RSS
czwartek, 24 listopada 2011
Zawiasy

Trząsłem się jak osika, choć to nie ja byłem oskarżonym. Wręcz przeciwnie. Postanowiłem być oskarżycielem posiłkowym w sprawie przestępstwa przeciw mieniu, w którym byłem poszkodowanym. Na krok ten zdecydowałem się tylko dlatego, że zdaniem pani asesor z prokuratury rejonowej, która prowadziła sprawę, w zasadzie nie byłem poszkodowanym, bo co prawda to mojego mieszkania się włamano i to w moim mieszkaniu wyrąbano dziurę w ścianie, ale to nie moje sprzęty skradziono, tylko ekip remontowych. Tak na marginesie: część sprzętów zwrócono, natomiast to, czego nie udało się odzyskać nie obciążyło sprawców, bo policja i prokuratura dały wiarę przestępcom, którzy najzwyczajniej stwierdzili, że takich przedmiotów nie skradli. Cud w Bytomiu – jedyne miejsce na kuli ziemskiej, gdzie przedmioty najzwyczajniej dematerializują się (a zjawisko to kwitami o nazwie "postanowienie o umorzeniu" potwierdza z urzędu prokuratura). Nie będę się przesadnie chwalił, że w dużej mierze dzięki mojej determinacji ujęto przestępców (no, bogiem a prawdą, bardziej zadziałał przypadek, że zobaczyłem gówniarzy z fantami na ulicy).

Już dawno nie byłem tak roztrzęsiony; ten nerwowy stosunek do organów sprawiedliwości (chyba jako dziecko stanu wojennego) mam od zawsze. Policja, prokuratura, sądy od zawsze napawały mnie trwogą.

Doświadczenie uważam za ciekawe i pouczające – dało mi obraz jak działają procedury sądowe w przypadku procesów karnych. Jeszcze rano poczytałem sobie co nieco na temat wniosków dowodowych.

Dostrzegam mądrość w wyroku i jego ustanym uzasadnieniu, bo świadczy o tym, że sędzia zna polskie realia. Zapadł wyrok w zawieszeniu, gdyż sędzia uznała, iż pomimo tego, że sprawcy byli już wcześniej karani (jeden za paserstwo, drugi za włamanie), ze względu na młody wiek orzeka karę w zawieszeniu, gdyż w więzieniu (co jest pewne) nastąpiłaby dalsza demoralizacja młodzieńców (nie będę apelować – głównie dlatego, że podzielam zdanie sądu). Wydłużono za to okres próby (na 3 lata w stosunku do jednego, a 4 lata – do drugiego sprawcy).

Okazało się także, że polski kodeks karny jest, mówiąc po ludzku, durny. Za włamanie przewiduję zasadniczo karę pozbawienia wolności, czyli więzienia (w zawiasach lub bez), natomiast nie przewiduje kary ograniczenia wolności – w postaci na przykład prac społecznych. Akurat wyrok w zawieszeniu nie wydaje mi się karą i zabiegiem wychowawczym, bo jedynie zmniejsza ryzyko (jak widać po tym przypadku – jedynie teoretycznie) powtórzenia przestępstwa w okresie kilku następnych lat. 

środa, 23 listopada 2011
Kto nie ma miedzi ...

Obiecałem sobie (po kilku krytycznych uwagach, które cenię i biorę do serca), że nie będę stosował terminologii medycznej do opisywania stanu ogólnego lub szczególnego pana prezesa, tego prezesa (chociażby dlatego, że nie mam ku temu kwalifikacji oraz nie znam wyników badań tegoż).

Obstrukcja to inaczej zaparcie, utrudnione lub niezbyt częste oddawanie stolca (polecam dużo owoców, najlepiej winogron). Termin ten też ma inne znaczenie – w polityce oznacza bierny opór przy użyciu dozwolonych prawem metod. Opozycji można zarzucić obstrukcję i jak widać po tej definicji, nie jest to nic obraźliwego. W przypadku działań PiS, trzeba mówić o superobstrukcji. To nie jest zwykłe zaparcie. To zeschnięte na wiór gówno. Stolec twardy jak kamień.

Państwu potrzebne są reformy, bo już zjada własny ogon. Państwo zaciąga zobowiązania (pożycza), żeby zbilansować wydatki, a powinno je finansować tylko i wyłącznie z bieżących wpływów podatkowych. Więc albo wydatki państwa są zbyt wysokie, albo podatki zbyt małe. Na razie dług publiczny rośnie. PiS ciska gromy na Tuska za duże zadłużenie państwa, a jednocześnie domaga się zwiększenia wydatków, najlepiej przy redukcji obciążeń podatkowych obywatela. To oczywiście absurd i szczyt hipokryzji PiS-u.

(kończę butelkę nalewki pigwowej własnej roboty, rocznik 2009)

Poseł Błaszczak, pełniący obecnie funkcję szefa klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości, jeden z najbardziej prominentnych działaczy tej partii, niemal codziennie urządza konferencje prasowe lub udziela wywiadów. Dzisiaj mówi, że PiS „nie zgodzi się, żeby za kryzys zapłacili najubożsi”. Jest to parafraza hasła, które pojawiło się, bodajże w Stanach, po pierwszej fali kryzysu: „to nie jest nasz kryzys”, bo za ten kryzys odpowiadają instytucje finansowe etc. (KNSZZ „Solidarność” także odwoływał się do tego hasła – jeśli więc nie naród ma ponieść koszt dekoniunktury, spowolnienia gospodarki, to kurwa kto? Święty Mikołaj?) Błaszczakowi i durnej części narodu, której ma być zaszczyt reprezentantem, trzeba odpowiedzieć prosto. Otóż za kryzys nie płacą najubożsi (dosłownie!), bo oni nie płacą podatków, tylko konsumują podatki odprowadzane przez innych.  „Z całą pewnością nie poprzemy wzrostu akcyzy na benzynę, to jest sięganie do kieszeni płytkich. (...) To nakręci spiralę drożyzny, benzyna i tak jest już bardzo droga” - mówił dzisiaj Błaszczak dziennikarzom w Sejmie. „Kto nie ma miedzi – na dupie siedzi”. Tak można odpowiedzieć Błaszczakowi (merytorycznie, jak najbardziej merytorycznie). Wysokie ceny paliwa ograniczą podróżowanie najuboższych (więc ich obciążenie podatkiem akcyzowym się zmniejszy), natomiast ci konsumenci, których stać na podróżowanie bez ograniczeń zapłacą wyższą akcyzę. Czyli, że zapłacą „głębokie kieszenie”, a nie „płytkie”. Oczywiście wyższa akcyza w paliwie, to także wzrost kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw, co bez wątpienia przełoży się to na ceny towarów i usług, ale w mniejszym stopniu (nieproporcjonalnie mniej) niż wzrost cen paliwa. Ja, jako konsument i przedsiębiorca, wcale się nie cieszę i ograniczam podróżowanie.


wtorek, 22 listopada 2011

W trakcie kolejnej przeprowadzki znalazł stary liścik napisany odręcznie na skrawku perforowanego papieru, zwanego potocznie składanką komputerową, o takiej treści: „Zaleważ mi łazieńkę. żeby się to niepowtarzało Jerzy”. Przynajmniej potrafi się podpisać bez błędu ortograficznego – pomyślał o swoim sąsiedzie z piętra poniżej dwadzieścia lat temu, a teraz przypomniał sobie tą swoją pierwszą reakcję. Na odwrocie ta sama ręka napisała „chłopak – powycieraj”. Po czym, niewiadomo dlaczego, przekreśliła to zdanie. Może dlatego, że nadawca zdążył już sam powycierać. A może dlatego, że nie chciał już widzieć hipotetycznego sprawcy zalania. Albo uznał za niekulturalne zwracanie się per „ty” do osoby, którą znał jedynie z widzenia; to akurat jest najmniej prawdopodobne. Nie był to pierwszy wypadek, gdy został niesłusznie posądzony o uprzykrzanie życia sąsiadowi. Każdy najmniejszy hałas: czy to mniej lub bardziej przypadkowe uderzenie w kaloryfer kilka pięter niżej, czy też muzyka niesiona gdzieś z oddali betonowymi ścianami wieżowca, zawsze skutkowały tym samym – uderzaniem w sufit. W ten sposób Jerzy niezmiennie wskazywał winnego i próbował uciszyć sprawcę swojego rozstroju nerwowego. A niesłusznie posądzony mieszkaniec wyższej kondygnacji, wcielenie wszelakich cnót chłopięcych, ostoja wstrzemięźliwości, skarbnica spokoju i skrajny introwertyk, ubolewał nad płytką wyobraźnią sąsiada, która odrzucała inne, o wiele bardziej prawdopodobne przyczyny hałasu. Niewiele wiedział o swoim sąsiedzie. Sam cenił sobie anonimowość, a życie innych mieszkańców wieżowca, tych kilkuset osób, które pewnie kiedyś musiał minąć na schodach lub w windzie, zwyczajnie go nie interesowało. Za to Regina z vis-a-vis była źródłem cennych informacji. „On ściąga takie różne paniusie, a potem je chyba bije i zamyka w łazience” – mówiła. Faktycznie, dało się czasem słyszeć echa imprez, a potem cichy, kobiecy płacz przenoszony szybami wentylacyjnymi. Dzikie, jak u drapieżnika, oczy Jerzego napawały go trwogą. To te oczy skupiały uwagę, a bez nich Jerzy nie wyróżniałby się specjalnie z tłumu czterdziestolatków. Jerzy był typem mężczyzny o specyficznej aparycji, która jednak mogła się podobać niektórym kobietom. Starsze panie, rówieśniczki naszych babć, powiedziałyby „postawny”, co oznaczało nie tyle, że przystojny, ale że nie jest typem brzuchatego tatuśka, a wręcz przeciwnie - że trzyma się prosto, jest w pewnym sensie silny lub wysportowany. Gęste, lekko falujące ciemnoblond włosy spływały po szyi. Był nadzwyczaj czysty, preferował jasne kolory garderoby. Ta przesadna, nadzwyczajna troska o wygląd, o każdy szczegół, sprawiała, że koniec końców Jerzy przypominał tandetnego pedzia.

Właśnie prowadził korepetycje w swojej kawalerce. Ciszę wiosennego popołudnia zakłóciły nagle jakieś rytmiczne stuki-puki. To dobrze nie wróżyło, bo wiedział, że sąsiad z niższego piętra jest u siebie. Po kwadransie rozległ się dzwonek, który napełnił go uzasadnionym niepokojem. W drzwiach stanęła postać przyodziana w szlafrok z głębokim dekoltem, jakby żywcem wzięta z serialu „Dynastia”. Na gładkim torsie połyskiwał tombakowy wisior. To nie Blake Carrington, ani też jego młodsza replika. To Jerzy, wzburzony, a i odurzony alkoholem, z pretensjami, które już nie zaskakują. „To nie u mnie” – odparł na zarzut Jerzego. „Proszę zobaczyć, ja pracuję. Lekcji udzielam.” – dodał trzęsącym się ze zdenerwowania głosem. „Tu jest cicho. To ktoś inny hałasuje, słyszy pan?”. Jerzego najwidoczniej te argumenty nie przekonały i zaczął się oddalać, powtarzając w kółko swoje groźby niczym mantrę: „Jak dalej będziesz hałasować, to ci pokażę!”. Próbował go jeszcze zatrzymać logicznymi – jak mu się wydawało - argumentami: „Skoro dalej ktoś hałasuje, a ja z panem rozmawiam, to znaczy, że to nie ja hałasuję, prawda?”. Inteligencja widać nie była mocną stroną Jerzego, który oddalał się i oddalał i pewnie po chwili zniknąłby w czeluściach długiego, ciemnego korytarza, gdyby nie to jedno zdanie, które się niby niechcący wyrwało „No to spierdalaj, stara cioto!”. Siemianowicki Blake, ten samiec alfa z bloku z wielkiej płyty zatrzymał się, zawrócił. Pierwszy krok, drugi. Szybciej, coraz szybciej. Trucht, prawie bieg. Jerzy sięgnął do kieszeni, a w jego dłoni błysnęło ostrze scyzoryka ... .

poniedziałek, 21 listopada 2011
Panta rhei

21 listopada 1911, w niewielkiej wsi, gdzieś na południowych krańcach Wielkopolski, przyszła na świat moja babcia Cecylia, zwana Celiną.

niedziela, 20 listopada 2011
Koń polski. Pies. I kot.

Podobno, jaki jest koń każdy widzi. Jednak nie każdy widzi tego samego konia. „Policjanci byli atakowani nie tylko przez niemieckich anarchistów, ale głównie przez chuliganów w szalikach klubowych, wspieranych ostatnio przez Jarosława Kaczyńskiego” - powiedział Donald Tusk w Sejmie. Każdy w końcu nieco ponad tydzień temu widział polskich patriotów napierdalających się z psami (to znaczy kiboli atakujących stróżów prawa). To fakt. Każdy widział wcześniej przeciw komu zwracali się stali bywalcy polskich stadionów, skandując na okrągło „Donald, matole, twój rząd obalą kibole!” i poparcie której strony polskiej sceny politycznej zyskali. To są też fakty. Co prawda, nie słyszałem, żeby Jarosław Kaczyński powiedział wyraźnie: „Popieram bandytyzm stadionowy”, niemniej i media prawicowe, i politycy Prawa i Sprawiedliwości dawali poklask kibolom, robiąc z nich patriotów, którzy zwrócili się przeciw tyranowi, namiestnikowi obcych sił, a próbę zaprowadzenia ładu (egzekwowania prawa) na stadionach przez ekipę Tuska okrzyknęli tematem zastępczym. Wiele cytatów z wypowiedzi polityków PiS-u na ten temat nadal jest dostępnych w internecie. Czyżby pan prezes miał amnezję, opuszczając na znak protestu, razem ze swoimi wiernymi psiakami* (przepraszam czworonogi za to godzące w ich dobra osobiste porównanie), salę sejmową i zapowiadając, że wytoczy Tuskowi „dwa procesy - cywilny i karny”. Prezes życzy sobie nadto, by premier powtórzył te same słowa, ale już nie z mównicy sejmowej, tak jakby do ich zrozumienia musiał mieć inną perspektywę, inny punkt widzenia. Bo może tego samego konia widział wcześniej, ale od „dupy strony”.

*) Alik nie żyje. Za portalem fakt.pl „To nie był zwykły kot. Alik był jak przyjaciel, domownik, dlatego ból prezesa PiS po jego stracie jest tak wielki. - To świeża rana - mówi nam ze współczuciem Joachim Brudziński (43 l.), bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego (62 l.). Ale zapewnia, że wkrótce prezes przygarnie nowego kota”. Nie dziwi mnie ta kolejka zwierzątek do adopcji.

sobota, 19 listopada 2011
Muzyka łagodzi obyczaje

 

„Palec wskazujący (…) rzadko pracował, raczej pracowały "ręce dyrygenta", jak przy prowadzeniu orkiestry - obie uniesione, prasowały przestrzeń lub ją szatkowały, w zależności od kontekstu, co zwiększa wizualizacje. (…) Prawa ręka pracowała bardziej niż lewa i obydwie. Kiedy więcej pracuje prawa ręka, oznacza to oznacza, że bardziej wysila się lewa półkula mózgu, odpowiedzialna za racjonalność, logiczność i kartezjańskie odruchy umysłowe. Skoncentrowałem się na tym, kiedy lewa ręka była bardziej aktywna. Okazało się, że około 16,5 minuty (…)  lewa ręka zaczęła mocniej i bardziej nerwowo pracować po pulpicie.”

Dyrygował Donald Tusk. Wczoraj premier wygłosił expose. Nie oglądałem, może przeczytam. Wysłuchałem za to koncertu NOSPR-u. Tu „wymachiwanie” rękami przez dyrygenta naprawdę ma duże znaczenie. (Ażeby Wir genießen die himmlischen Freuden)

Na czym w dużej mierze polega frajda dla mnie – słuchacza, odbiorcy, konsumenta muzyki (nie wypowiadam słowa meloman, bo to słowo – „miłośnik muzyki” – choć pewnie i prawdziwe, trąci megalomanią)? Na poznawaniu nowych dzieł albo odkrywaniu na nowo, tego co się „doskonale” zna. Mogę się zachwycać starannością wykonania, rzetelnością przygotowania, brzmieniem orkiestry, interpretacją. I oczywiście samym dziełem. W przypadku wczorajszego koncertu, zwłaszcza za sprawą IV symfonii Gustawa Mahlera, było wszystko co jest potrzebne i dla serca i dla głowy.

IV symfonia Mahlera, pomimo bardzo ekspresyjnej trzeciej części, jest najpogodniejszym dziełem kompozytora, zaś kończy je materiał zaczerpnięty z pieśni, skomponowanej przez Mahlera ponad dekadę wcześniej „Das himmlische Leben”. Nie jest tak rozbudowana, pompatyczna i patetyczna, jak dwie poprzednie i niesie skojarzenia z „klasykami wiedeńskimi”.

Co zdecydowało, że interpretacja Gabriela Chmury była tak inna od pozostałych? Partytura symfonii została bardzo precyzyjnie odczytana, zaś orkiestra niezwykle starannie przygotowana, dzięki czemu mogłem usłyszeć masę niuansów, których nie znałem z wcześniejszych wykonań. W gąszczu orkiestry słychać było każdy z instrumentów, niemal każdy muzyczny detal, każdą nutę. Orkiestra (zwłaszcza kwintet) często grała skrajnie cicho – miałem wrażenie, że słucham orkiestry kameralnej, a nie blisko stuosobowego zespołu. To była bardzo osobista interpretacja, chyba bliska muzyce Haydna. Czysta, jasna i piękna. Olga Pasiecznik idealnie się wkomponowała w ideę dyrygenta. Myślę, że sam Mahler (również doskonały dyrygent)  byłby zachwycony takim odczytaniem swojego dzieła i pewnie … zaskoczony.

Pierwszą część koncertu wypełnił utwór Eugeniusza Knapika „Moby Dick. Introduction to Mystery”, na tenor chór i orkiestrę, z Czechem Tomášem Černým w partii solowej. Lubię Knapika (jego język muzyczny jest nieco eklektyczny, zresztą podobnie jak język mojego ulubionego Mahlera, nie jest radykalny i awangardowy, za to klasycznie klarowny … i ciepły.). Utwór niósł mi jakieś skojarzenia z Brittenem (nie tylko ze względu język, w jakim był śpiewany). Kawał dobrej roboty i pięknej muzyki.

I w ten sposób, trochę dzięki panu premierowi, powstała pierwsza moja recenzja. Uczciwie przyznam, że czuję „dużą niezręczność” pisząc o tym, co tak lubię, jednocześnie mając świadomość, że brak mi jakichkolwiek fachowych podstaw do obiektywnych ocen.

Koncert NOSPR-u był wstępem do XIX Festiwalu Muzyki Kameralnej „Kwartet Śląski i jego goście”, który potrwa do 4 grudnia. Większość koncertów będzie się odbywała w Akademii Muzycznej w Katowicach. Cykl będzie poświęcony „Pokoleniu stalowowolskiemu” (to trzech śląskich kompozytorów z rocznika ’51): Eugeniuszowi Knapikowi, Aleksandrowi Lasoniowi i Andrzejowi Krzanowskiemu.

P.S. Aureliuszu, Olga Pasiecznik śpiewała tak:

Das himmlische Leben

(aus Des Knaben Wunderhorn)

Wir genießen die himmlischen Freuden,
D'rum tun wir das Irdische meiden.
Kein weltlich' Getümmel
Hört man nicht im Himmel!
Lebt alles in sanftester Ruh'.
Wir führen ein englisches Leben,
Sind dennoch ganz lustig daneben;
Wir tanzen und springen,
Wir hüpfen und singen,
Sanct Peter im Himmel sieht zu.

Johannes das Lämmlein auslasset,
Der Metzger Herodes d'rauf passet.
Wir führen ein geduldig's,
Unschuldig's, geduldig's,
Ein liebliches Lämmlein zu Tod.
Sanct Lucas den Ochsen tät schlachten
Ohn' einig's Bedenken und Achten.
Der Wein kost' kein Heller
Im himmlischen Keller;
Die Englein, die backen das Brot.

Gut' Kräuter von allerhand Arten,
Die wachsen im himmlischen Garten,
Gut' Spargel, Fisolen
Und was wir nur wollen.
Ganze Schüsseln voll sind uns bereit!
Gut' Äpfel, gut' Birn' und gut' Trauben;
Die Gärtner, die alles erlauben.
Willst Rehbock, willst Hasen,
Auf offener Straßen
Sie laufen herbei!

Sollt' ein Fasttag etwa kommen,
Alle Fische gleich mit Freuden angeschwommen!
Dort läuft schon Sanct Peter
Mit Netz und mit Köder
Zum himmlischen Weiher hinein.
Sanct Martha die Köchin muß sein.

Kein' Musik ist ja nicht auf Erden,
Die unsrer verglichen kann werden.
Elftausend Jungfrauen
Zu tanzen sich trauen.
Sanct Ursula selbst dazu lacht.
Kein' Musik ist ja nicht auf Erden,
Die unsrer verglichen kann werden.
Cäcilia mit ihren Verwandten
Sind treffliche Hofmusikanten!
Die englischen Stimmen
Ermuntern die Sinnen,
Daß alles für Freuden erwacht.


Heaven's Life

(from Des Knaben Wunderhorn)

We enjoy heavenly pleasures
and therefore avoid earthly ones.
No worldly tumult
is to be heard in heaven.
All live in greatest peace.
We lead angelic lives,
yet have a merry time of it besides.
We dance and we spring,
We skip and we sing.
Saint Peter in heaven looks on.

John lets the lambkin out,
and Herod the Butcher lies in wait for it.
We lead a patient,
an innocent, patient,
dear little lamb to its death.
Saint Luke slaughters the ox
without any thought or concern.
Wine doesn't cost a penny
in the heavenly cellars;
The angels bake the bread.

Good greens of every sort
grow in the heavenly vegetable patch,
good asparagus, string beans,
and whatever we want.
Whole dishfuls are set for us!
Good apples, good pears and good grapes,
and gardeners who allow everything!
If you want roebuck or hare,
on the public streets
they come running right up.

Should a fast day come along,
all the fishes at once come swimming with joy.
There goes Saint Peter running
with his net and his bait
to the heavenly pond.
Saint Martha must be the cook.

There is just no music on earth
that can compare to ours.
Even the eleven thousand virgins
venture to dance,
and Saint Ursula herself has to laugh.
There is just no music on earth
that can compare to ours.
Cecilia and all her relations
make excellent court musicians.
The angelic voices
gladden our senses,
so that all awaken for joy.

piątek, 18 listopada 2011
Cmok, cmok, czyli make love, not war.

Czy Papaboys to:

  • zespół pop-rockowy, będący kontynuacją znanej w latach 80’ formacji Papa Dance,
  • znany klub gejowski w londyńskiej dzielnicy Soho,
  • stowarzyszenie młodzieży katolickiej?

 

Otóż Papaboys (w oryginale, po włosku: I ragazzi del Papa, czyli chłopaki/chłopacy papieża – tak Jarku?), toooo ... stowarzyszenie włoskiej młodzieży katolickiej, liczące 15.000 członków.

„Młodzież Stowarzyszenia przyjmuje z radością ewangeliczne orędzie i wprowadza go w życie w bliskości Ojca Świętego, podejmując wysiłek w świecie (pozostając własnością Chrystusa) żyjąc, wzrastając, kształtując się i angażując się, niosąc w świat, szczególnie do najsłabszych, cenne kropli ”życia” oraz z tą samą radością dają świadectwo rówieśnikom, którzy są w poszukiwaniu sensu życia.” (za stroną: http://papaboyspolska.wordpress.com)

Nazwa stowarzyszenia pojawiła się chyba po raz pierwszy w naszych mediach, w kontekście reklamy „Benettona”. Grupa młodych włoskich Papaboysów wzywa do bojkotu produktów tej firmy, a wykorzystanie wizerunku papieża w skandalicznym fotomontażu określa mianem świętokradztwa.

Dla mnie reklama niesie dużo mniej skojarzeń erotycznych (bo chyba o to chodzi z tym „świętokradztwem”), niż nazwa stowarzyszenia, które przeciw niej protestuje.

Jak kiedyś się chłopy całowały, to było „normalne” (w Polsce co najwyżej mógł spaść deszcz, przynajmniej tak mówił przesąd; na Sycylii spadały głowy, ale tylko po pocałunku śmierci). Zwykle jednak zacieśniała się przyjaźń między bratnimi narodami. A jak się teraz chłopy całują, to od razu muszą być geje.





czwartek, 17 listopada 2011
Hate/Unhate

Poseł Błaszczak („metr z Sevres kołtuna polskiego (…) w naszym życiu politycznym” - http://nadblog-wszystkich-blogow.blog.onet.pl/Teoria-koltuna-wzorcem-Mariusz,2,ID413656260,n) zmienił uczesanie. Poza tym nic nie zmienił, więc jak zwykle, z uśmiechem na twarzy obsmarowuje rząd (już ten nowy), że „złożony z politykierów”. Może w końcu jakieś warsztaty z pozytywnego myślenia? Jego towarzysz partyjny Hofman uważa z kolei, że „w rządzie nie będzie silnych osobowości”. Chyba nic gorszego nie mogło nas spotkać: rząd politykierów bez kręgosłupa.

Ukonstytuowały się nowe komisje sejmowe. Przewodniczącym sejmowej komisji edukacji został poseł Ruchu Palikota, drobny przedsiębiorca, Artur Bramora, który ma wykształcenie średnie. Koledzy z komisji pastwili się niemiłosiernie nad nowicjuszem, zadając mu szereg pytań (tylko po to, by go ośmieszyć): „Co pan sądzi o zmianach dotyczących podstawy programowej kształcenia ogólnego? Czy według pana, te zmiany, które zaproponował resort edukacji idą w dobrym kierunku? Jak modyfikowałby pan system egzaminów zewnętrznych? Czy, według pana, tutaj są potrzebne jakieś zmiany?” (posłanka Solidarnej Polski, Marzena Wróbel). „Jedną z pierwszych kwestii jaką będziemy musieli rozstrzygnąć na posiedzeniu komisji jest problem edukacji sześcioletnich dzieci i przesunięcie terminu obligatoryjności rozpoczęcia tej edukacji. Chciałabym poznać pana pogląd w tej sprawie. Czy jest pan zwolennikiem istnienia kuratoriów, czy nie? Jaki jest pana pogląd na temat odpłatności za drugi kierunek studiów?” (posłanka SLD, Krystyna Łybacka). Poseł PO, Jan Kaźmierczak, narzucił tematy: „funkcjonowanie systemu nauki i szkolnictwa wyższego w kontekście ostatnich reform przeprowadzonych przez minister Kudrycką” oraz „współczynników kosztochłonności studiów”. Przypominało mi to bandę dzieci (o zgrozo! pięcio-, siedmiolatków) z placu Sikorskiego rzucających kamieniami w bezbronnego kalekę. Dajmy człowiekowi czas! Stara wyjadaczka Łybacka też nie wyssała wiedzy i doświadczenia z mlekiem matki. Ponadto to jej organizacja partyjna wysyłała onegdaj niedouczonych polityków do spółek skarbu państwa, po to „by sprawdzili się w biznesie”. Akurat Bramora w biznesie się sprawdził, więc jak opatrzność pozwoli, to i sprawdzi się w komisji edukacji.

Benetton wycofuje jeden z billoardów z cyklu „Unhate”. Po protestach Watykanu i zapowiedziach podjęcia „odpowiednich kroków prawnych”, znika fotomontaż Benedykta XVI całującego się z Ahmedem el Tayyeb, imamem meczetu Al-Azhar w Kairze. Na innych zdjęciach znajdują się między innymi Barack Obama całujący Hugo Chaveza, Angela Merkel z Nicolasem Sarkozym, Benjamin Netanyahu z Mahmudem Abbasem (przewodniczącym Autonomii Palestyńskiej). MSZ-ty innych państw na razie nie podjęły żadnych kroków. Najbardziej rzeczowy komentarz znalazłem na portalu niezalezna.pl:

„Durny ten „Benetton”! Ciuchy z „Benettona” są jednymi z najlepszych i pod względem estetycznym, i pod względem jakości. Kupiłam tego lata sukienkę, która mało, ze ładna, to nic z nią się nie dzieje po wielokrotnych praniach. Ich ciuch rozpoznam na odległość! Tymczasem zanotowali 30% strat w tym roku. Winny niewątpliwie kryzys, bo ich produkty nie są "za darmo", ale nie musieli sie czepiać brzytwy, jak tonący. We mnie budzą te pocałunki zwykle obrzydzenie, a najbardziej mnie ubawił obrazek Merkel z Sarkozym. Tak naprawdę, to raczej wzbudził obrzydzenie. Sądzę, że nawet jeśli zostanie kampania marketingowa zastopowana, to juz samym skandalem „Benetton" przypomniał, że istnieje. Znowu ceny podwyższą, bo dotąd ich sweterki (…) znalazły się w sklepach z przecenami, z czego skorzystałam, bo do firmowego sklepu nawet nie wchodzę.” Dana (nv), czw., 17/11/2011 - 18:02

:-)



Tagi: unhate
21:57, gkur
Link Dodaj komentarz »
Do przodu!

„Dżesika, umisz po francusku? Ja, ale sie brzidza.” Pracuję w handlu, bardziej z konieczności, choć nie bez satysfakcji i sukcesów, ale z podobnym nastawieniem jak Dżesika do seksu oralnego. I tyle tytułem wstępu. Bo ma być nawiązanie do handlu. A popularne jest tam takie powiedzenie, że jeśli nie robi się kroku do przodu, to robi się krok w tył. Bo żeby mieć sukces trzeba przeć, iść naprzód, nierzadko z mozołem, ale w przód, nie oglądając się za siebie, nie patrząc narcystycznie na dawne sukcesy, dalej, dalej, „byle do przodu”. Tu nic niej jest dane raz na zawsze. Stagnacja faktycznie oznacza cofanie się. (Chcieliście gospodarki rynkowej – to ją macie! I dobrze. Ja jestem zadowolony.) Ta prawidłowość ma zastosowanie także w innych dziedzinach, między innymi w nauce i technice, a także w sztuce oraz w życiu. O ile w tej pierwszej, dla wszystkich rozwój jest czymś naturalnym i od paru stuleci nie budzi większego oporu (gdzie postęp techniczny jest powiązany z odkryciami naukowymi), o tyle w sferze kultury i w kontaktach międzyludzkich postęp nie dla wszystkich jest tak oczywisty i nie przez wszystkich akceptowalny. W tychże dziedzinach ludzie (nie wiem dlaczego akurat zwłaszcza w tej części świata) są nadzwyczaj zachowawczy, bo o ile chętnie korzystają z najnowszych zdobyczy techniki, jak chociażby media elektroniczne, Internet, komputery, etc, o tyle – przynajmniej statystycznie – są mniej otwarci na inne zmiany. Vivaldi – tak, Lutosławski – nie. Matejko – tak, Kozyra, Nieznalska, Libera – nieeeeeeee!. Małżeństwo – tak, konkubinat – nie (związek partnerski - zdecydowanie nie). Tusk – tak, Palikot – nie. Katolik – tak, Jehowita – nie. Miliard w rozumie – tak, Wojewódzki – nie. Piłka nożna – tak, lekkoatletyka – raczej nie. Mężczyzna głową rodziny, schabowy z ziemniakami, „Bóg, Honor i Ojczyzna” – po trzykroć tak, murzyn na ulicy, gej w sejmie, społeczeństwo wielokulturowe, równouprawnienie płci – nie. Dlaczego? Pewnie w dużej mierze z wygody i lenistwa, ale pewnie bardziej ze strachu i z niezrozumienia. Żeby nie było: zjem schabowego, stosuję się do Przykazań (tych z drugiej tablicy, od czwartego wzwyż), także słucham Vivaldiego i Ravela, czasem oglądnę program Sznuka albo jakiś kretyński kryminał na Polsacie, a nawet lubię naszego premiera. Ale też sięgnę po to, co trudniejsze i niezrozumiałe, bo wtedy życie nabiera smaku. Warto iść pod prąd (także własnego konformizmu i przyzwyczajeń).

Wczoraj przeczytałem bardzo mądry (naprawdę nie lubię słodzić) wpis na blogu http://bardzodobrze.blox.pl/2011/11/Dereszowska-Koterski-Wojewodzki.html, o tym samym, ale inaczej. Polecam.

Jaka to melodia?

Członkowie niemieckiej Antify, których w zeszły piątek zatrzymano podczas blokowania Marszu Niepodległości, chcą się sądzić z polską policją. Ich zdaniem funkcjonariusze znęcali się nad nimi w aresztach i śpiewali przy nich: „Deutschland, Deutschland über alles” - pisze  „Gazeta Wyborcza”. Nadto okazuje się, że część młodych Niemców po powrocie z Warszawy musi się poddać terapii, bo przeżyła traumę.

Nie posądzałby polskich stróżów prawa o znajomość niemieckiego hymnu, natomiast jestem pewien, że doskonale znają kanon światowej literatury muzycznej. Melodia „Deutschland, Deutschland über alles” została zaczerpnięta z kwartetu C-dur op. 76 nr 3, Józefa Haydna (druga część).

„Szóstka” dla policjantów za znajomość niemieckiej muzyki klasycznej, zarówno od strony teorii, jak i praktyki wykonawczej. „Pała” Niemcom jak najbardziej się należała.

P.S. Czy po śpiewnej i wolnej części kwartetu (poco adagio, cantabile) można doznać głębokiego wstrząsu? Posłuchajcie w wolnej chwili. 

 
1 , 2 , 3
Tagi
zBLOGowani.pl