RSS
niedziela, 25 listopada 2012

Źródło A

Odebrali im dzieci za eurosceptycyzm!

Euroterror narasta. Władze angielskiego miasta Rotherham odebrały zastępczym rodzicom prawo wychowywania trojga dzieci. Powodem była przynależność rodziców do... eurosceptycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, kierowanej przez popularnego w Polsce Nigela Farage'a.

Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) jest przeciwna wielokulturowości, chce wprowadzenia kontroli nad migracją i wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Obecnie popiera ją nawet do 9 proc. wyborców.

Lider Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa i poseł do Parlamentu Europejskiego Nigel Farage uważa, że odpowiedzialni za tę "przerażającą decyzję" powinni podać się do dymisji.

Dwiema dziewczynkami i chłopcem zajmował się rezerwista marynarki wojennej pracujący z niepełnosprawnymi i pielęgniarka, która zawodowo zajmuje się małymi dziećmi. Trójka dzieci nie urodziła się w Wielkiej Brytanii, ale w jednym z nowych krajów Unii Europejskiej, nazwy państwa nie podano. Władze samorządowe uznały w związku z tym, że ich "kulturowe i etniczne potrzeby nie będą zaspokojone".

Zastępczym rodzicom powiedziano, że Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) propaguje rasizm. Partia zaprzecza tym absurdalnym zarzutom, podobnie jak małżeństwo, któremu odebrano prawo do dalszego opiekowania się dziećmi. "Gdybym była przekonana o tym, że UKIP to partia rasistowska, nie wstąpiłabym do niej. W rodzinie mam kolorowych przodków" - powiedziała dziennikowi "Daily Telegraph" zastępcza matka.

 

Zródło B

Rodzicom zastępczym odebrano dzieci z powodów politycznych

Władze samorządowe miasta Rotherham w angielskim hrabstwie South Yorkshire odebrały zastępczym rodzicom prawo wychowywania trojga dzieci. Powodem była ich przynależność do Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa - podały brytyjskie media.

Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) jest przeciwna wielokulturowości, chce wprowadzenia kontroli nad migracją i wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Partia była niegdyś na politycznym marginesie, ale obecnie sondaże wskazują, że popiera ją nawet do 9 proc. wyborców. Lider UKIP i poseł do Parlamentu Europejskiego Nigel Farage uważa, że odpowiedzialni za tę "przerażającą decyzję" powinni podać się do dymisji.

Dwiema dziewczynkami i chłopcem zajmowali się rezerwista marynarki wojennej pracujący z niepełnosprawnymi i pielęgniarka, która zawodowo zajmuje się małymi dziećmi. Trójka dzieci nie urodziła się w Wielkiej Brytanii, ale w jednym z nowych krajów UE, nazwy państwa nie podano. Władze samorządowe uznały w związku z tym, że ich "kulturowe i etniczne potrzeby nie będą zaspokojone".

Zastępczym rodzicom powiedziano, że UKIP propaguje rasizm. Partia zaprzecza tym zarzutom, podobnie jak małżeństwo, któremu odebrano prawo do dalszego opiekowania się dziećmi. - Gdybym była przekonana o tym, że UKIP to partia rasistowska, nie wstąpiłabym do niej. W rodzinie mam kolorowych przodków - powiedziała dziennikowi "Daily Telegraph" zastępcza matka.

Lokalny oddział Partii Pracy, który kontroluje władze samorządowe w Rotherham, zaapelował o pilne przeprowadzenie dochodzenia. Władze - pod presją krytyki - zapowiedziały ponowne zbadanie sprawy. Sprawa wyszła na jaw w gorącym okresie. W najbliższy czwartek w Rotherham odbywają się wybory uzupełniające w związku z ustąpieniem posła Denisa McShane'a, któremu udowodniono nadużycia przy refundacji poselskich wydatków. 



piątek, 16 listopada 2012

Dzisiejsze tytuły z niezależnej.pl:

Putin i Komorowski zapraszają do kina. Polskie służby coraz częściej pytają Google'a. Cenzurują kazania - "Za Tuska jak za Ruska"Sonda "Faktu": to policja wywołała zamieszki. Za PO najgorzej wiedzie się przedsiębiorcom. NIK: dramatycznie spada poziom nauczania. Policja nęka za kazanie o Smoleńsku. Promują Dreamlinera, a zapomnieli o Biniendzie. Donald Tusk oddaje Unii polską wieś. Sąd zbada zażalenie Marty Kaczyńskiej. Czyżby nowy Amber Gold w mateczniku Platformy?. Robią z nas idiotów.

