RSS
czwartek, 28 lutego 2013
Bo czarne jest czarne, białe jest białe, a król jest nagi. Krystyna Pawłowicz udziela wywiadu dla „Frondy”

 

Szczerość i prostolinijność

Tymczasem ja mam prawo mieć swoje zdanie i własne skojarzenia. Gdy czyjaś twarz przypomina mi twarz boksera, to mam prawo o tym powiedzieć! Niektorzy poczuli się tym urażeni. (…) Stwierdzenie, że czyjaś twarz przypomina mi twarz boksera nie jest obelgą. Przypomina mi twarz boksera? No przypomina. Co ja zrobię? (…) Tyle, że dalej dziwi mnie to, że wyrażenie swojego stanowiska, które nie jest obraźliwe, bo przypominam, że mam prawo powiedzieć również o tym, co mi się nie podoba, wywołuje takie kontrowersje. Mam prawo powiedzieć komuś, że ma krzywe nogi. Jeżeli w moim przekonaniu ma taką cechę, to dlaczego niby nie mogę o tym mówić? (…) Przepraszam bardzo, ale to mieści się w granicach wolności słowa! Owszem, są granice, których przekraczać nie wolno, ale np. krzywe nogi nie są czymś poniżającym. Ktoś ma takie? To trudno. Ma i koniec.

Poszanowanie zasad demokracji

Jesteśmy świadkami podważania podstawowych definicji! Nie spodziewałam się, że p. premier Donald Tusk przyłoży rękę do redefiniowania definicji małżeństwa, wykorzystując autorytet Sejmu. Każdy kto dobrze myśli o Polsce i Polakach, każdy kto chce jej szczęścia, powinien popierać instytucję małżeństwa. Natomiast profesorowie, którzy zabrali głos w tej sprawie, to głównie przedstawiciele środowisk lewacko-genderowo-feministycznych znani z opluwania Kościoła i nie szanowania prawa do wolności wypowiedzi. List, jaki napisali, ciężko ich kompromituje. Pokazuje bowiem, że ci naukowcy nie szanują reguł demokracji! Nie pozwalają się wypowiedzieć osobie, która mówi, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Tymczasem król jest nagi! (…) Bo przeciwnicy normalności nie stoją na gruncie żadnego systemu wartości. Im bardziej człowiek staje się celem ataku, tym bardziej patrzy ze zgrozą na nasze uniwersytety. Kto tam wykłada? Jakie wzorce są tam przekazywane? Kto je przekazuje? Niestety w środowiskach akademickich jest wiele osób, które niszczą tradycyjne systemy wartości. Dotyczy to zwłaszcza kierunków takich jak np. socjologia. Myślę, że [profesorowie] odbierają to jako kontynuację swojej młodości. Okresu w którym anarchizowali. Tyle, że po takiej dawce propagandy wyrastają kaleki – społeczne i psychiczne. Po takiej „terapii” u różnych profesorów, ludzie są zupełnie nieprzystosowani do rzeczywistości, mają problemy ze znalezieniem męża czy żony, ułożenia sobie życia. Wstydziłabym się na miejscu tych profesorów, ale niech się kompromitują!

O granicach, których przekraczać nie wolno

Np. w ogóle nie wchodzi w rachubę, żeby obrażać ludzi niepełnosprawnych. Nie wolno takich osób tykać, nawet gdyby kogoś ponosiło. Co innego w przypadku, który mi się zarzuca. Rzeczona osoba funkcjonuje w życiu publicznym, wystawiła się na widok, sama obraża o. Rydzyka mówiąc o nim per „pan”. Oczekuje, że będziemy się z nią cackać? Jeśli chodzi o mnie, to niech sobie piszą i obrażają. Jest mi tylko żal studentów, którzy są poddawani reedukacji i podobnym działaniom profesorów. Profesorów, którzy zasłynęli ze swoich sympatii do homoseksualistów, środowisk gejowskich, genderowych i feministycznych. Każdy sam daje o sobie świadectwo.


środa, 27 lutego 2013

Spotkałem się ze zdaniem, że Polacy nie mają świadomości swojego zacofania. Powiedziałbym więcej: spory odsetek Polaków uważa to zacofanie za duży atut, wręcz za narodową zaletę. Chcą być nazywani ciemnogrodem, moherami, a nawet polskimi kołtunami, bo uważają, że to jest duża wartość, która nas wyróżnia i nobilituje. Tak jak dla sowietów największą chyba wartością było to, że cały świat się ich bał. Są to wartości „subiektywne”, które  być może „narodowi” poprawią samopoczucie i podniosą samoocenę, ale dla kogoś spoza tej narodowej wspólnoty będą antywartościami wywołującymi kpinę lub współczucie.

Niestety rodacy często mylą zacofanie, przejawiające się fobią przed tym co nowe i nieznane, z przywiązaniem do tradycji i historii. Nie zdają sobie sprawy z tego, że brak otwarcia na świat, na inne kultury, na nowe idee i technologie nas uwstecznia i degraduje. I dają sobie wmawiać, że nie da się połączyć nowoczesności z tradycją, że nie można budować nowych jakości i być dumnym ze swojej historii (a przy tym, że nie można równocześnie być i mieć).

Mam tu porównanie muzyczne. Otóż rozwój muzyki był determinowany odkryciami naukowymi, które sprawiały, że konstruowano nowe instrumenty i udoskonalano te już istniejące. Najpierw był klawesyn, a dopiero później fortepian, który też przechodził ewolucje. Inaczej brzmiało „fortepiano” Mozarta, inaczej „Pleyel’ Chopina, a zupełnie inaczej brzmią współczesne instrumenty. Oczywiście sięga się – i słusznie – po instrumenty „z epoki” lub ich kopie, po to żeby wiedzieć jak brzmiała muzyka w zmyśle kompozytora, który tworzył na takie właśnie współczesne mu instrumenty. Można się delektować Bachem granym na historycznych instrumentach w sposób zgodny z tradycją wykonawczą sprzed 300 lat, ale też ten sam Bach będzie brzmiał cudownie (aczkolwiek zupełnie inaczej) w interpretacji współczesnej orkiestry kameralnej. W każdym razie nie byłoby Chopina, gdyby nie wynaleziono fortepianu; nikt też przy zdrowych zmysłach nie podejmuje się grać Chopina na klawesynie. Muzykom wiernym tradycji wykonawczej też nie przychodzi też do głowy, żeby ubierać się w stroje z epoki.

Gdyby się odnieść do polskiej rzeczywistości politycznej, to orędownicy zacofania chcieliby, żeby grać Chopina na czym popadnie, ale w ubiorach „z epoki” i wyłącznie w zabytkowych wnętrzach.

Z mizernym skutkiem próbowałem grzebać w statystykach dotyczących podróży zagranicznych rodaków, bo interesują mnie dwie kwestie: ilu Polaków w ogóle nie było za granicą i co motywuje Polaków do osiedlania się za granicą. Odpowiedź na pierwsze pytanie być może uzasadniałaby dumę z zacofania.

Ilu z tych nastu milionów Polaków żyjących na emigracji zdecydowało się nie wracać do kraju ze względu na niższe zarobki, wysokie bezrobocie (czyli niższy standard życia), a ilu dlatego, że w Polska jest mentalnie opóźniona. Ilu wyjechało tylko i wyłącznie za pracą, a ilu w poszukiwaniu normalności?

 

Naród buduje getto (dla przyszłych pokoleń)

wtorek, 26 lutego 2013
Polska kibolska. Od bandytyzmu do mistycyzmu.

 

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 22 lutego 2013

 

Wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego świadczą o tym, że albo postradał rozum, albo opętały go nieczyste moce (albo i jedno, i drugie, bo jedno drugiego nie wyklucza). Dzisiaj, nawiązując do ostatnich wydarzeń na Uniwersytecie Warszawskim próbuje dowieść, że to nie prawicowe bojówki wdarły się na teren uczelni i zakłóciły wykład Magdaleny Środy, ale wręcz przeciwnie, że to Środa dokonała napaści na wolność słowa przy wsparciu „rozmaitych lewackich bojówek spod znaku Gazety Wyborczej, które od dawna czuwają nad tym, by wykłady, niebędące wystarczająco lewicowe, na uniwersytetach odbywać się nie mogły”. Więc prawicowa młódź się tylko broniła przed atakiem Środy. Może i ma rację, bo wszystko jest względne i  jak powiedzieliby fizycy „zależy od punku odniesienia”. Jeśli punktem odniesienia jest Mahomet, to nie skłamiemy twierdząc, że to góra przyszła do Mahometa. Więc gdy kibol splunie nam w twarz, zastanówmy się czy na pewno nieprzypadkowo stanęliśmy na torze plwocin. Gdy dostaniemy w ryj od jakiegoś bandziora, to rozważmy, czy to aby nie nasza głowa dokonała aktu napaści na pięść tego przemiłego człowieka.

 

Katecheza dla małp z UW

sobota, 16 lutego 2013
Walentynki polskie

piątek, 01 lutego 2013

 

„Tym różnimy się od zwierząt, że historia ma dla nas znaczenie.”

Taką tezę stawia jeden z publicystów „niesalonowych”, uzasadniając konieczność grzebania w życiorysach przodków osób publicznych.

Od innych zwierząt różnimy się pod wieloma względami, górujemy nad nimi (na ogół) intelektem oraz zdolnością do wyższych uczuć (oj, jest tego szerokie spektrum) i wyrażania emocji.

Tym różnimy się od zwierząt, że … Od razu można by zapytać: a czy to dobrze, czy źle? A czy przez to jesteśmy lepsi? Zwierzęta nie kłamią, nie manipulują, nie nienawidzą. A jeśli mają zdolność wyrażania uczuć, to są przynajmniej szczere.

 

Rilke „Ósma elegia”

 

Wszystkimi oczami widzi zwierzę

otwartą przestrzeń. Tylko nasze oczy

są jak odwrócone i szczelnie otaczają

jak sidła wokół jego nieskrępowane wyjście.

Co tam na zewnątrz jest,

wiemy jedynie z twarzy zwierzęcia, bo nawet

małe dziecko odwracamy i zmuszamy, by wstecz

patrząc widziało kształt świata, nie ów obszar otwarty

tak głęboki w oczach zwierzęcia! Wolny od śmierci.

My ją tylko widzimy, wolne stworzenia

kres swój mają wciąż za sobą — przed sobą Boga,

gdy stąd odejdą — biec będą dalej przez całą wieczność,

jak biegną źródła.

Nigdy nie mamy, nawet przez jeden dzień

tej czystej przestrzeni przed sobą, w której bezustannie

otwierają się kwiaty. Wciąż tylko świat,

a nigdy Nigdzie bez Nie:

to Czyste, Niestrzeżone, które wdycham

nieskończenie wiadome i nie żądane.

Jako dziecko błądzimy marzeniem w Jego pobliżu, lecz budzą nas zaraz

Może ten, co umiera, Tamtym jest.

Bo w obliczu śmierci śmierci oblicza nie widać,

i porażeni patrzymy, może wielkim spojrzeniem zwierzęcia.

Bliscy jej są zadziwieni kochankowie,

ale jedno zakrywa drugiemu Widzenie...

i w przeoczeniu tylko nad ramionami odsłania się im jej ogrom...

Nikt jej jednak nie przekroczy zawsze wracając do świata.

Nam zwróconym wciąż ku Istnieniu, widzialne na NIM

jest tylko odbicie Przestworzy,

przez nas przyćmione. Albo zwierzęcia niemego w górę

spokojne patrzenie nas przenikające na wskroś.

To zwie się losem: stać wobec

i nic więcej, wciąż wobec.

 

Gdyby świadomość naszą miało

nieulękłe zwierzę, które zmierza ku nam

w inną dążąc stronę — zawróciłoby nas

i porwało swoim przeobrażającym biegiem. Lecz jego istnienie

jest dlań nieskończone, nieuchwytne i ślepe

na jego stan, czyste jak jego patrzenie.

I gdzie my widzimy przyszłość, tam widzi ono wszystko

i siebie we wszystkim uleczone na zawsze.

A jednak w czujnym ciepłym zwierzęciu

jest ciężar i troska wielkiego smutku.

Bo jemu także ciąży zawsze,

co często nas obezwładnia — wspomnienie,

jakby raz już to, ku czemu zdążamy,

bliższe było, wierniejsze, a zespolenie z nim było

tkliwością bezmierną. Tu wszystko jest oddaleniem,

o tam było oddechem. Po pierwszej ojczyźnie

druga wydaje mu się niepewna, dwuznaczna.

O szczęście stworzenia małego,

o zawsze pozostaje w łonie, które je zrodziło;

o beztrosko komara, który nawet w locie godowym

wciąż we wnętrzu lata: bo łono jest wszystkim.

Zauważ jawną niepewność ptaka,

który zna niemal oba wcielenia od zarania swego,

jakby duszą był w kraju Etrusków,

która wyleciała z umarłego, spoczywającego w grobowej komnacie,

lecz jej wiekiem jest postać jego leżąca.

jak przerażone jest to, co musi fruwać,

a wywodzi się z łona, sobą jakby przestraszone

szyje powietrze mknąc jak rysa na szkle. Tak

nietoperz swoim lotem zarysowuje porcelanę zmroku.

My pozostajemy widzami: wciąż, wszędzie

na wszystko patrząc, bez mocy przenikania!

Coś nas przepełnia. Porządkujemy. Rozpada się.

Scalamy znowu i rozpadamy się sami.

Któż to nas tak odwrócił, że

cokolwiek czynimy, zachowujemy się jak człowiek,

który odchodzi? Jak na ostatnim wzgórzu,

które raz jeszcze ukazuje mu

całą jego dolinę, odwracając się, staje i zwleka —

tak my żyjemy, żegnając się wciąż.


Tagi
zBLOGowani.pl