RSS
piątek, 31 stycznia 2014
czwartek, 30 stycznia 2014
Z dziejów głupoty w Polsce. A jednak ksiądz Mateusz, czyli dylematy kredytobiorcy

 

 

 

Piotr Adamczyk w reklamie kredytu konsolidacyjnego Eurobanku wypowiada slogan: „Jeden kredyt, jeden bank, jedna rata”, co jest najprostszym wyjaśnieniem na czym polega konsolidacja kredytu, czyli zamiana kilku kredytów na jeden, długoterminowy i często o niższym oprocentowaniu:

https://www.youtube.com/user/eurobank

Jak można użyć tej reklamy jako trampoliny politycznej pokazuje  Kosma Złotowski, poseł PiS z Bydgoszczy, który wzywa na Facebooku do bojkotu Eurobanku. Polityk twierdzi, że slogan, który w reklamie powtarza aktor, jest inspirowany hitlerowskim "Jeden naród! Jedno państwo! Jeden wódz!".

„Kiedy PiS zapali pochodnie, nikt w mediach mętnego nurtu nie ma wątpliwości, że nawiązujemy do faszyzmu. Kiedy Bank z Breslau nawiązuje do goebelsowskiego hasła wykorzystywanego w co drugim przemówieniu Hitlera jest ok. „Ein Volk! Ein Reich! Ein Führer!“ (Jeden naród! Jedno państwo! Jeden wódz!) Więc przypominam. I ostrzegam. Mimo wspaniałego Adamczyka mit dieser Bank will ich nichts zu tun haben! Bojkotujmy Eurobank!!!

https://www.facebook.com/people/Kosma-Z%C5%82otowski/100001806364677

Przedstawiciele Eurobanku potraktowali sprawę poważnie, wysyłając posłowi sążniste wyjaśnienia, domagając się też usunięcia wpisu z Facebooka, który to wpis ich zdaniem godzi w wizerunek banku. Poseł niby przyjmuje wyjaśnienia, jednakże swojego wcześniejszego komentarza usunąć nie zamierza.

Brawo Panie Pośle! Przecież tłumaczą się winni. Niech żyją Skoki!

środa, 29 stycznia 2014
Nowa dostawa do lumpeksu

 

 

 

Po czteroletniej batalii sądowej zapadł w końcu wyrok: eurodeputowany PiS, profesor Legutko ma przeprosić byłych już licealistów z Wrocławia za nazwanie ich „rozwydrzonymi smarkaczami”. Prawicowi publicyści i politycy uważają wyrok za skandaliczny i haniebny.

O cenzurowaniu filozofa (pisze Wildstein Starszy)

„Skazanie wybitnego – być może najwybitniejszego – polskiego filozofa, jakim jest Ryszard Legutko, za nazwanie grupy uczniów domagających się usunięcia krzyża w szkole „rozpuszczonymi smarkaczami”, jest kolejnym skandalem polskiego wymiaru sprawiedliwości. To interwencja w obszary, którymi sąd nie powinien się zajmować. Wyraz „rozpuszczeni” jest absolutnie dopuszczalny, „smarkacze” zaś to określenie pejoratywne, ale nie obelżywe w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jeśli sądy zaczną tak głęboko wnikać w debatę, to oznacza to tylko jedno – będą ją cenzurowały, co w tym wypadku się dzieje. Nieprzypadkowo Ryszard Legutko został skazany za to, że w ten sposób określił tych, którzy domagali się zdjęcia krzyża. Gdyby to byli obrońcy krzyża, nie przypuszczam, żeby sądy pofatygowały się z wydaniem tego typu wyroku.”

List otwarty do smarkaczy (pisze Wildstein Młodszy)

„Drodzy smarkacze! Wróciłem do Polski i okazało się, że prof. Legutko został skazany z powodu pozwu przez Was złożonego. Nie spodobało Wam się, że skrytykował Waszą hucpę wokół ściągania krzyża ze ścian w szkole. Nie spodobało Wam się, że nazwał Was "rozwydrzonymi smarkaczami" i podaliście go do sądu. Moje stanowisko jest proste - niech sobie ludzie robią durne hucpy, niech mądrzejsi od nich je komentują. W związku z tym z przyjemnością oświadczam: Jesteście rozwydrzonymi smarkaczami. Nie tylko - jesteście do tego pajacami i szkodnikami. Których działalność przyczynia się do ograniczania wolności słowa. Kochani smarkacze, weźcie sobie ten list do serca! Bo zawsze można zmądrzeć i przestać być rozwydrzonym smarkaczem, czego bardzo Wam życzę.”

  1. Synonimy słowa rozwydrzony: niegrzeczny, rozpuszczony, niewychowany, rozkapryszony, zepsuty, rozpieszczony. Synonimy słowa smarkacz: dzieciak, szczeniak, młokos, pętak, gówniarz, wyrostek. Zdaniem Wildsteina Starszego, który dokonał analizy zbitki słów pod kątem obelżywości tego określenia, nic się nie stało. Bo sformułowanie nie jest ani wulgarne, ani nawet - jeśli mamy na myśli formę wypowiedzi - obelżywe. Natomiast jest pejoratywne, wskazuje, że ktoś jest niedojrzały i rozpuszczony. W związku z tym może być odebrane jako obelga. Jest obelżywe w treści. Ktoś miał prawo czuć się obrażony takim określeniem, zwłaszcza że padło publicznie, i sąd przyznał mu rację. Tyle. Prawem obywatela jest ochrona swojego dobrego imienia. Zdaniem Wildsteina to cenzura (uśmiechem skwituję peany na cześć Legutki jako wybitnego filozofa; wyżyny lizusostwa, bo przecież nie głupoty). Ale przecież Legutko nie odniósł się do wypowiedzi licealistów, nie skrytykował ich poglądów, a ocenił ludzi.
  2. Wildstein Młodszy pozuje na bohatera, być może licząc na to, że i jego licealiści pozwą. Byłby wtedy licencjonowanym męczennikiem chrześcijańskim (przecież występuje w obronie krzyża). Bo na razie jest pajacem. Pajac wart ojca.
  3. Zwracam uwagę, że licealiści wytoczyli Legutce sprawę z powództwa cywilnego, angażując swój czas i pieniądze, ryzykując że sąd nie podzieli ich argumentów. Uwaga, że sąd dokonał cenzury oczywiście jest manipulacją, bo sąd jedynie rozstrzygnął spór między powodem i pozwanym.
  4. Klan Wildsteinów zgodnym dwugłosem twierdzi, że występuje w obronie wolności słowa. Tymczasem obydwaj Wildsteinowie pracują (pisują) w „koncernie medialnym” Sakiewicza, który złożył w trybie artykułu 212 KK prywatny akt oskarżenia  przeciwko posłowi Niesiołowskiemu, gdy ten w rozmowie telefonicznej z dziennikarzem „Gazety Polskiej Codziennie” Samuelem Pereirą nazwał jego pismo „pisowską szmatą”. Wildsteinowie nie zająknęli się wtedy na temat cenzury i ograniczania wolności słowa, a zapewne o sprawie doskonale wiedzieli, bo są z Pereirą w dużej zażyłości. Nienawidzę hipokryzji. Nazwanie gazety „szmatławcem” nie mieści się pewnie według Wildsteinów w ramach wolności wypowiedzi, zaś próba zrobienia z autora tej wypowiedzi przestępcy (bo taki jest cel stosowania paragrafu kodeksu karnego dotyczącego zniesławienia) jest jak najbardziej słuszna. Warto też zwrócić uwagę na schizofrenię prawicy, która domaga się zniesienia artykułu 212 KK, zaś najczęściej sama z niego korzysta. Cenzurować nas – nie. Cenzurować my  - jak najbardziej.

O hucpie z pozwem przeciwko Niesiołowskiemu można poczytać tu: http://niezalezna.pl/49401-zazalenie-na-absurdalna-decyzje-sadu-niesiolowski-wreszcie-odpowie-za-pomowienie

Poseł PiS, znany z kablowania, również wypowiada się na temat wyroku na Legutkę:

Decyzja sądu jest kuriozalna, zwłaszcza kiedy mamy w pamięci wypowiedzi niektórych polityków, zwłaszcza Twojego Ruchu (dawniej Ruchu Palikota), dotyczące właściwie wszystkich dziedzin życia, pod adresem ludzi Kościoła czy ludzi prawicy, to jest to skandaliczny język. Jeżeli prof. Ryszard Legutko ma przeprosić za „rozwydrzonych smarkaczy”, to osoby, które posługują się językiem Palikota powinny dostać co najmniej po kilka lat w zawieszeniu.

Całość wypowiedzi: http://www.fronda.pl/a/andrzej-jaworski-dla-frondapl-jezeli-prof-legutko-ma-przepraszac-za-rozwydrzonych-smarkaczy-to-poslowie-palikota-powinni-dostac-kilka-lat-w-zawieszeniu,33949.html

Głupiec? Może zwyczajnie nieuk?

Każdy obywatel lub instytucja mają prawo do ochrony swojego dobrego imienia. Od tego są sądy, gdyby poseł nie wiedział. Ale najpierw trzeba złożyć pozew, a potem przekonać sąd do swoich racji.


wtorek, 28 stycznia 2014
Najuprzejmiej donoszę. Nowa (raczej nieświecka) tradycja

 

Tylko przez ostatni weekend „Fronda” doniosła o kilku postępowaniach prokuratorskich dotyczących kwestii światopoglądowych, a wszczynanych na podstawie donosów. Z reguły kablują politycy prawicy lub osoby związane z prawicą. I z reguły sprawy są umarzane z powodu braku znamion czynu zabronionego, już na etapie postępowania prokuratorskiego.

Rodzi się pytanie o sens takich donosów. Ja widzę kilka powodów, dla których składanie donosów,  denuncjowanie, kablowanie, kapowanie, donoszenie – och jak bogaty jest nasz język polski – się opłaca. Otóż w przypadku konfliktu światopoglądowego pomiędzy jakimiś grupami, dostrzegam – oczywiście poza samą piękną polską tradycją donoszenia, nad którą należy uklęknąć (jak to nad tradycją)  – kilka potencjalnych korzyści, które powodują, że przedstawiciel jednej grupy donosi na przedstawicieli drugiej.

  1. Donos do prokuratury daje dużą oszczędność w myśleniu (nie trzeba uruchamiać szarych komórek, na które zresztą jest na prawicy deficyt, po to żeby powalczyć na argumenty) i pozwala zaoszczędzić czas, który potencjalnie byłby zmitrężony na dyskusje ideologiczne. Po co się kłócić, skoro jest młotek.
  2. Pogrąża przeciwników ideologicznych, bo dla przeciętnie tępego przedstawiciela tego wspaniałego narodu sformułowanie: „przeciwko X toczy postępowanie prokuratorskie” jest bliskoznaczne lub tożsame z określeniem: „sąd uznał X za winnego przestępstwa”. A nadto zawsze jest szansa, że przynajmniej kawałek tego gówna się do „iksa” przylepi.
  3. W pewnych kręgach niewykształconych frustratów (czytaj: potencjalnego elektoratu) daje politykowi „walczącemu z lewactwem” rozgłos i etykietę bohatera oraz powoduje wzrost popularności,
  4. W przypadku umorzenia sprawy przez prokuraturę lub wydania wyroku uniewinniającego przez sąd można biadolić na degrengoladę organów sprawiedliwości (a/ są na krótkim pasku władzy, b/ reprezentują antywartości - są antyrodzinne, antykościelne, antypolskie, c/ bezczynność władzy sądowniczej jest to efekt „grubej kreski”, „okrągłego stołu”, Magdalenki, braku dekomunizacji i niedostatecznej lustracji etc. ).  
  5. Donos w przeciwieństwie do czasu antenowego tudzież wszelakich działań marketingu politycznego jest darmowy. Polityka donos nic – poza kartką papieru i czasem (od kilkunastu minut do kilku godzin - zależnie od tego czy donos składa poseł Pawłowicz czy posłanka Kloc) -  nie kosztuje. To urzędnik państwowy na koszt podatnika zbada sprawę i orzeknie, czy „nadaje się” do sądu, czy też nie ma znamion przestępstwa). A że donoszą np. parlamentarzyści, sprawa musi być dogłębnie zbadana.

Z tych względów z obywatelskiego prawa do donosu korzystają głównie przedstawiciele prawicy. Można powiedzieć: „Judasze”. Wszakże z denuncjowania zapełniają duży koszyk korzyści.

W przypadku celowego wprowadzenia organów ścigania w błąd (czyli przy zawiadomieniu o popełnieniu przestępstwa, które nie miało miejsca) normalnemu śmiertelnikowi grozi odpowiedzialność karna. W przypadku donosów polityków ta zasada nie obowiązuje. Tomasz Kaczmarek, ksywa Agent Tomek, donosił ponad 30 razy. Za każdym razem postępowanie zostało umarzane, a nikomu do głowy nie przyszło, żeby pis-celebrytę za to ścigać.

Na kogo i z jakich powodów donoszą przedstawiciele prawicy? Zazwyczaj na okoliczność obrazy uczuć religijnych (pod tym hasełkiem można doprawdy dużo pomieścić): donoszono na Nergala z tego paragrafu (zniszczenie egzemplarza Biblii na zamkniętym koncercie), ale także za znieważanie kościoła katolickiego (za rzekome pochwalanie mordu na świętym Wojciechu w utworze grupy Behemoth pt. „Chwała mordercom Wojciecha”). Z tej samej przyczyny są ciągani po sądach artyści plastycy i kuratorzy wystaw, za przeróżne eksperymenty z wykorzystaniem symboliki religijnej. Europoseł PiS Ryszard Legutko skierował do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez warszawskie Centrum Nauki Kopernik, gdyż jego zdaniem jeden z eksponatów (nawet nie manekin) pokazywanych w CNK propaguje treści pornograficzne wśród dzieci i zachęca do zachowań o charakterze pedofilskim (pisałem już o tym, bo dla mnie donos był rekordem świata głupoty w kategorii donosów). Polityk PiS i były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Wiesław Johann złożył zawiadomienie do prokuratury, na okoliczność znieważenia symboli religijnych zarzucając Coca-Coli i Warce wykorzystanie podczas Euro 2012 flagi w „celach marketingowych” (podstawą wniosku były zauważone przez sędziego Johanna samochody udekorowane biało-czerwonymi flagami. Na flagach umieszczone były komercyjne reklamy napoju Coca-Coli i piwa Warka oraz symbole Polskiego Związku Piłki Nożnej” – napisał w zawiadomieniu sędzia Johann, podkreślając, że flaga,  jako symbol narodowy, podlega ochronie prawnej.)

A wracając do donosów (prasowych) Frondy, to mogliśmy się dowiedzieć o trzech sprawach: 2 zakończonych i jednej rozpoczętej. Dużo jak na jeden weekend.

Prokuratura Rejonowa w Gdańsku Wrzeszczu z powodu braku czynu zabronionego umorzyła śledztwo w sprawie kontrowersyjnej wystawy „The Human Body”. Prezentowano na niej spreparowane ciała ludzkie. Doniósł poseł PiS, Andrzej, Jaworski. Zdaniem kablującego zwłoki ludzkie stały się przedmiotem obrotu gospodarczego (odpłatna wystawa) oraz twierdzili, że zachodzi prawdopodobieństwo zacierania śladów innych przestępstw poprzez preparowanie zwłok (ciała miały pochodzić z chińskich egzekucji) oraz złamania prawa przez urzędników, którzy wydali zgodę na organizację wystawy. Prokuratura nie dopatrzyła się, w przypadku żadnego z wątków, złamania prawa.

Maciej Wiewiórka, prezes Stowarzyszenia Tarcza Życia pod koniec ubiegłego roku złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Katarzynę Bratkowską, która publicznie zadeklarowała chęć dokonania aborcji (w wigilię Bożego narodzenia). 23 stycznia br. decyzją  prokuratora nie zostało wszczęte śledztwo (pewnie dlatego, że Bratkowska nie była w ciąży). Donosiciel będzie się pewnie odwoływać.

Właśnie do prokuratury doniesienie złożyła posłanka Izabela Kloc, która dopatrzyła się w książkach do edukacji seksualnej „Wielka księga cipek”. „Wielka księga siusiaków” i „Duża księga o aborcji” elementów ewidentnie obrażających uczucia religijne. Jej zdaniem „Matka Boża przedstawiana jest jako molestująca seksualnie małego Jezusa. W innym miejscu Jezus jest przedstawiany nago na krzyżu, jako naga kobieta”

- Nikt nie ma wątpliwości, że wizerunek Jezusa, Maryi, krzyż, w naszej religii stanowią przedmiot kultu religijnego. Krzyż jest najważniejszym symbolem chrześcijan. To nie tylko przedmiot kultu, ale symbol tożsamości. Znieważanie, szydzenie z krzyża, z Osoby Jezusa, Maryi - to już nie tylko atak na przedmiot kultu osób wierzących, profanacja sakrum, ale zamach na istotę naszej wiary [pisownia oryginalna] – oburza się Kloc w doniesieniu do prokuratury.

Dość dobra reklama, żeby sięgnąć po te publikacje. Przypuszczam, że będę miał z posłanki Kloc niezły ubaw.

Tagi: PIS
04:44, gkur
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 stycznia 2014
niedziela, 26 stycznia 2014
Z życia świń. Żule z prawicowego lumpeksu (2)

 

 

W mijającym tygodniu najczęściej cytowanym w prawicowych mediach było przysłowie o jabłku i jabłoni. Szczerze mówiąc liczyłem na święte oburzenie w związku z premierą „Nimfomanki” (w tym bardzo modne doniesienia do prokuratury na okoliczność szerzenia pornografii i obrazy uczuć religijnych), a tymczasem mieliśmy dalszy ciąg sagi pt. „Resortowe dzieci” w licznych recenzjach pismaków zasilających prawicową szczujnię.

Ponieważ wcześniej nie odniosłem się wprost do grzebania w życiorysach przodków, czym próbuje się uzasadnić implikację wynikającą z rzeczonego przysłowia, zrobię to teraz. Jest to dla mnie (w czasach pokoju i wolności) ekwiwalent tego, czym w czasach hitleryzmu było sięganie do genealogii, by sprawdzić, czy delikwent będzie dobrym obywatelem, jeśli nie można było tego stwierdzić po stanie napletka.

Nie miejmy złudzeń jaki cel tej nagonki. Ma to być skazanie na śmierć cywilną najpierw dziennikarzy, a później także inne autorytety, którzy nie dają poklasku PiS-owi i nie dość głęboko kłaniają się dostojnikom kościelnym lub zwyczajnie nie hołdują ideologii prawicowej. Dlaczego resortowe dziecko, Bronisław Wildstein, został pominięty w publikacji (a dodatkowo wspiera Kanię w promocji jej publikacji), a inne resortowe dziecko, Adam Michnik, zresztą nieporównywalnie bardziej zasłużone dla Polski, jest negatywnym bohaterem książki? Dlatego, że 1. Obydwaj panowie stoją w tej chwili po przeciwnych stronach barykady ideologicznej, 2. Jeden zrobił autentyczna karierę, a drugi większej kariery bez wsparcia partyjnego nigdy nie zrobi. I jest to kwestia talentu, intelektu, odwagi u tego pierwszego, a nie korzeni, które dawno zostały odcięte.

Cel jest taki sam, jak w latach 30. – wyeliminować (oczywiście nie dosłownie) i przejąć materialną schedę.

Dlaczego gnoi się Michnika, Żakowskiego, Olejnik?  Może dla kasy i władzy, w mniejszym stopniu w imię walki ideologicznej. A może tylko z kompleksów: bo co który Kowalski zna Stankiewicz, Gargas, Hejke – Gójską, Bochwic, Kanię czy Grzybowską, co która Kowalska wybrałaby Pospieszalskiego czy Targalskiego zamiast Lisa? 

W księgarni internetowej „Matras” można znaleźć taką reklamę książki:

„ONE. RESORTOWE DZIECI. Wychowane w rodzinach działaczy i funkcjonariuszy KPP, PZPR. Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem SB. Doskonale ustawione potem w życiu, dzięki koneksjom a potem pieniądzom i „grubej kresce”. Czasem, choć wywodzą się z niekomunistyczych środowisk, związane ideologicznie oraz materialnie z byłą władzą i bezpieką. Za młodu aktywiści komunistycznych organizacji młodzieżowych, potem biznesmeni, właściciele i zarządcy nowych mediów. Właśnie dlatego tak zdecydowanie przeciwne dekomunizacji i lustracji, szydzący z patriotyzmu, polskich tradycji i w ogóle z polskości. Niebezpieczne, bo usytuowane w opiniotwórczej prasie, a przede wszystkim w telewizji i stacjach radiowych. Obecne w nich od stanu wojennego – do dziś.”

 

Ta teza, jakoby resortowe dzieci tylko dzięki przodkom doskonale ustawiły się w życiu, zaś ich działania w sferze wpływu na świadomość czytelników były nastawione wyłącznie na to, by powiększać swój stan posiadania lub władzę nad duszami, pojawiają się w wywodach prawie wszystkich publicystów. Akurat życiorys Michnika, tego największego wroga publicznego polskiej katoprawicy, temu schematowi przeczy.

Teresa Bochwic, na stronie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich wygłasza peany na rzecz swoich kolegów po piórze: „(…) Troje autorów wykazało się wielką odwagą i mrówczą pracowitością. (…) Nie widzę powodu do wymagania „naukowości” w takiej pracy, niepotrzebny jest systematyczny przegląd konkretnych kategorii „resortowych dzieci”, by zobaczyć całość zjawiska – korzyści osobistych, za którymi stoi ciągłość a celem jest skuteczna propaganda i zachowanie władzy rodem z PRL. (…) Książka, wbrew wielu recenzjom i jęczącym krytykom, nie jest żadnym „grzebaniem” (…) w życiorysach, nie stanowi też przeglądu metrykalnych potomków funkcjonariuszy UB i SB, zatrudnionych w mediach III RP. (…). Jest ona natomiast przeglądem czarodziejsko powołanych z niczego mediów mainstreamowych, ich krótką historią i obrazem od strony personalnej, ze szczególnym uwzględnieniem ciągłości władzy i wpływów od czasów PRL do dziś. Pod hasłem: zachować wpływy by zachować władzę i nie uronić nic z tego co się zawłaszczyło po 1945 r. Pokazuje wiec dziedzictwo władzy i wpływów, opartych na związkach rodzinnych, często wywodzących się z Komunistycznej Partii Polski (zakazanej jako agentura sowiecka w II Rzeczypospolitej). (…) Znajdziemy tu z jednej strony stare sympatie i pokrewieństwa oraz posłuszeństwo wobec służb, z drugiej ciągłość obrony PRL w III RP i występowanie w interesie jej następców. Stąd korzyści i pozycja, również za gwarancję podjęcia propagandy kulturalnej nowych czasów i nowej obyczajowości, wprowadzanych w Polsce na siłę, wbrew polskiej tradycji i chęciom większości. Jak znalazł do walki z Kościołem, jeżeli chodzi o dzieci postkomunistyczne, wychowane w przekonaniu, że wiara w Boga to czczenie skrzyżowanych drewienek, które nie przystoi światłym ludziom.(…) Sprawa kwalifikacji. Wiele bohaterów książki naprawdę je ma, nie chodzi wcale o to, że nie nadają się do swojej roboty, ale ich kariera pokazuje, że raczej nie o zasady rzetelnego dziennikarstwa tu chodziło. Że są gotowi zrezygnować z takich zadań dziennikarskich, jak kontrolowanie władzy, z rzetelnego informowania, odpowiedzialności, przekładania dobra odbiorców nad dobro wydawcy/właściciela. Dlaczego? Widocznie jest inny dysponent, inne cele, a może nawet tylko bezosobowy nakaz działania zgodnie z jakimś niejawnie formułowanym, ale przecież na dłuższą metę doskonale widocznym interesem.”

A więc – zdaniem Bochwic - jeśli nie kasa, to z pewnością jakiś szantaż (przeszłością) stoi za aktywnością i sukcesem zawodowym „resortowych dzieci”. Szkoda, że członek zarządu SDP nie ma na poparcie swojej tezy jakiś faktów.

Tyle ogólników. Bo Bochwic potrafi też bardziej konkretna i temperuje (podobnie jak Kania) głosy oburzenia tych, którzy stanęli w obronie „resortowych dzieci”. O Piotrze Zarembie, który wziął w obronę Jacka Żakowskiego pisze: „Może jednak te półtora roku w latach 1982-83, spędzone w Szkole Oficerskiej WSW (podobno nie każdy w PRL dostawał taki dobry przydział), co otworzyło mu możliwość podróżowania po świecie, spowodowało, że się tam wzajemnie polubili? I popiera on te w końcu dość wpływowe do dziś środowiska, a one odwdzięczają się, jak umieją? Tego nie wiem, ale wykluczyć nie można.” Wtręt robi też odnośnie Marcina Mellera: „Uroczy, przemiły Meller w 1989 roku miał 21 lat, i był w NZS – ale czyjeż dzieci nie błądzą w młodości? I nie każde z nich dostaje potem doskonałe zatrudnienia w telewizji, a potem zostaje naczelnym „Playboya” za same zdolności i wartości warsztatu, a tylko te, które zrozumieją stare błędy, i posiadają odpowiedniego dziadka (działacza komunistycznego), i jego wyrozumiałe a pomocne środowisko. A co, miał nie robić kariery? (…)

http://sdp.pl/opinie/9205,anatomia-iii-rp-teresa-bochwic-o-resortowych-dzieciach,1390316727

Tak sobie myślę, że gdyby Bóg istniał, to sprawiłby, że kołkiem stanąłby Bochwic język w gębie, gdy wypomina kolegom zasady rzetelnego dziennikarstwa i trupem by ją położył, gdy wypowiada słowo „etyka” (Boże widzisz to, a Ty nawet nie grzmisz?).

Zwykła dziennikarska kurwa? „Tego nie wiem, ale wykluczyć nie można”.

Katarzyna Gójska – Hejke (Gazeta Polska), odnosząc się do jednej z bohaterek „Resortowych dzieci”, Moniki Olejnik, z kolei pisze tak:

„Rzućmy zatem okiem na przodującą bohaterkę tego jakże chwalebnego boju, której rozprasowane photoshopem lico krzyczało z okładki najbardziej przyzwoitego i uczciwego tygodnika: „Jestem wściekła”.  (…)  Wiem, iż pamięć ulega z wiekiem przytępieniu, a na ten znak upływającego czasu na nic się zdadzą nawet funkcje photoshopa. Nie podejrzewam jednak pani „Wściekłej” o uszczerbki w kojarzeniu faktów z niedalekiej, bądź co bądź, przeszłości. Ja w każdym razie demencji nie mam i doskonale pamiętam, że kiedy macierzysta rozgłośnia pani „Wściekłej” z buciorami, kłamliwie i bezwstydnie zajmowała się sprawami prywatnymi (bynajmniej nie resortowymi) innych, to jej poczucie przyzwoitości i uczciwości uległo takiemu stępieniu, by w najmniejszym stopniu nie utrudnić jej wtórowania oszczerczym i po ludzku bardzo przykrym atakom. (…) Ale nic tak nie kompromituje pani „Wściekłej” jak wynoszenie na pozycję autorytetu demokratycznego kraju ludzi, którzy byli filarami zniewolenia w państwie komunistycznym. To bowiem pokazuje, że PRL pani „Wściekła” ma po prostu w sobie. I tak oto czynienie z Urbana partnera do rozmowy o odkłamywaniu najnowszej historii Polski czy recenzenta ludzi, którzy przywracają pamięć o ofiarach owego indywiduum i jego kumpli morderców ‒ pokazuje, że pani „Wściekła” po prostu myśli resortem. A Dorota Kania, Maciej Marosz i Jerzy Targalski nie przyprawili jej gęby, tylko przystawili do twarzy lustro, by mogła zobaczyć pełną krasę swego wizerunku.”

http://niezalezna.pl/51083-pani-wsciekla-patrzy-w-lustro

Wygląda na to, że Gójska – Hejke w tym konkretnym przypadku ma trzy zarzuty do Moniki Olejnik: primo - wygląd, secondo - wygląd, tertio – wątpliwa uczciwość zawodowa. O nieuczciwości w uprawianiu dziennikarskiego rzemiosła ma świadczyć to w jaki sposób odnosi się do tzw. prawicy (nie dość czołobitny, a czasem wręcz wrogi) oraz to, że ma czelność rozmawiać z ludźmi starego systemu, co według dziennikarki ma świadczyć o tym, że z tamtym systemem się utożsamia. Kurioza!

Gdyby Gójska – Hejke dysponowała swoim portretem, takim jak wilde’owski Dorian Grey, to pewnie już dawno wypatrzyłaby w nim twarz kolegi Targalskiego. To a propos wypominania przez panią „Puszczalską” innym „co mają w sobie”. Co się zaś tyczy „lica rozprasowywania w photoshopie”, to wszystkie media, dla których pisze Gójska – Hejke robią to samo z licami wszystkich bez wyjątku Joann D’Arc prawicowej prasy oraz kawalerów także (wyjąwszy wspomnianego Targalskiego, przy którym programy graficzne się najzwyczajniej zawieszają).

Joanna Lichocka (Gazeta Polska Codziennie) odnosząc się do rezonansu, jaki wywołały "Resortowe dzieci", pisze:

„Obóz Wielkiego Kłamstwa – takiej nazwy chce Jacek Żakowski dla prawicy i mediów niezależnych. Elity III RP mogą przekonywać Polaków do wielu spraw, ale nie do tego, że są obozem prawdy. Przeciwnie, to, że system III RP, zbudowany na przymierzu z Kiszczakiem i Urbanem, opiera się na fałszu, wie niemal każdy, choć część Polaków woli uważać, „że tak trzeba”. Za to trudno o lepszą nazwę dla mainstreamowo-resortowych mediów i postkomunistycznych elit. Obóz Wielkiego Kłamstwa pokazywał się w wielu momentach – podczas walki z lustracją i dekomunizacją, rozgrabiania majątku narodowego czy przy przemyśle pogardy wobec Lecha Kaczyńskiego. Redaktor „Polityki” był w nim zawsze aktywnym graczem. To dlatego bał się w tygodniu żałoby po katastrofie smoleńskiej przejść Krakowskim Przedmieściem – gdy media pokazywały w końcu niezmanipulowane zdjęcia prezydenta, kłamstwo zostało zdemaskowane, a Żakowski mógł się spotkać ze słusznym oburzeniem Polaków. Dziś próbuje odwrócić znaczenia – to zwykła technika propagandy, ale za wiele już w Polsce się stało, by to się udało. Redaktor „Polityki” mimowiednie napisał tekst o sobie.”

http://niezalezna.pl/50985-oboz-klamstwa-iii-rp

Gdy czytam artykuliki tych „wielkich dam” prawicowych mediów, to stają mi przed oczami okładki nazistowskiego dziennika „Der Stürmer”.

Gnoić, gnoić, zgnoić!

https://www.google.pl/search?q=der+sturmer&espv=210&es_sm=122&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=0d_kUsXTO62Q4ATqx4CwBg&ved=0CDoQsAQ&biw=1366&bih=667

Akcję szczucia podsumowuje „Gazeta Polska Codziennie”, dołączając do sobotniego wydania naklejkę z „zakazaną twarzą III RP”. Chodzi oczywiście o wizerunek Jacka Żakowskiego, którego podobiznę usunięto z okładki dodruku „Resortowych dzieci”. - W tym wydaniu „Codziennej” znajdą  Państwo jedyną w swoim rodzaju  nalepkę. Przylepcie ją tam, gdzie trzeba – czytamy na łamach „Codziennej”. Co na to czytelnicy portalu Sakiewicza?

- Odpad społeczny; nie mam zamiaru naklejać, bo ochydne by było na ta mordę zdrajcy kacapskiego patrzeć.

- Żałuję, że kupiłem pierwsze wydanie. Teraz sięgając po książkę, chcąc nie chcąc, muszę patrzeć się na ten wredny pysk. Kupujcie "resortowe ścierwo" w nowym wydaniu - mniejsza trauma.

- Ale gdzie mam to g nakleić? nie mam takich miejsc, nie chcę na mordę te patrzeć.

Wypociny internautów dopełniają obraz prawicowego lumpeksu. 

sobota, 25 stycznia 2014
piątek, 24 stycznia 2014
wtorek, 21 stycznia 2014
Z dziejów głupoty w Polsce

 

 

"Wizyta parlamentu izraelskiego w Polsce, Knesetu jest wydarzeniem, które wywołuje szereg pytań, które chciałabym postawić jako poseł i prawnik. (..) co takiego wyjątkowego się stało, że przyjeżdża do Polski organ - parlament Izraela w pełnym składzie (jeśli informacje prasowe na ten temat są prawdziwe)? Nawet jeśli miałaby to być przeważająca część składu Knesetu. Nie znam takiej praktyki międzynarodowej, aby parlament danego kraju przyjeżdżał na obrady do innego państwa i podejmował tam swe decyzje.

Czy Kneset przyjedzie ze swymi pełnymi kompetencjami do stanowienia prawa? Nawet jeśli, to trzeba wyraźnie podkreślić, że podjęte ewentualnie przez Kneset w Polsce akty prawne, nie mają żadnej mocy wiążącej na terytorium Polski i wobec nikogo. Zresztą, także byłoby czymś dziwnym, aby jakiś parlament podejmował działania ustawodawcze na terenie innego państwa. To byłaby bardzo niezręczna sytuacja, przede wszystkim dla gospodarzy, czyli dla Polaków, w tym dla polskiego Sejmu.

Jeśli, jak zapowiadają media, miałyby to być obrady Knesetu, to pojawia się również pytanie, co miałoby być przedmiotem tych obrad w Polsce? Jeśli przedstawiciele Knesetu przyjadą jedynie na uroczystości związane z rocznicą wyzwolenia obozu w Auschwitz, to nie ma w tym nic złego, bo przecież do Oświęcimia przybywają liczne wycieczki z Izraela i żadni politycy nie mogą być tu wykluczeni. Gdyby chodziło też o zaprotestowanie przez Kneset przeciwko używaniu kłamliwego sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”, to również byłoby bardzo dobrze, ale do tego wystarczyłaby – jak myślę – uchwała czy jakakolwiek inna forma podjęta przez Kneset w samym Izraelu. To postanowienie miałoby tę samą wagę. Nie trzeba by go podejmować w Polsce.

Brak informacji o pobycie izraelskiego parlamentu w Polsce sprawia, że zarówno posłowie, jak i różne środowiska zastanawiają się, czy przyjazd ten nie jest formą zamaskowania działań, będących w istocie presją na polskie władze, aby zwracały Żydom mienie i wypłacały rekompensaty w takim zakresie i w sposób, w jaki Żydzi oczekują tego od Polski. Być może, jak uważają na przykład internauci, to właśnie jest pierwszym i podstawowym powodem przyjazdu Knesetu jako organu władzy ustawodawczej Izraela do Polski.

(…)  Nie mam żadnych uprzedzeń do Żydów, cenię kulturę Izraela, mam izraelskich znajomych, ale jako prawnik i parlamentarzysta chciałabym, aby ta wizyta odbywała się w określonych, jasnych procedurach i przejrzystym przedmiocie i celu. (…) Czy rząd polski uważa, że półtajne, skrywane nawet przed posłami, wizyty gości z zagranicy służą dobrze stosunkom polsko-izraelskim? Półtajne wizyty przedstawicieli innych państw, a zwłaszcza organów prawodawczych mogą wywołać jedynie falę niechęci, tak do gości, jak i do organizatorów. Opinia publiczna powinna być informowana na temat tej wizyty w sposób wyczerpujący, aby rozwiać ewentualne wątpliwości co do rzeczywistego celu wizyty Knesetu w Polsce. Zwłaszcza w sytuacji, gdy polskie władze nie dokonały zwrotu majątku zagrabionego przez PRL Polakom zamieszkałym w Polsce, a poszkodowani tym polscy obywatele podejrzewają, że rząd za różnego rodzaju zyski polityczno-finansowe podejmie w jakichś procedurach decyzje o zwrocie i rekompensatach tylko dla środowisk żydowskich, w tym w większości niemieszkających w Polsce. (…)"

Krystyna Pawłowicz

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
zBLOGowani.pl