RSS
niedziela, 29 maja 2011
Rogalin i Kórnik

środa, 25 maja 2011

Media donoszą dziś o wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej", przeprowadzonego przez Katarzynę Gójską-Hejke i Tomasza Sakiewicza. Tych dwoje publicystów, pracujących dla mediów szerzących antysemityzm i różne inne fobie, są fachowcami w swojej dziedzinie tego samego poziomu etycznego, co ich interlokutor w polityce.

Kaczyński mówi: „Polska pod rządami Donalda Tuska dokonała aktu autodegradacji i, co bardziej zaskakujące, dobrowolnie zgodziła się na rażącą nierównoprawność stosunków z Rosją. Sprawa smoleńska jest tutaj bardzo drastycznym, ale nie jedynym przykładem. W Unii Europejskiej zgodziła się na wszystko, co godzi w nasze interesy, w tym szczególnie pakiet klimatyczny, Euro Plus, przegrała całkowicie w sferze personalnej – słaby komisarz, któremu dzisiaj odbierają jeszcze kompetencje, brak znaczącego udziału w obsadzie stanowisk w dyplomacji europejskiej, a także w kwestiach związanych z lokowaniem europejskich instytucji (Europejski Instytut Technologiczny nie znalazł się we Wrocławiu). Po Polsce jeździ sobie Erika Steinbach, która – gdyby nasz kraj był praworządny – musiałaby usłyszeć zarzuty obrazy narodu polskiego. Trzeba będzie to wszystko odwrócić, choć to nie takie proste.

Krótko. Polska zgodziła się na nierównoprawność stosunków z Rosją? A kiedy to Rosja była dla nas równoprawnym partnerem, może za czasów koalicji PiS-Samoobrona, gdy prezydentem był Lech Kaczyński? Wystarczy spojrzeć na mapę, żeby widzieć, że Polska wygląda jak ratlerek przy tłustym buldogu (za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego ów rozszczekany ratlerek próbował kąsać buldoga i robił kupy pod jego budą; jego szczęście, że buldog był na uwięzi). Ambicje Kaczyńskich, by ratlerek rzucił na kolana buldoga są niedorzeczne -  drugi cud nad Wisłą się przeciez nie zdarzy. Polityka zagraniczna rządu (przy wsparciu prezydenta) powinna iść w kierunku poprawy stosunków z sąsiadami.  Za swojej prezydentury Lech Kaczyński robił wszystko, w by stosunki z Rosją się pogorszyły (a nazywał to aktywną prezydenturą).

Dalej Kaczyński oczernia Donalda Tuska: „Już po wyborach w 2005 r. podczas rozmów o koalicji między nami a PO wielokrotnie słyszałem, że warunkiem wspólnego rządu jest zapewnienie politykom Platformy bezpieczeństwa. Pytałem, o co konkretnie chodzi. Odpowiadali: wiesz o co. Naprawdę nie wiedziałem. Czy dziś Platforma ma się czego bać? Nie ma wątpliwości, że ma. I to nie tylko sprawy smoleńskiej, ale także choćby afery hazardowej. Pan Tusk i pan Schetyna nie upublicznili billingów swoich telefonów komórkowych. Czy zachowają spokój, gdy ujawnienie tych danych będzie nieuniknione, gdy staną się równi wobec prawa z innymi obywatelami? W mojej ocenie będą bronili władzy za wszelką cenę. I dlatego tak ważna jest mobilizacja wszystkich, którym drogi jest los polskiej demokracji w dniu wyborów – również w roli mężów zaufania.

Trudno byłoby się ustosunkować Tuskowi (gdyby oczywiście chciał) do tych zarzutów, bo nie ma w nich nic konkretnego i nie są poparte żadnymi dowodami. Jest to manipulacja chorego z nienawiści i chorego na władzę człowieka, ukierunkowana na chory, nieszczęśliwy elektorat.

Można się oczywiście jeszcze bardziej merytorycznie odnieść do wywodu Kaczyńskiego. Tylko po co? Dla myślących wszystko to, co mówi Kaczyński jest głupie, nielogiczne i nie ma potwierdzenia faktach. Dla "spisowiałych" obywateli tego kraju wszystko, co powie Kaczyński jest traktowane jak aksjomat. Więc po nic dyskusja.


czwartek, 19 maja 2011

Niejaki Grzegorz Braun, reżyser, o którym stało się głośno, nie za sprawą jego twórczości filmowej, ale wykładu na KUL-u, w którym zmarłego niedawno arcybiskupa Józefa Życińskiego nazwał kłamcą i zdrajcą, powtórzył te słowa, ale na łamach „Rzeczpospolitej”. W obronie czci zmarłego arcybiskupa stanęli dwaj członkowie zarządu Presspubliki, Maciej Łętowski i Artur Sierant, wysyłając list otwarty do rektora KUL-u. Napisali m.in.:

Redakcja Rzeczpospolitej powołuje się na wymóg "wysłuchania wszystkich stron". W tym wypadku to głęboko fałszywa filozofia. Po pierwsze dlatego, że p. Braun nie poglądy prezentuje, ale kalumnie (jakimże poglądem jest użycie takich sformułowań, jak "łajdactwo", "kłamca" wobec Zmarłego opiekuna KUL?). Podzielamy pogląd prof. Ireneusza Krzemińskiego, że "Jest to zabijanie słowami". Po drugie dlatego, że są poglądy, które nie korzystają z przywileju udziału w debacie publicznej na takich samych prawach, jak inne. Jakie? Propagujące rasizm, antysemityzm czy przeświadczenie o helu rozpylonym nad lotniskiem w Smoleńsku. Oddanie łamów "Rzeczpospolitej" kalumniom, a nie poglądom dramatycznie godzi w wizerunek i prestiż dziennika stworzonego przez śp. Dariusza Fikusa i Macieja Łukasiewicza. Z przykrością słuchaliśmy, jak wspomniany już prof. Krzemiński mówił w Radiu Zet, że Rzeczpospolita, która była wzorcem dziennikarstwa bardzo obiektywnego, otwartego, takiego które naświetlało wszystko ze wszystkich stron stała się sztandarem niebezpiecznego dla Polski poglądu".

Stanowisko zajął Paweł Bień, prezes zarządu Presspubliki:

„(...) Zarząd Presspubliki nie zajmuje stanowiska w sprawie wywiadu z Panem Grzegorzem Braunem, jaki ukazał się na łamach Rzeczpospolitej. Natomiast list wysłany przez panów Macieja Łętowskiego oraz Artura Sieranta do Księdza Profesora Stanisława Wilka jest wyrazem ich prywatnych opinii. Pozostaje pytanie czy wysłanie takiego listu bez porozumienia z pozostałymi członkami zarządu, reprezentującymi większościowego udziałowca jest w zgodzie z dobrymi obyczajami, jakie powinny panować w spółkach prawa handlowego.”

  1. Jeśli prezes Bień uważa, że list jest wyrazem prywatnych opinii członków zarządu (dodam, że listem, który w żadnym stopniu nie szkodzi spółce, a wręcz przeciwnie), to powinien poprzestać na tym stwierdzeniu i dalej go nie komentować.
  2. Jeśli list jest z założenia „prywatny”, to bez sensu jest pytanie, czy wysłanie go powinno być konsultowane z pozostałymi członkami zarządu; osoby prywatne w imię wolności słowa, na które Bień się często powołuje, mają prawo do swobody wypowiedzi.
  3. Jeśli prezes Bień powołuje się na „dobre obyczaje, jakie powinny panować w spółkach prawa handlowego”, to powinien wiedzieć, że wizerunek spółki może być nadszarpnięty przez publikowanie paszkwili, bo podważa to wiarygodność tytułu, którego właścicielem jest Presspublika. Nadto z wypowiedzi Bienia wynika, że jego zdaniem dobre obyczaje w spółkach prawa handlowego mają się nijak do dobrych obyczajów w powszechnym znaczeniu tego slowa („Rzeczpospolita” wobec spadającego nakładu, poziomem i rzetelnością równa w dół do tytułów prasowych nastawionych na tanią sensację i fobie, eksploatujących tragedie, służalczych wobec polityki).
  4. Źle, że Zarząd Presspubliki nie chce zająć stanowiska. Jakie absurdalne tudzież obraźliwe słowa muszą paść na łamach „Rzeczpospolitej”, aby zarząd poczuł się kompetentny do tego, by się od nich odciąć. Gdzie leży granica wolności słowa?
wtorek, 17 maja 2011
Czas na reklamę

niedziela, 15 maja 2011
Rodos (cd)

 

Rodos

sobota, 14 maja 2011
Czas na reklamę

Kaczyński i parlamentarzyści PiS rozpoczęli akcję "Polska jest jedna" (prologiem tydzień temu była gloryfikacja kibolstwa, w którym Kaczyński dopatrywał się ucieleśnienia patriotyzmu). Puste to hasło i wyjątkowo durne. Bo wiadomo, że Polska jest jedna - czyżby to był zarzut, a Kaczyński chciałby takiego podziału jaki funkcjonował w Niemczech: na NDR i RFN, czy też chodzi o to, że jest jedna i tym samym za mała, żeby pomieścić razem zwolenników PiS i normalnych ludzi?

W ramach akcji, której towarzyszy objazdówka (Tour de PiS), na razie głównie po Polsce "B", prezes Kaczyński odwiedził Rzeszów i zapowiedział, że Klub PiS złoży wniosek o wotum nieufności wobec minister zdrowia Ewy Kopacz. „Gorszego ministra nie było" podkreślał prezes podczas spotkania z mieszkańcami Podkarpacia. Trzeba przypomnieć, że tydzień temu „nie było gorszego ministra niż Rostowski” (gdzie więc jest prawda?)

PiS nie może już liczyć na większe poparcie, niż to, które ma w tej chwili. Prezesowi chodzi o to, by elektoratu mu już nie ubyło, więc wymyśla kogo jeszcze może sponiewierać, oczernić, zgnoić (oczywiście w ramach wolności słowa) i do jakich grup się zwrócić o poparcie (tydzień temu byli to wandale stadionowi). Kopacz jest akurat jednym z mocniejszych filarów tego rządu (przypomnieć trzeba, że to dzięki zdrowemu rozsądkowi Ewy Kopacz nie poszły w błoto miliony na zakup niepotrzebnych szczepionek przeciwko grypie; PiS straszył ją wtedy prokuraturą), więc hipokryzja Kaczyńskiego zaczyna się wzmagać. Zwłaszcza, że to chyba dopiero pierwsza akcja w ramach projektu "Polska jest jedna". Na szczęście Kaczyński jest tylko jeden.

czwartek, 12 maja 2011

Leszek Miller krytykuje transfer Bartosza Arłukowicza do PO. Według niego ten ruch utrudni Platformie stworzenie ewentualnej koalicji z SLD. Mówi m.in. ”O ile do wyborów transfer nie ma znaczenia, to po wyborach będzie miał (...) Gdyby się okazało, że SLD jest niezbędny w koalicji, to wtedy być może z SLD wypłyną dwa postulaty. Jeden, pamiętając co pan zrobił, to możemy wchodzić do koalicji, ale bez pana. Drugi, możemy wchodzić z panem ale bez Arłukowicza". Wiadomo, że SLD-owskim komuchom bliżej do komuchów PiS-owskich, niż do Platformy. Że jest możliwa taka koalicja obydwie partie pokazały zawłaszczając publiczne media na kilka lat (miały wspólny cel: osłabić PO i poprawić własne notowania). Nadmienić warto, że o ostatnim sojuszu tych ugrupowań, polegającego m.in. na porozumieniu przy zgłaszaniu wotum nieufności wobec ministrów PO i dyskredytowaniu Platformy, mówił Arłukowicz, jako o podstawie swojej decyzji. Raczej nie powodował nim koniunkturalizm, bo miałby i tak pewne miejsce w przyszłym sejmie (biorąc pod uwagę nieuchronność koalicji w sejmie przyszłej kadencji, mógłby także liczyć na miejsce w rządzie). Komuchów z SLD i PiS-u łączy niebywała hipokryzja: lewicowe ideały w wydaniu SLD są tyle samo warte, co pokazowy patriotyzm PiS-u. Porozumiewają się ponad ideologicznymi podziałami, tak łatwo jak onegdaj Hitler i Stalin.  Po wtóre: Arłukowicz jest chyba wolnym człowiekiem i może podejmować niezależne decyzje, również takie jak przejście do innej partii, natomiast Miller (jeden z ostatnich PRL-owskich weteranów, aparatczyk stanu wojennego - te fakty trzeba niestety przypominać, bo nikt nie chce o nich pamiętać) pozyskanie przez PO posła SLD tratuje jak zwykłą kradzież i zapowiada karę. Zdaniem Millera Tusk strzelił sobie w stopę, moim zdaniem strzelił "w dziesiątkę". Założymy się? 

Czas na reklamę

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl