RSS
czwartek, 15 grudnia 2011

Rok temu w żartach, pisząc co by było, gdyby prawica przejęła władzę, a Jarosław Kaczyński został prezydentem, wieszczyłem:

 

Radio Maryja, jako jedyna rozgłośnia, zyskuje status radia publicznego. Program III Telewizji Trwam na życzenia telewidzów po raz czternasty nadaje powtórkę filmu Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010”. Po emisji filmu program Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, a w nim panel dyskusyjny na temat „dlaczego SLD jest przeciwne ustanowieniu w dniu 10 kwietnia Święta Odrodzenia Narodowego i jakie siły za tym stoją”. W programie wśród zaproszonych gości m.in. prokurator generalny Macierewicz, syn Anny Walantynowicz oraz kapelan „Solidarności’ ks. prof. Tadeusz Rydzyk. W paśmie dziecięcym film „O dwóch takich, co ukradli księżyc”; emisja ma być poprzedzona pogadanką o wybitnych rolach pierwszoplanowych. Na kanale TVP Kultura Chrześcijańska o godzinie 12.00 transmitowany będzie na żywo wznowiony po miesięcznej przerwie proces Doroty Nieznalskiej o obrazę uczuć religijnych. Proces  został przerwany, ponieważ reprezentującemu ją adwokatowi, Krzysztofowi Piesiewiczowi, minister sprawiedliwości odebrał prawo wykonywania zawodu, w związku z jego agenturalną przeszłością (rozszerzenie uprawnień ministra sprawiedliwości w tym zakresie wynika z ostatnio poczynionych zmian w ustawie zasadniczej). Nieoficjalnie mówi się, że prokuratura postawi wkrótce byłemu senatorowi PO zarzuty szantażowania prostytutek. Nieznalskiej wyznaczono adwokata z urzędu, który wniósł o uznanie artystki za niepoczytalną; ten wybieg być może uchroni ją przed wieloletnim więzieniem. Wbrew oczekiwaniom opinii publicznej, skandalizująca piosenkarka Kora nie podpisała listu otwartego potępiającego Nieznalską. Media publiczne wypominają „pseudoartystce” kolaborację z reżimem komunistycznym, nazywając ją Czerwoną Madonną. (...). Tytuł dziennikarza roku zdobyła trzeci raz z rządu Anita Gargas. Kapituła konkursu pod przewodnictwem Bronisława Wildsteina doceniła jej dojrzałość warsztatową, ale przede wszystkim dziennikarską niezależność.

 

No i co, niechcący zostałem wizjonerem. Bo oto (na razie po raz pierwszy) "Główną Nagrodę Wolności Słowa za publikacje w obronie demokracji i praworządności, demaskujące nadużycia władzy, korupcję, naruszanie praw obywatelskich, praw człowieka, ufundowaną przez Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w wysokości 20 tyś. zł otrzymuje Anita Gargas autorka reportażu „Katastrofa smoleńska” wyemitowanego w „Misji Specjalnej” w Pr.1 TVP 21 września 2010 r., ukazującego nieznane fakty dotyczące katastrofy smoleńskiej- za odwagę i bezkompromisowość w docieraniu do prawdy o katastrofie smoleńskiej."

Bez komentarza.

 

P.S. Polski Dziennikarz powinien wiedzieć, że pisze się 20 tys. zł, bo jest to skrót od "tysiąca', a nie "tyśąca".

:-)


środa, 14 grudnia 2011

„Gdyby nie to chore państwo, gdyby nie te różne sojusze interesów i interesików, nasz naród znany z przedsiębiorczości parłby do przodu jak Chiny. Bylibyśmy na czele Europy, na czele świata. Dźwigamy na plecach olbrzymi worek kamieni. Musimy go zrzucić. Obudź się Polsko!” - tak grzmiał wczoraj Jarosław Kaczyński.

Byłem przekonany, że Kaczyński już mnie nie zaskoczy, a jednak. Lider PiS przemawiał na marszu Niepodległości i Solidarności. Bardzo mało było nawiązań do wydarzeń sprzed 30 lat, a sporo do aktualnej polityki.  A czym jeszcze mnie zaskoczył obok tak genialnego” porównania Polski z Chinami (na szczęście nasz rozwój gospodarczy nie jest okupiony obozami koncentracyjnymi, pracą za miskę ryżu, polityką jednego dziecka i wysokim na kilkanście metrów murem)? Tym, że za nic ma interes państwa i demokrację, choć to już zaskakiwać nikogo nie powinno. Manipuluje swoim elektoratem i nakręca emocje. Robi to bez żadnych zahamowań. Jest jak złośliwe dziecko z zapałkami, świadome już niebezpieczeństw i konsekwencji jakie ta zabawa niesie. Jak pisałem już kiedyś, poparcie Kaczyńskiego nie dość, że stabilne, to jest bardzo duże, na poziomie +/- 30%. To poparcie ludzi bezkrytycznych, bardzo emocjonalnych, którymi można łatwo manipulować. Do czego zmierzam? Ano do tego, że to potężna siła, która w niesprzyjających warunkach, jak chociażby zaostrzenie kryzysu gospodarczego (wzrost bezrobocia i obciążeń podatkowych, inflacja, zapaść finansów publicznych), może dużo zyskać. Strach pomyśleć, co by było gdyby rewolucjonista Kaczyński przejął władzę i zaczął realizować swój plan.

Tezy Kaczyńskiego są następujące:

Państwo jest chore i jest to prosta konsekwencja braku rozliczenia z przeszłością (gdyby nie 13 grudnia, to Polska byłaby krajem mlekiem i miodem płynącym; winni są ci, którzy stan wojenny wprowadzili, ale przede wszystkim ci, którzy wprowadzili grubą kreskę, ci, którzy przebaczyli i nie domagali się rewanżu). „Brak moralnego fundamentu wychodzi z dzisiaj na jaw z całą siłą (...) gdy przedstawiciele państwa zaczynają składać hołdy innym państwom” - mówi nam Kaczyński. Radosław Sikorski realizuje swoje osobiste (to słowo zostało podkreślone) interesy i razem z premierem w imię tychże rezygnują z suwerenności Polski, „co Polska publicystyka słusznie nazwała hołdem berlińskim”. O propozycji, by Unia Europejska pełniła nadzór nad budżetami krajów członkowskich, Kaczyński mówi, że  te sprawy to „kwestie naszych wspólnych pieniędzy, pieniędzy, które są nasze i tylko nasze i tylko polskie. I to jest godzenie w nasz status, status suwerennego państwa, w naszą pozycję, w naszą godność (...), nasze interesy. Tylko ci najbardziej pozbawieni rozumu (...) mogą wierzyć, że ci inni, silniejsi od nas będą o nasze interesy dbali.”

Te tezy oczywiście są bzdurne, bo po piewrsze gospodarka w roku 1981 była tak samo niewydolna i opóźniona technologicznie jak w roku 1989. Gdyby nawet założyć, że sytuacja geopolityczna pozwoliłaby na wcześniejsze pozbawienie komunistów władzy w Polsce, to w najlepszym wypadku zyskalibyśmy maksymalnie dodatkowe 8 lat kapitalizmu, ale poziom dobrobytu (albo biedy, co usiłuje wmówić Kaczyński) byłby porównywalny z tym obecnym. Oczywiście gdyby nie było stanu wojennego, Kaczyński nie miałby w tej chwili szans na władzę z tą swoją retoryką, bo społeczeństwo byłoby bardziej świadome i dojrzalsze o te 8 lat. Po drugie: Rozliczyć się z czasami minionymi można było tak, jak to zrobiono, czyli dość łagodnie, lub jak to robiono już wcześniej, czego przykładów mamy aż nadto w historii, eliminując fizycznie aparat władzy. To drugie rozwiązanie  – jeśli się zastanowić – musiałoby być krwawą łaźnią, z ofiarami po obydwu stronach, bo trudno byłoby wyobrazić sobie, żeby aparat władzy ujawnił swoje winy, pokajał się, a ubecja poszła „pod nóż” jak stado baranów.  Albo żeby przy pomocy przepisów prawa odbierać  komuś prawa obywatelskie, ewentualnie zamykać więzieniu i pozbawiać majątku za to, że ktoś kolaborował, popierał lub współtworzył komunistyczne władze (takie prawo oczywiście teoretycznie można stworzyć i je egzekwować, jednakże ze sprawiedliwością nie miałoby wiele wspólnego). Podstawowe normy prawne nie pozwalają na to by prawo działało wstecz, więc jeśli ktoś ewidentnie nie łamał prawa (na przykład poprzez stosowanie przemocy fizycznej wobec opozycjonistów), to nie da się stworzyć paragrafów, w zgodzie z prawami człowieka i konwencjami prawa międzynarodowego, by kogoś piętnowały za to, że działał lub pracował zgodnie z obowiązującym porządkiem prawnym. Podkreślę, że mój stosunek do stanu wojennego jest bardzo krytyczny i z pewnością go nie zmienię, chociaż już blisko połowa Polaków uważa jego wprowadzenie za zasadne, niemniej muszę stwierdzić – z całym szacunkiem dla ofiar – że nijak ma się terror stanu wojennego do terroru polityki Stalina, zaś polski „komunizm” był wersją ligh w porównaniu z tym, co działo się chociażby w bratnich krajach „demokracji ludowej”.

Najbardziej niebezpieczne jest kwestionowanie przez Kaczyńskiego względnego dobrobytu i dorobku ostatnich dwudziestukilku lat (dlatego też Kaczyński chyba nigdy nie przywołuje tej powszechnej biedy lat osiemdziesiątych), bo pamięc ludzka jest w tym przypadku nadzwyczaj krótka. Wzrost gospodarczy w głównej mierze wiąże się z inwestycjami zagranicznymi, z naszą zaradnością i pracowitością, ale także profitami wynikającymi z naszego członkowstwa w Unii Europejskiej (olbrzymi rynek zbytu z jednej strony, a z drugiej strumień pieniędzy z przeróżnych funduszy unijnych, z których budowane są drogi i poprawiana infrastruktura, z których się kształci lub wspiera zaradnych przedsiębiorców i rolników). Kaczyński swoim wiernym pokazuje Europę, która jedynie wysysa z naszego narodu życiodajne soki. A fakt jest taki, że Europa bez Polski łatwo się obejdzie, Polska bez Europy - o ile nie przestanie w ogóle istnieć - w najlepszym wypadku będzie skansenem podobnym Białorusi.

Po wczorajszym wystąpieniu Kaczyńskiego trudno znaleźć mi zwierzaka, do którego mógłbym Kaczyńskiego porównać. Dla tego pana mam wierszyk Andrzeja Bursy „Pantofelek”


Dzieci są milsze od dorosłych 
zwierzęta są milsze od dzieci 
mówisz że rozumując w ten sposób 
muszę dojść do twierdzenia 
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek 

no to co 

milszy mi jest pantofelek 

od ciebie ty skurwysynie. 

sobota, 03 grudnia 2011

Niosła kaganek oświaty. Ba, wydawało jej się, że rozpala olbrzymie ognisko i dzięki niej niebo nad Michałkowicami rozświetla edukacyjna łuna. I coś pękło. – Klęka – w obecności całej klasy zwróciła się do uczennicy - ty jesteś głupia jak twoja matka i jak ona będziesz głupie dzieci rodzić, bo ty do niczego innego się nie nadajesz. Wszystkich zamurowało. Historyczka, zwana żydówą, w tym wypadku miała rację. Bo nie trzeba mieć szklanej kuli i daru jasnowidzenia, żeby wiedzieć, że z Klęki nie wyrośnie ani diva operowa, ani następczyni Skłodowskiej – Curie, ani też druga Matka Teresa. I że nie znajdzie się na top-liście najbogatszych lub najbardziej wpływowych Polek. Ciało pedagogiczne dokonało prostej dedukcji. To było 30 lat temu. Również 30 lat temu (za kilka dni będzie okrągła rocznica) wprowadzono stan wojenny. No i przeniosłem się wczoraj wieczorem w czasie za sprawą Filharmonii Śląskiej 30 lat wstecz.

Jak za starych dobrych czasów ściągnięto na koncert młodzież gimnazjalną (taką „zwykłą”, nie ze szkół muzycznych) oraz cały autobus prawdziwych robotników w wieku przedemerytalnym (takich „zwykłych”, a nie z uniwersytetu trzeciego wieku ze specjalności wychowanie muzyczne), pewnie po to by „Tymczasowa Siedziba Filharmonii Śląskiej” (na zadupiu, w nieco podrasowanej sali domu kultury z epoki „gdy Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio”) nie świeciła pustkami. Od razu zaznaczam, że nie kpię z kogoś, kto pierwszy raz odwiedza galerię, teatr lub salę koncertową, bo generalnie fajnie jest jak człowiek ma kontakt z kulturą, bez względu czy ją rozumie, czuje i docenia. Źle, jeśli robi to pod przymusem, za karę lub w nagrodę. A tu mieliśmy chyba jakiś spęd – nawet nie w celu „odchamienia”, ale zrobienia widowni.

Pośród nastolatek dostrzegłem rzeszę Klęk - z tipsami i chipsami. Nie wiem, czy dyrygentowi odpowiadał zapach spalonego tłuszczu, szelest foliowych torebek, sygnały SMS-ów przychodzących (można dociekać, czy w kościele Klęki są tak samo wyluzowane i czy poza Ciałem Chrystusa też konsumują tam chipsy; ciało pedagogiczne powinno uzmysłowić Klękom, że to też świątynia, tyle, że świątynia sztuki). Klęki demonstrowały znudzenie już po kilku taktach symfonii „Jowiszowej” Mozarta przybierając karczmiane pozy (jedna Klęka płci męskiej uruchomiła swoją komórkę i atencję przeniosła z muzyki na jakąś grę), więc byłem niezmiernie ciekaw, co będzie po przerwie. Rozsądne ciało pedagogiczne w międzyczasie dokonało roszad, uniemożliwiając Klękom jakąkolwiek werbalną i niewerbalną krytykę koncertu.

W drugiej części japoński dyrygent poprowadził II symfonię Pendereckiego, zwaną „Bożonarodzeniową”, ze względu na motyw kolędy „Cicha noc, święta noc”, wpleciony w partyturę (kompozycja pochodzi z roku 1979). To była jedna z moich pierwszych płyt kompaktowych i jeden z pierwszych kontaktów z muzyką Pendereckiego. Kiedyś ta muzyka robiła na mnie dużo lepsze i większe wrażenie. Teraz dostrzegam w niej ubóstwo i (o Boże!) sporo kiczu.

Cała ponadpółgodzinna symfonia to dosłownie parę motywów, raptem kilka nutek, rozwijanych po szostakowiczowsku do monstrualnych rozmiarów i powtarzanych jak u Brucknera. Tyle, że Bruckner był bardziej zdyscyplinowany, spójny, klarowny, logiczny i mimo całego patosu i potęgi brzmienia, trudno byłoby mi użyć w stosunku do jego symfoniki epitetu „monstrualny”, zaś u Szostakowicza cały czas muzyka rozwija się, idzie do przodu i - mimo, że prosta - nie przynudza. Przerost formy (mam na myśli rozmiar i rozmach) nad treścią. Oczywiście można się bawić formą, tyle że tu zabawy formą nie ma, a całość wydaje się być przez kompozytora traktowana nadzwyczaj poważnie i pompatycznie. Zabrakło cnoty umiaru; równie dobrze symfonia mogłaby się skończyć po kwadransie, bo przez kolejne dwa nic nowego już nie następuje.

Kicz ktoś kiedyś zdefiniował jako „łatwo ładne”. Tu jednak nie chodzi o jelenie na rykowisku, czy o ewidentne gnioty „a la Rubik”,  bo ta muzyka nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. (Rubik to zupełnie inny temat  – jego twórczość adresowana jest do tych, którzy nigdy nie słyszeli oratoriów i kantat Bacha i którym można wmówić, że ten gatunek twórczości jest muzyką klasyczną, podczas a gdy jest to rodzaj „piosenki aktorskiej” śpiewanej w towarzystwie wielkiej orkiestry symfonicznej). Tu kicz jest bardziej subtelny. Bo z kiczem mamy do czynienia także wtedy gdy ktoś z założenia chce stworzyć arcydzieło, a za bardzo mu to nie wychodzi.

Na koniec prawdziwy obciach i dopełnienie kiczu – owacja Klęk na stojąco.

A może jestem niesprawiedliwy?

Tagi
zBLOGowani.pl