Jest w końcu coś pozytywnego. Kaczyński: mamy gwarancje Camerona. To o tym, że nie rząd RP, ale partia opozycyjna PiS uzyskała od brytyjskiego premiera Davida Camerona zapewnienie, że "jego postulaty odnoszące się do oszczędności w Unii Europejskiej w żadnym wypadku nie powinny dotyczyć Polski", a krajów zamożnych. Czyli jednak nic pozytywnego, bo wniosek jest tak źle, że z Tuskiem nie chcą rozmawiać przywódcy państw zachodnich, no może poza Merkel (ale to akurat przemawia przeciw naszemu premierowi). Jeśli Polska w ogóle będzie dostawała jakieś pieniądze z UE, to w pełni będzie to zasługa Kaczyńskiego.

Jakże te informacje są inne od tych z oficjalnych, prorządowych mediów. Nie dziwi, że jeśli na jakimś spotkaniu z Macierewiczem pojawia się ktoś, kto zadaje „prorządowe”, mętne i pokrętne pytania, to musi być traktowany przez lud jak potencjalny prowokator, agent Palikota, KGB lub nawet NKWD i trudno się dziwić ludowi, że chce go zlinczować.



czwartek, 15 listopada 2012
Media prawicowe biją na alarm

 

 

Więcej prawdy na portalu niezalezna.pl

wtorek, 13 listopada 2012
Koniec USA

Powołując się na PAP (!!!)  niezalezna.pl pisze, że po wygranych  przez Baracka Obamę wyborach prezydenckich fala niezadowolonych wyborców postanowiła działać i już ok. 20 stanów chce odłączenia od USA. Dalej portal wyjaśnia: „Ponad 100 tys. Amerykanów podpisało się pod petycjami na stronie Białego Domu, wzywającymi do umożliwienia ich stanom odłączenia się od USA po reelekcji Baracka Obama. Przoduje Teksas, w którym zebrano ponad 25 tys. podpisów.  (…) Autorzy większości petycji większości powołują się na Deklarację Niepodległości. Stan Georgia natomiast odwołuje się do wojny secesyjnej. - Tak jak w 1860 r. Południe odłączyło się od Unii, tak w 2012 r. stan Georgia chciałby odłączyć się od USA – oświadczają mieszkańcy Georgii”.

Liczymy razem: 100.000 z 310.000.000 daje około 0,03% czyli 0,3‰ (moherom wyjaśniam dużymi literami ŚREDNIO TRZECH NA DZIESIĘĆ TYSIĘCY AMERYKANÓW jest za tym, by USA się rozpadło). Jak widać trudno to nazwać falą niezadowolenia.

Po raz pierwszy Amerykanom czegoś zazdroszczę. Tego, że odsetek debili jest u nich tak mały.




niedziela, 11 listopada 2012
Marsz niepodległości

 

 

 

sobota, 10 listopada 2012
Cytat dnia

„Ja, skromny poseł RP, oświadczam, że profesor Zbigniew Brzeziński, fetowany i odznaczany, utytułowany i uszanowany swoją wypowiedzią przekroczył wszelkie granice głupoty, a co gorsze - granice zbydlęcenia!”

Tak pisze skromny poseł z szerokim gestem, imienia nie pomnę, znany głównie z tego, że był mężem Aleksandry Natalli-Świat.

Przy okazji jesteśmy świadkami, jak to PiS weryfikuje historię, już nie Polski, ale całego świata. „Oto prezydent Carter okazał się jednym z najgorszych prezydentów. Zostawił po sobie katastrofę społeczną i gospodarczą, a wobec Związku Sowieckiego okazał się bezradny i naiwny jak niemowlę. Przed kompletną katastrofą uratowała nas wszystkich zasada kadencyjności. Następca nieszczęsnego Cartera, Ronald Reagan, okazał się na szczęście jednym z najwybitniejszych prezydentów i przywódców wolnego świata. Postawił USA na nogi pod względem gospodarczym i przyczynił się walnie do upadku imperium zła, czyli ZSRR. Dziś musimy ze smutkiem powiedzieć, że nasz rodak Brzeziński był głównym winowajcą klęski polityki Cartera. I niestety powinniśmy się wstydzić, że jest naszym rodakiem.”

 


 

Tagi: PIS
13:53, gkur
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 listopada 2012

Był niezwykle aktywny w późnych latach swojego życia, publikując ponad 40 kompozycji pomiędzy dziewięćdziesiątką a setką,  a potem jeszcze 14. Jego ostatnia kompozycja, „12 Krótkich fraszek”  na fortepian, została ukończona 13 sierpnia 2012 roku. Elliott Carter zmarł 4 dni temu. 11 grudnia skończyłby 104 lata.

Kompozytor w Polsce na tyle nieznany (albo raczej mało popularny), że zupełnie przypadkowo natknąłem się na notkę o jego śmierci. Szkoda, że media jego odejścia nie odnotowały nawet jako „ciekawostki”.

 

Tak w stulecie Elliotta Cartera pisał Andrzej Chłopecki (1950 – 2012):

W 1993 roku Daniel Barenboim, dyrektor Deutsche Oper w Berlinie, spytał go, czy nie czas, by napisał swą pierwszą operę. 85-letni wtedy kompozytor odpowiedział, że owszem, ale za 20-30 lat.

Miał do tego muzycznego gatunku podobny stosunek jak Witold Lutosławski, który indagowany w tej sprawie mówił, że zapewne tak. Zapewne, gdyby znalazł odpowiednie libretto, które pozwoliłoby mu obejść drażniące go w tej muzycznej formie elementy. No bo dlaczego człowiek wzruszony, zamiast po prostu swą kwestię powiedzieć, a nawet wykrzyczeć czy wycharczeć, śpiewa?

Lutosławski za wzór brał operę Maurice'a Ravela "Dziecko i czary". 85-letniemu kompozytorowi amerykańskiemu libretto - o reakcjach różnych osób na wypadek samochodowy - dał Paul Griffiths, pisarz, poeta, krytyk muzyczny. No i w wieku lat 90, a nie w wieku lat 110 czy 120, skomponował operę, która miała swe prawykonanie w berlińskiej operze. Tytuł: "What Next?".

Elliott Carter, urodzony w Nowym Jorku 11 grudnia 1908 roku , pełen werwy i niesłabnących sił twórczych, świętuje urodziny, na których już nie wypada zaśpiewać "Sto lat". W tym odchodzącym do historii roku 2008 na urodzinowych koncertach wykonano ponad 600 razy jego utwory, a wykonania następne anonsowane są w 2009 roku. Nie jest to tylko retrospektywa, ale także prawykonania utworów napisanych w tym roku. Właśnie postanowił napisać cykl pieśni do tekstów Ezry Pounda

Elliott Carter. W 1992 roku, po śmierci Oliviera Messiaena i Johna Cage'a, wybitny niemiecki krytyk muzyczny Heinz-Klaus Metzger, już wtedy sędziwy (żyje, żyje, do setki mu jeszcze sporo brakuje!), zauważył: No cóż, nowa muzyka się w tej postmodernie kończy, zostało już tylko dwóch "sprawiedliwych" modernistów: w Europie Lutosławski, w Ameryce - Carter. Lutosławski zmarł w 1994, pięć lat przed nim urodzony Carter żyje i ma sto lat. Ostatni Mohikanin moderny?

Jako 16-latek został przedstawiony wielkiemu dla historii muzyki amerykańskiej Charlesowi Ivesowi, jako jeden z nielicznych słuchał utworów Edgara Varese'a. Czy stał się z ducha i z nut swych licznych kompozycji twórcą "amerykańskim"? To dość wątpliwe. Wywodził się przecież - skutkiem swej kompozytorskiej edukacji - z pokolenia swych eklektycznych względem Europy mentorów, Waltera Pistona, Virgila Thomsona, też Aarona Coplanda, pragnącego specyfikę "amerykańskości" wydobyć spod przemożnej presji muzycznej tradycji Europy. Nie kochał miłością pierwszą estetycznych idei, które zaszczepiać chciała w nim Nadia Boulanger, ale wielbił Strawińskiego. Był więc między. Między Ameryką i Europą, choć studiował też muzykę Orientu, Dalekiego Wschodu, czego śladów w jego muzyce jest bardzo niewiele. Studia lingwistyczne, literatura niemiecka, greka to też dyskretnie ukryte nitki inspiracji do ewentualnego wykrycia w jego partyturach przez szczególnie wnikliwych analityków.

Kim więc dla nas dziś jest ten sędziwy kompozytor, świadek i uczestnik całego naszego wieku 1908-2008, obiecujący nam swe utwory na następne, najbliższe lata? Symbolem estetycznego języka, owej lingua franca, którą posługują się partytury współczesnych kompozytorów bez względu na etniczne pochodzenie. Czy są one z Ameryki, czy z Europy, z Azji czy Australii, jeśli nie sięgają po swe lokalne muzyczne dialekty, lądują w przestrzeni muzycznego esperanto.

Jeszcze kilka lat, jeszcze kilka (-naście? -dziesiąt?) dzieł. I wtedy wraz z życiem i twórczością Elliotta Cartera (który oby żył wiecznie...) skończą się perturbacje z muzyką uprzedniego, XX wieku. Dopóki Carter żyje, żyje też (wciąż i na przekór kalendarzowi) muzyczny wiek XX.


Tekst: http://wyborcza.pl/1,97699,6085144,Stulecie_Elliota_Cartera.html#ixzz2BlGk0csB

wtorek, 06 listopada 2012
poniedziałek, 05 listopada 2012
Orson Ziemkiewicz i inni

... Tymczasem na teren kraju spadają ciągle nowe cylindry. Ulice Nowego Jorku terroryzują olbrzymie metalowe potwory, z których wydobywa się toksyczny czarny dym. Tysiące ludzi padają jak szczury - krzyczy do mikrofonu nadający "na żywo" dziennikarz CBS. Chmura toksycznego dymu jest coraz bliżej – relacjonuje mężczyzna dramatycznym tonem - już tylko o sto jardów, już tylko o piętnaście... W odbiorniku zapada cisza.

Orson Welles to zapomniany dzisiaj reżyser, znany już tylko historykom i fanatykom kina, autor pomnikowego dzieła „Obywatel Kane”. Welles przeszedł również do historii radia jako współautor głośnego słuchowiska „Wojna Światów”, które zostało odebrane przez radiosłuchaczy jako rzeczywisty reportaż z inwazji Marsjan na Ziemię i wzbudziło popłoch wśród mieszkańców New Jersey. Podobno ludzie masowo wydzwaniali na policję prosząc o ratunek, w pośpiechu porzucali swe domostwa. Narastająca panika potęgowała poczucie zagrożenia ze strony intruzów z obcej planety. Wiele osób trafiło do szpitali z objawami lękowymi, były też ponoć wypadki śmiertelne i olbrzymie straty materialne. Jak to możliwe? – zapytalibyśmy zdumieni dzisiaj. Po pierwsze: nie było telewizji i innych alternatywnych źródeł informacji „on line”, które pozwoliłyby na weryfikację faktów. Po drugie: forma słuchowiska odpowiadała wszelkim standardom reportażu, zaś relacja „na żywo” została perfekcyjnie wyreżyserowana i dopracowana w najmniejszych detalach i mimo, że została wyraźnie zapowiedziana jako adaptacja powieści science-fiction, była tak realistyczna i sugestywna, żeby wywołać histeryczne reakcje u radiosłuchaczy. Po trzecie: o tamtych czasach mówi się, że towarzyszyła im atmosfera napięcia społecznego i wzrostu poczucia zagrożenia (był to rok 1938), co mogło dodatkowo wpłynąć na wyobraźnię i emocje słuchaczy, ograniczając zdolność logicznego oglądu rzeczywistości i potęgując w efekcie ich paniczne odruchy. Dodać też można, że wiedza ludzi sprzed ponad 70 lat na temat otaczającego ich świata była zupełnie inna, mniej pełna, niż dzisiaj (tak przynajmniej z pozoru mogłoby się wydawać).

A dlaczego dzisiaj przywołuję tę starą historię? Oczywiście w celach porównawczych i antypisowskich. Stan świadomości i wiedzy Polaków jeszcze kilka lat temu był na tyle wysoki, żeby odrzucić (jako fikcję) informację o lądowaniu talibów w Klewkach (choć na stronie http://www.samoobrona.org.pl/pages/09.%20Polemiki/index.php?document=/847.html nadal można znaleźć artykuł broniący tej teorii; może redaktor Sakiewicz, powiernik Andrzeja Leppera, świeć Panie nad jego duszą, również z tego artykułu zrobi jakiś dobry  użytek?). Ale historia zatoczyła koło, ludzkość w pięknym kraju nad Wisłą jakby troszku zidiociała (czyli cofnęła się nieco w rozwoju do czasu sprzed lądowania człowieka na księżycu, a może nawet do czasu sprzed elektryfikacji miast i wsi i kolektywizacji rolnictwa) i daje sobie wciskać podobne bzdury jak te, które Welles zaserwował słuchaczom stacji CBS. A dlaczego?

Bo żyjemy od paru lat w atmosferze napięcia społecznego i wzrostu poczucia zagrożenia uświadamianego nam nieustannie przez niezależne media (z jednej strony Putin, z drugiej Unia, od strony Gdańska Tusk, a od południa zakamuflowana opcja niemiecka, słowem tak jak w ’38). Na domiar złego atmosferę schyłku świata podsycają godzące w naszą tradycję i historię dywagacje o wyższości człowieka żyjącego nad poczętym lub obumarłym (co można też ekwiwalentnie określić jako stawianie troski o życie doczesne nad troską o życie pośmiertne albo jako dowodzenie wyższości materii nad ideą albo poprzedzanie postu karnawałem) tudzież kwestionowanie tego oczywistego faktu, że in vitro jest największym holokaustem w historii ziemi. Srogim gniewem Pana Boga straszy po kilka razy dziennie redaktor Terlikowski, upatrując jakiegoś wybawienia naszego w przymusowym nawracaniu wszystkich Polaków na chrześcijaństwo – od Nergala poczynając, na księdzu Bonieckim kończąc (no bo jak trwoga, to do boga!). Krótko mówiąc: dekadencja. A przecież kiedyś, tj. przed Tuskiem, było zupełnie inaczej: białe było białe, a czarne – czarne. Były wschody i zachody słońca, Wisła płynęła z południa na północ, a w publicznej telewizji królował Jan Pospieszalski, z którym warto było rozmawiać. Więc coś musowo musi się wydarzyć. Lud prosty, wychowany na serialu „M jak miłość”, czeka i szuka drogowskazów, wypatruje przewodnika.

Bo świadomość ludu polskiego została zmanipulowana – jednej połowy przez michnikowszczyznę, drugiej przez ziemkiewiczowszczyznę. Ponieważ ta pierwsza połowa ma pieniądze na dobry telewizor i oprócz „Wyborczej” i „Vivy” zazwyczaj ma sposobność obejrzenia w pełnym kolorze (a nawet często w jakości HD) programów telewizyjnych z kilku lub kilkunastu niezależnych stacji, a zatem można jej przypisać tę właściwość, że posiada możliwość zweryfikowania faktów medialnych, pominiemy ją, a skupimy się na tej drugiej części ludzkości, która nie ma pieniędzy na dobry telewizor, o książce nie wspominając, więc informacje czerpie wyłącznie z: tabloidu pt. „Gazeta Polska Codziennie”, od sąsiadki, z radia (Maryja), ewentualnie z kineskopowych odbiorników TV, które wkrótce na amen zamilkną (to morderstwo tradycyjnego, analogowego sygnału też da się przypisać w odpowiedniej chwili reżimowi Tuska). Ich telewizory, mimo, że kolorowe, jeszcze nie tak dawno (gdy warto było rozmawiać) pokazywały świat jedynie w tych dwóch posępnych, ale też jakże prawdziwych i niezrelatywizowanych kolorach. Po zawłaszczaniu mediów przez partię nienawiści nawet państwowa telewizja straciła wiarygodność. I otóż ta cześć populacji podąża za tym, co powie im Ziemkiewicz (albo Gargas albo Rydzyk albo Gójska-Hejke albo Widsteinowie, zresztą mniejsza o to, kto właśnie mówi, bo wszyscy oni mówią to samo, jednym głosem). A mówią, że jest źle, tak źle, jak nigdy dotąd w naszej historii pięknej nie było, nawet za Bieruta, nawet pod zaborami, a będzie jeszcze gorzej. Skoro wszyscy mówią to samo, to znaczy że mówią prawdę. Gdzie się nie obejrzysz, tam korupcja, seryjny samobójca, nieuprzątnięty pookrągłostołowy syf, kneblowanie mediów, zacieranie śladów zbrodni, w której zginęło 96 wybitnych Polaków. A jak nie było trotylu, skoro wszyscy oni mówią, że był, bo Gmyz im tak powiedział? Jak nie było, skoro prokuratura zaprzecza, a Gmyza banda Tuska z roboty wywaliła? Pokrętło radioodbiornika już wiele lat temu zacięło się na stacji ojca Rydzyka. U sąsiadki tak samo. Czytają, słuchają, powtarzają i wierzą.

Bo to spektakl odgrywany według misternie przygotowanego scenariusza, ma kilku aktorów, oraz publiczność, która jak u Wallesa podąża ścieżką przygotowaną przez reżyserów. Na razie słuchają, ale może już niedługo, przekonani o tym, że to nowa wojna światów, opuszczą swoje getta i razem wyjdą na ulice, by dać odpór złu.

P.S. Opis audycji „Wojna światów” znalazłem w internecie (jest też dostępne nagranie): 30 października przypadał w 1938 roku w niedzielę, a tego dnia CBS zwyczajowo nadawało tzw. "mydlane opery" - audycje przerywane reklamami środków czystości - stąd wzięła się ich nazwa. Tego dnia jednak, w miejsce reklamy proszku do prania, pojawił się niespodziewany komunikat: na Marsie odnotowano trzy wybuchy, a wkrótce później, olbrzymi obiekt - uznany za meteor - spadł na jedną z farm w stanie New Jersey. Prowadzący "poinformował”, że na miejsce wysłano specjalną ekipę reporterów. W tym momencie rozpoczęła się "transmisja na żywo".

Relacja 1: Pierwszy fragment "relacji z miejsca wydarzenia” informował o tym, że na farmie niedaleko miasteczka Grovers Mill w stanie New Jersey odnaleziono (wcześniej wzięty za meteor) wryty w ziemię duży, cylindryczny przedmiot, zagrzebany do połowy. Poinformowano także o tym, że na miejsce przybyły setki gapiów. Nagle końcowa część cylindra zaczęła się obracać. Rozległ się brzęk spadającego na ziemię metalowego włazu. Wówczas "reporter” zaczął krzyczeć przejmującym głosem: Panie i panowie, to jest najbardziej przerażająca rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem!. Relacjonował, że wnętrza cylindra wypełzły straszliwe potwory, a tłum gapiów rzucił się do ucieczki.

Relacja 2: Kolejne doniesienia były coraz bardziej dramatyczne. Śmiałka, który zbliżył się do kosmicznego statku, trafił strumień ognia i człowiek stanął w płomieniach. Po chwili pożar ogarnął wszystko. W tle słychać było krzyki, odgłosy eksplozji. Nagle zapadła martwa cisza. Rzekoma "transmisja na żywo" została przerwana i znów odezwało się "studio”, do którego płynęły dalsze informacje. Według nich na farmie zginęło co najmniej 40 ludzi, w tym 6 policjantów - ich ciała spłonęły.

Relacja 3: W hrabstwach Mercer i Middlesex w stanie New Jersey wprowadzono stan wyjątkowy, zaś na feralną farmę skierowano cztery kompanie milicji stanowej.

Relacja 4: Czwarta część słuchowiska dokładnie "objaśniła” słuchaczkom i słuchaczom, z czym mają do czynienia. Oto stało się jasne – jak oznajmił prowadzący audycję – że ohydne, przerażające monstra, które wydostały się z cylindrycznego pojazdu, to w rzeczywistości przedstawiciele najeźdźcy z Marsa...

Relacja 5: Tym razem wiadomości były już niezwykle złowrogie. Otóż pod Grovers Mill rozegrała się bitwa między milicją stanową a marsjańskimi najeźdźcami, zakończona miażdżącą klęską ziemian. Z 7000 żołnierzy, którzy stanęli do walki, uszło z życiem zaledwie 120. Pozostali ponieśli straszliwą śmierć, zmiażdżeni przez metalowe stopy olbrzymiej marsjańskiej machiny wojennej, albo spaleni na popiół jej "promieniami gorąca".

Relacja 6: ... Tymczasem na teren kraju spadają ciągle nowe cylindry. Ulice Nowego Jorku terroryzują olbrzymie metalowe potwory, z których wydobywa się toksyczny czarny dym. Tysiące ludzi padają jak szczury - krzyczy do mikrofonu nadający "na żywo" rzekomy dziennikarz CBS. Chmura toksycznego dymu jest coraz bliżej – relacjonuje mężczyzna dramatycznym tonem - już tylko o sto jardów, już tylko o piętnaście...W odbiorniku zapada cisza.

Z kraju i ze gminy

„Działacze PO, członkowie ich rodzin i znajomi, którzy zasiadają lub zasiadali w ciągu pięciu ostatnich lat w spółkach i instytucjach państwowych. Przez niecałe 5 lat od objęcia władzy, trafiło do nich z państwowej kasy 200 mln zł” – listę zwierającą ponad 400 nazwisk publikuje Puls Biznesu. Na liście są ludzie, którzy zajmują różne stanowiska: od jakiegoś referenta w skromnej instytucji, po prezesów zarządów i członków rad nadzorczych dużych spółek skarbu państwa; pewnie rozpiętość ich wynagrodzeń z tytułu piastowanej funkcji wynosi od paru do kilkudziesięciu tysięcy złotych (jeśli ktoś chce przeczytać pełną „listę wstydu”, może ją znaleźć na stronie: http://www.pb.pl/2841223,15705,lista-wstydu-platformy-obywatelskiej). Są pewnie w tej grupie także ludzie kompetentni i uczciwi, ale przede wszystkim tacy, którzy bez partyjnego poparcia mieliby kłopot ze znalezieniem jakiejkolwiek posady. Czy sprawa dotyczy tylko Platformy? Nie! Każda władza dzieliła łupy: w tym samym stopniu dotyczy to Platformy, SLD, PiS-u, PSL-u. Przy okazji można przypomnieć kilka faktów, ograniczając się tylko do ostatnich kilkunastu lat. Sojusz Lewicy Demokratycznej, który w nowe tysiąclecie wchodził z hasłem „Nowy wiek, nowy SLD, socjaldemokratyczny program dla Polski”, w latach 2001–2005  tworzył rząd koalicyjny z PSL-em (ku mojemu przerażeniu koalicja SLD-UP  wygrała wybory parlamentarne z rewelacyjnym wynikiem 41,04%!). Wypomnę, że światły lud bytomski też wspierał lewicowe ideały (teraz dla odmiany wspiera prawicowe). Mieliśmy wtedy wielki (no może nie wielki, ale kolejny) skok na posady państwowe oraz media publiczne. Czy ktoś pamięta, że Leszek Miller był kiedyś premierem? (a warto, bo dzisiaj często wciela się w rolę etyka). A może pamiętacie „lwicę lewicy”, Aleksandrę Jakubowską (i jej "i czasopisma")? Koniec końców Sojusz stracił władzę w cieniu afer i skandali („Rywingate”, liczne afery korupcyjne zakończone wyrokami sądowymi), uzyskując w kolejnych wyborach zaledwie jedenastoprocentowe poparcie. Spadek popularności SLD nastąpił w wyniku afer, które odsłoniły największe patologie w tym ugrupowaniu, a nie dlatego, że partia stwarzała znajomym okazję, by ci „sprawdzili się w biznesie” (dodajmy – w państwowym biznesie), bo na podział łupów było (i nadal jest) przyzwolenie społeczne. Potem był czas PiS-u i egzotycznej, kompromitującej tę partię koalicji z Samoobroną i LPR-em. I co? Powtórka z rozrywki: obsadzanie „swoimi” spółek i instytucji państwowych oraz publicznych mediów. Czy ktoś zarzuci mi kłamstwo? Chętnie podrzucę garść faktów. Teraz „lista wstydu” została opublikowana głównie po to, żeby przypomnieć premierowi, że tym razem miało być inaczej.

Bo im więcej państwa w gospodarce, a urzędów w życiu publicznym, tym więcej podobnych sytuacji.  A piszę to w kontekście tego, co wydarzyło się w Bytomiu, a o czym donosi dzisiaj „Życie Bytomskie”. Otóż odwołany prezes ZBM-u, z uposażeniem miesięcznym 19.000 zł brutto, znalazł się na chorobowym, a równocześnie założył w swoim zakładzie pracy związek zawodowy Solidarność 80, którego został przewodniczącym. To uniemożliwia zwolnienie go z pracy. Nadto ten związkowy neofita domaga się od pracodawcy, zupełnie zgodnie z prawem, wyposażonego pomieszczenia do prowadzenia działalności związkowej. Portrety nowych, bytomskich działaczy związków zawodowych Sierpień 80 powinny zawisnąć na każdym słupie ogłoszeniowym (byłyby przestrogą dla potencjalnych pracodawców tychże panów).

Dopiero teraz mieszkańcy są uświadamiani, jaki jest poziom wynagrodzenia prezesów spółek miejskich. Okazało się, że synekurą nie jest stanowisko prezydenta (synekura – warto zapamiętać - to stanowisko, posada nie wymagające specjalnych kwalifikacji i pracy; jeden z moich kolegów tak tłumaczył z łaciny pochodzenie tego słowa: sine cura – bez troski, bez odpowiedzialności). Prezydent ma dużą odpowiedzialność, jego działania są widoczne i podlegają ocenie. Ciepłe posadki to różnego rodzaju spółki, w które zazwyczaj są wpychani „znajomi królika”. Nikt ich nie widzi, nikogo w oczy nie kolą, nie podlegają więc społecznej kontroli, a podatnika sporo kosztują.

Walczmy wszyscy z synekurami, walczmy z nepotyzmem! Dość partyjniactwa i kolesiostwa – zacznijmy może od samorządu lokalnego. Nie ma najmniejszego sensu wypominania błędnych decyzji personalnych byłemu prezydentowi Kojowi, jeśli w tej chwili jego następca robi to samo. Chciałbym znać kwalifikacje nowych członków zarządów i rad nadzorczych i wiedzieć jakie mają wymierne sukcesy w biznesie. Chciałbym także wiedzieć jakimi kryteriami kierował się prezydent Bartyla dokonując ostatnich roszad, bo nie sądzę, żeby w tak ekspresowym tempie odbyły się jakieś konkursy. Chciałbym, żeby tym razem było inaczej. A Wy?

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl