmi, wykorzystując w przesłuchaniach haki zebrane na nich dzięki opłacanym donosicielom, tajnym współpracownikom, z których każdy – jeśli już zostanie ujawniony – przysięga na wszystkie świętości, że był nieszkodliwy. Boni ma dziś wyrokować w kwestiach etycznych, w konsekwencji cenzurować i ścigać niepokornych obywateli. Na razie zaczął od oskarżenia polskiego Kościoła o mowę nienawiści – co nieodparcie kojarzy się z agresywnymi atakami Urbana w latach 80. na Ko-ściół. Zarówno wtedy, jak i teraz – w łagodniejszej skali, ale jednak – chodzi o niszczenie ludzi i o cenzurę. Tuleya – kompromitacja profesjonalizmu i zaprzeczenie normalnego zdrowego systemu państwa – jest bohaterem mainstreamowych mediów i rozmaitych pseudoautorytetów „wyhodowanych” przez Służbę Bezpieczeństwa za czasów komuny na rzecz służby III Rzeczypospolitej. Dlatego Tuleya może czuć się bezkarnie. A ty, zwykły obywatelu, zamknij buzię, zegnij kark i ciesz się, że to jeszcze nie ciebie sądzi ten bohater.

Na koniec prawdziwy brylant!

Krystyna Grzybowska: Wprawdzie sędzia wydał wyrok skazujący owego chirurga, ale w swoim oświadczeniu dał powszechnie do zrozumienia, że jest on niewinny i, jego zdaniem, to człowiek kryształowy pod każdym względem. No właśnie, to po co go skazał? Diabli wiedzą, ale myślę, że cały ten proces był koronkową robotą socjety postkomunistycznej, czyli szajki, w celu zrobienia wody z mózgu polskiego społeczeństwa, i tak już wielce nawodnionego. Że to niby pod wpływem wroga trzeba było skazać, ale słuszny sąd jest przekonany i ma dowody, że dowody przeciwko G. były sfabrykowane przez uwiedzioną przez dużego (a może małego?) Tomka pielęgniarkę. (…) Trzeba gwoli sprawiedliwości dodać, że sędzia Tuleya nie należy do gatunku Tomków uwodzących na potęgę, co nietrudno zauważyć. Tuleyi nie da się porównać do agenta Tomka i myślę, że do wielu innych agentów, a nawet oskarżonych oraz świadków obrony. Wystarczyło na niego popatrzeć i go posłuchać, żeby dojść do wniosku, że facjatę ma on niepociągającą i najprawdopodobniej taką samą duszę. I jest tchórzem oraz karierowiczem. Pewnie marzy mu się funkcja ministra sprawiedliwości na miejsce Jarosława Gowina, tego przystojniaka. A jeśli nie ministra, to może sędziego wyższego szczebla albo asystenta Grasia do specjalnych poruczeń. Jest pojętny na polu zwalczania wroga politycznego, porównał przesłuchania świadków w sprawie doktora G. do procedur z czasów stalinowskich, bo wie, że to jest trendy. Różne typki z kół celebryckich i palikotowych posługują się co chwila porównywaniem działalności polityków PiS do czasów Stalina i Hitlera i nic im za to nie grozi, wręcz przeciwnie. Nie wychodzą ze studia telewizyjnego i nie spadają z łamów gazet, mogą pluć na Kaczyńskiego i PiS do woli, bo za to czeka ich od szajki nagroda. W tym medialna, ma się rozumieć. (…) Obrzydzenie budzi we mnie powoływanie się różnych moralnych pętaków na czasy stalinowskie w kontekście współczesnych wydarzeń i w atmosferze „obrony” zasad demokracji. (…) To, co się nie udało komunistom-stalinistom i ich następcom, próbuje się dziś odrodzić w aurze europejskości i europejskiej cywilizacji, licząc na moralne spustoszenie, jakiego w duszach pokoleń Polaków dokonał tzw. socjalizm. Ale ku rozczarowaniu różnych Tuleyów i palikotowców naród nie dał się wykoleić, nie udało się wytrzebić w ludziach wiary katolickiej, miłości do ojczyzny i szacunku do historii. Trzeba więc ze zdwojoną siłą walczyć z tym niesfornym narodem i jego prawdziwymi elitami, trzeba wybrać wroga i „poddać go procedurze zwalczania”, jak zauważył Maciej Rybiński. Sędziemu Tuleyi współczuję, bo nie tylko że zakazano mu komentowania wyroku na doktora G., to na dodatek wpadł w tuleję pogardy społecznej. Wejście było szerokie, ale koniec będzie wąski. Jak to z lejkami bywa. A z takiego urządzenia nie ma wyjścia, jeśli nie jest się materiałem płynnym. Można się zakorkować na amen.

 


 

sobota, 12 stycznia 2013

 

 

 

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl