RSS
czwartek, 31 maja 2012

Obama, na kolana! I na drzewo (z bananem).

Niech Obama przeprosi – domaga się niezalezna.pl i prosi internautów o klikanie na stronę Białego Domu i podpisywanie petycji. Nie wystarcza, że złożone zostało już oświadczenie prezydenta USA wyrażające ubolewanie z powodu gafy.

Internauci za zgodą „Strażnika Forum” umieszczają rasistowskie wpisy dotyczące a to Obamy (niech weźmie banana i ucieka na drzewo), a to – bardziej standardowo – „naszych starszych braci”:

"Tak wygląda żydowska zapłata i wdzięczność dla Karskiego, i dla Rządu Polskiego, który krzyczał na cały świat o Niemieckiej Zagładzie Żydów w Polsce. Ale nawet angielscy i amerykańscy Żydzi nie chcieli nas słuchać. Mieli polskich Żydów tak samo w pewnym miejscu jak i Polaków. A teraz jeszcze się mszczą, że im to mówiliśmy. Czy ktoś zrozumie tych bydlaków ???"

"Wałęsa jest OBYWATELEM polskim. Jego nazwisko to Lejba Kohne , narodowość  - Żyd, wyznanie - udający katolika."

"Jest mi zupełnie obojętne co myśli sobie byle jaki gostek o kolorze skóry odbiegającym znacznie od najładnieszego koloru, bo Mojego!!!  obama, czy jak tam na ciebie wołają lub gwiżdżą, mam w dupie twą osobę oraz osobę twej niezbyt atrakcyjnej samicy."

"To nie wpadka ani przejęzyczenie. Tak mogą twierdzić tylko organizatorzy tych antypolskich akcji gebelsowsko-stalinowskiej sekty żydowskich nazi kłamców. Od kilkudziesięciu lat żydowscy kłamcy ze światowego kongresu żydów, premierzy Izraela specjaliści od wysysania mleka, wspierani przez amerykańskich senatorów (nazi kłamca cohen), nazistowskie media CNNazi, The Washington Post, NYTnazi, Die welt, haaretz, gadzinówkę wyborcza kloaki szechtera, dzieci i wnuki żydokomuny zarządzający tzw. MSZ RP z kłamcą sikorskim, rozpowszechniają codziennie te antypolskie kłamstwa. Na Westerplatte w 70 rocznicę ludobójczego ataku Niemiec na Polskę premier kłamca tusk stworzył teorię, że to nie Niemcy ale II wojna światowa zbudowała obozy śmierci. A co zrobił nędzny kłamca Rotfeld uratowany kiedyś przez Polaków - wsparł nazi kłamcę Obamę. Po II wojnie światowej kilkadziesiąt tysięcy żydowskich żołnierzy hitlera zamieniło mundury ss i gestapo na pasiaki i jako ofiary holocaustu robi kasę w USA, a przy okazji oni i ich dzieci opluwają Polskę i Polaków. Ich elementarz to The Complete Mouse gebelsowsko-stalinowski antypolski paszkwil nazi świni arta spiegelmana. To z tej książeczki dzieci ministra sikorskiego i żydzi na całym świecie uczą się historii II wojny światowej. A polskojęzyczne bydło ( to według profesora niezwyczajnego bartoszewskiego) z polskojęzycznego rządu i msz RP wspiera te antypolskie działania, równocześnie walcząc z patriotycznymi organizacjami polonijnymi na całym świecie. Jak długo jeszcze rząd RP i msz RP będą w rękach żydowskich nazi kłamców. W tych antypolskich akcjach od wielu lat uczestniczy obecny ambasador USA w Warszawie kłamca feinstein ramię w ramię z ambasadorem Niemiec w Warszawie, który 11 listopada 2011 wsparł niemieckich nazistów przybyłych pod ochroną abw, na zaproszenie gebelsowsko-stalinowskiego bydła z gadzinówki wyborczej, do Warszawy. Zachowanie żydowskiego kłamcy Rotfelda, potwierdza świadomą żydowską antypolską prowokację gebelsowsko-stalinowskiego bydła (według bartoszewskiego) spod znaku światowego kongresu żydów, którego jedną z gwiazd jest olo kwaśniewski. Rotfeld najpierw bił brawo obamie nazi kłamcy, a dopiero później po konsultacjach z żydowskimi autorami nazi prowokacji zaczął bredzić o przejęzyczeniu. Rotfeld, uratowany przez Polaków z rąk niemieckich morderców, żałosny stary żydowski kłamca. I tak powstaje zakłamana historia świata. Mieszkańcy Warszawy, Krakowa, kto z Was pójdzie jutro zaprotestować przed ambasadą i konsulatem USA, kraju rządzonego przez żydowskich nazi kłamców."

"Przypomniano sobie o Karskim tylko po to aby teraz można było bezkarnie powtarzać "polskie obozy", niby mówiąc o "przejęzyczeniu" murzyna. Rozejdzie się po świecie i o to chodziło. Rotfeld czy Rotszyld, jak mu tam dano przy obrzezaniu, powinien zostać zdymisjonowany za to, że po prostu nie wyszedł gdy usłyszał te oszczerstwa."

"Po takiej wypowiedzi nasze kontyngenty powinny zacząć się pakować i wracać do Polski. Za słowa swojego pieska publicznie powinien Nas przeprosić premier Izraela. Nie ma co z tymi szmaciarzami rozmawiać a już tym bardziej liczyć na przeprosiny od jakiegoś prostaka sterowanego przez żydostwo. Ja osobiście mam go w d.... i jego żydowską hołotę także. Dopóki za pieniądze Polskiego podatnika będą mordowani ludzie na całym świecie dopóki państwo Polskie będzie się płaszczyć przed takimi dziadami jak burak obama nie wrzucę w ten system nawet złotówki. Jest takie mądre powiedzenie poznasz głupiego po czynach jego radzę się nad nim głębiej zastanowić. Na koniec............. wiecie ile murzyn ma jaj? Otóż Obama".

"Ciemnota może trafić się każdemu,ale ciemnym trafia się ona częściej..."

"Pamiętnego 17 wrzesnia 2009 r. - w okrągłą rocznicę bardzo bolesnego dla normalnych Polaków wydarzenia - kiedy tępak Obama ogłosił ku uciesze Rosjan rezygnację z ulokowania tarczy antyrakietowej w Polsce, trafił mnie szlag - jak ten blazen mógl nas, w tym dniu tak osmieszyć przed Rosjanami."

Polska to bardzo tolerancyjny kraj ... 

 


środa, 30 maja 2012
Pisuażeria

 

niedziela, 27 maja 2012

Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie – mówił Pawlak. Tę prawdę powtarza też Dorota Kania, skazana prawomocnie za zniesławienie. Zniesławienie jest w myśl polskiego prawa przestępstwem „przeciwko czci” i może nawet podlegać karze pozbawienia wolności. Odpowiedzialność karną regulują artykuły 212, 213 i 214 kodeksu karnego:

art. 212 

§ 1. Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku. 

§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. 

§ 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec nawiązkę na rzecz pokrzywdzonego, Polskiego Czerwonego Krzyża albo na inny cel społeczny wskazany przez pokrzywdzonego. 

§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1 lub 2 odbywa się z oskarżenia prywatnego.

art. 213

§ 1. Nie ma przestępstwa określonego w art. 212 § 1, jeżeli zarzut uczyniony niepublicznie jest prawdziwy. 

§ 2. Nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub 2, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut służący obronie społecznie uzasadnionego interesu; jeżeli zarzut dotyczy życia prywatnego lub rodzinnego, dowód prawdy może być przeprowadzony tylko wtedy, gdy zarzut ma zapobiec niebezpieczeństwu dla życia lub zdrowia człowieka albo demoralizacji małoletniego.

art. 214

Brak przestępstwa wynikający z przyczyn określonych w art. 213 nie wyłącza odpowiedzialności sprawcy za zniewagę ze względu na formę podniesienia lub rozgłoszenia zarzutu.

 

Portal niezalezna.pl wrócił wczoraj do tematu artykułu 212 KK. Dorota Kania, która kieruje działem krajowym „Gazety Polskiej Codziennie" i jest jedną z czołowych publicystek w mediach prawicowych,  w lutym 2011 r. została skazana z tegoż artykułu za opublikowanie cztery lata wcześniej krytycznego artykułu o Ryszardzie Bieszyńskim, byłym funkcjonariuszu Służby Bezpieczeństwa, a po 1990 r. pułkowniku Urzędu Ochrony Państwa. W maju ub. roku za felieton na temat płk. Bieszyńskiego został również ukarany znany dziennikarz śledczy Jerzy Jachowicz. Sąd skazał go na grzywną w wysokości 16 tys. zł. Jak pisze niezalezna.pl w obronie Doroty Kani oraz Jerzego Jachowicza listy poparcia podpisało setki osób. Pod naciskiem opinii publicznej sądy obu instancji, które skazywały Jachowicza, poparły jego wniosek o ułaskawienie. Pozytywnie zaopiniował go także prokurator generalny Andrzej Seremet i we wrześniu 2011 r. wniosek trafił do Kancelarii Prezydenta RP. 

– Od blisko roku panuje cisza. Myślę, że Bronisław Komorowski częściej czyta moje krytyczne teksty na jego temat niż wniosek o moje ułaskawienie – mówi Jerzy Jachowicz.

– Wyrok sądu karnego to nie tylko skazanie mnie na wielotysięczne koszty, ale także wpisanie mojego nazwiska do Centralnego Rejestru Skazanych. Ta sprawa pokazuje, w jaki sposób walczy się z dziennikarzami niepokornymi wobec władzy – mówi nam Dorota Kania. Dorota Kania złożyła skargę do Europejskiego Trybunału Stanu w Strasburgu, który ją zarejestrował.

Dalej można przeczytać komunały, że jest to działanie przeciwko wolności słowa i wolności prasy i ma się oczywiście nieodparte wrażenie, że to głównie ekipa Tuska i Komorowskiego korzysta z tego ułomnego prawa, po to by zniszczyć swoich przeciwników politycznych tudzież „wolne media”. Oczywiście jest to kolejna podła manipulacja podłych dziennikarzy pracujących dla podłych mediów na użytek podłych polityków (a niech mnie podła Kania poda). Bo z wykorzystywania artykułu 212 KK korzystają osoby publiczne wszystkich środowisk politycznych, ale głównie ci, na rzecz których Dorota Kania pracuje. Gdy Prawo i Sprawiedliwość było u władzy miało możliwość zmiany prawa, ale z tego nie skorzystało. To pisowski prezydent Lech Kaczyński w roku 2009 podpisał nowelizację artykułu 212 KK w kształcie, który obowiązuje do dzisiaj.

Znalazłem w internecie artykuł pochodzący prawdopodobnie z „Rzeczpospolitej”  (http://www.rp.pl/artykul/806270.html?print=tak&p=0), w którym autor/autorka przybliża historię osławionego artykułu KK, zaś o politykach pisze krótko tak: „W tej jednej sprawie działają ponad podziałami. Koalicja w obronie art. 212 kodeksu karnego, który pozwala wtrącać do więzienia za słowa, pokazuje stopień hipokryzji polityków”.

Dalej autor pisze:

„Ga­ze­ty ze szpal­ta­mi za­ma­lo­wa­ny­mi czar­nym mar­ke­rem. Spo­ty w In­ter­ne­cie wy­ja­śnia­ją­ce, dla­cze­go czło­wiek wy­gła­sza­ją­cy opi­nię o in­nym czło­wie­ku, na­wet nie­praw­dzi­wą i krzyw­dzą­cą, róż­ni się jed­nak od kry­mi­na­li­sty, któ­ry ra­bu­je czy za­bi­ja. Kam­pa­nia „Wy­kreśl 212 k.k.", pro­wa­dzo­na przez Hel­siń­ską Funda­cję Praw Czło­wie­ka, Izbę Wy­daw­ców Pra­sy oraz Sto­wa­rzy­sze­nie Ga­zet Lo­kal­nych, to ko­lej­na bi­twa w cią­gną­cej się od lat ba­ta­lii mię­dzy oby­wa­te­la­mi a po­li­ty­ka­mi, któ­rych punkt wi­dze­nia zmie­nia się wraz z punk­tem sie­dze­nia. Po­na­wia­ne w ko­lej­nych kam­pa­niach wy­bor­czych de­kla­ra­cje o po­par­ciu dla uchy­le­nia art. 212 k.k. po ode­bra­niu le­gi­ty­ma­cji po­sel­skiej bar­dzo szyb­ko odcho­dzą w nie­pa­mięć. (...) Nie­wy­klu­czo­ne, że ak­cja „Wy­kreśl 212 k.k.", za­miast skło­nić po­li­ty­ków do zmia­ny ko­dek­su, do­pro­wa­dzi je­dy­nie do popularyza­cji prze­pi­su wśród pie­nia­czy i lu­dzi żąd­nych ze­msty, któ­rzy nie za­do­wo­lą się do­cho­dze­niem spra­wie­dli­wo­ści na dro­dze cy­wil­nej. Trze­ba bowiem pa­miętać, że je­śli ktoś czu­je się do­tknię­ty czy znie­sła­wio­ny, mo­że do­cho­dzić spra­wie­dli­wo­ści na dwa spo­so­by. Na­tu­ral­na dro­ga to pro­ces cy­wil­ny, w któ­rym do­ma­gać się moż­na opu­bli­ko­wa­nia prze­pro­sin i za­dość­uczy­nie­nia –co wy­ma­ga jed­nak uisz­cze­nia opłat są­do­wych.

Moż­na też jed­nak – i to za dar­mo – się­gnąć po ko­deks kar­ny i nę­kać swe­go prze­ciw­ni­ka z oskar­że­nia pry­wat­ne­go. Od ra­zu sta­wia się go wte­dy w ro­li oskar­żo­ne­go. Mu­si sta­wiać się na każ­dą roz­pra­wę, a sąd mo­że zle­cić wy­wiad śro­do­wi­sko­wy lub ba­da­nia psy­chia­trycz­ne. W przy­pad­ku ska­za­nia oso­ba taka zo­sta­je wpi­sa­na do Kra­jo­we­go Re­je­stru Kar­ne­go, co unie­moż­li­wia jej wy­ko­ny­wa­nie na­wet za­wodu ochro­nia­rza, nie mó­wiąc już o za­cią­ga­niu kre­dy­tów czy uzy­ska­niu wi­zy do Sta­nów Zjednoczonych.

Zwo­len­ni­cy za­cho­wa­nia ka­ry za sło­wa ar­gu­men­tu­ją, że prze­pis ten ist­nie­je w pol­skim pra­wie od dzie­siąt­ków lat. W isto­cie, po­przed­nik osła­wio­ne­go ar­ty­ku­łu 212 zo­stał przy­ję­ty wraz z ko­dek­sem kar­nym z 1969 r. W cza­sach głę­bo­kie­go PRL no­sił nu­mer 178.

Praw­dzi­wą re­wo­lu­cję w dzie­dzi­nie po­li­ty­ki kar­nej miał przy­nieść no­wy, pierw­szy w wol­nej Pol­sce, ko­deks kar­ny. Przy­go­to­wy­wał go ze­spół pod prze­wod­nic­twem prof. An­drze­ja Zol­la. Pro­jekt wpły­nął do par­la­men­tu w 1995 r. Przy oka­zji przyj­mo­wa­nia no­wych prze­pi­sów po­sło­wie w unie­sie­niu przypomi­na­li, że Fran­cu­zi cze­ka­li na ko­dy­fi­ka­cję kar­ną 180 lat, Au­stria­cy zaś – lat 170. Pol­ska ja­wi­ła się za­tem ja­ko for­pocz­ta po­stę­pu. No­wy ko­deks kry­ty­ko­wa­ny był za zbyt­nią li­be­ra­li­za­cję. Jed­nak zwo­len­ni­cy no­wej ko­dy­fi­ka­cji ar­gu­men­to­wa­li: są prze­cież prze­pi­sy, któ­re za­ostrzo­no. Prze­pi­sy o ochro­nie czci sta­ły się po­li­go­nem za­ostrzeń już na eta­pie prac par­la­men­tar­nych. Po­seł PSL Ma­rian Mi­chal­ski wnio­sko­wał, by usu­nąć z ko­dek­su prze­pis prze­wi­du­ją­cy wy­łą­cze­nie od­po­wie­dzial­no­ści kar­nej za po­mó­wie­nie w przy­pad­ku dzia­ła­nia w uspra­wie­dli­wio­nym prze­ko­na­niu o praw­dzi­wo­ści za­rzu­tu. „Spraw­cy, któ­ry dzia­łał fak­tycz­nie w błę­dzie, w wy­star­cza­ją­cy spo­sób bro­nić bę­dzie prze­pis do­ty­czą­cy błę­du" – ar­gu­men­to­wał. Sejm je­go wnio­sek po­parł przy­gnia­ta­ją­cą więk­szo­ścią gło­sów.

Prze­ciw­ni­cy pra­wa do kry­ty­ki osią­gnę­li swój cel. Dr Da­wid Sze­ści­ło w przy­go­to­wa­nym dla Hel­siń­skiej Fun­da­cji Praw Czło­wie­ka wni­kli­wym ra­por­cie na te­mat art. 212 k.k. wy­ka­zał, że przy­ję­ty w 1997 r. li­be­ral­ny ko­deks kar­ny aku­rat je­śli cho­dzi o ochro­nę czci, prze­pi­sy za­ostrzał. Ogra­ni­czał pra­wo do kry­ty­ki. Zwo­len­ni­cy no­wych prze­pi­sów ar­gu­men­to­wa­li, że w okre­sie trans­for­ma­cji po­ku­sa, by znie­sła­wiać, jest więk­sza. Za­ostrzo­ne prze­pi­sy szyb­ko po­słu­ży­ły po­li­ty­kom ja­ko wy­god­na pał­ka do okła­da­nia dzien­ni­ka­rzy i po­li­tycz­nych prze­ciw­ni­ków. Z da­nych Mi­ni­ster­stwa Spra­wie­dli­wo­ści wy­ni­ka, że o ile w 1997 r. z art. 212 k.k. ska­za­no pra­wo­moc­nym wy­ro­kiem 61 osób, o tyle w ro­ku 2009 – już 164.

(...) Po­li­ty­cy co­raz czę­ściej jed­nak przy­zna­wa­li, że art. 212 k.k. słu­ży znacz­nie czę­ściej do gnę­bie­nia niż do obro­ny czci. Jesz­cze w 2007 r. za­rów­no Plat­for­ma Oby­wa­tel­ska, jak i Pra­wo i Spra­wie­dli­wość by­ły zgod­ne, że ar­ty­kuł 212 z ko­dek­su kar­ne­go po­wi­nien znik­nąć. Kie­dy TVN po­zwa­ła dzien­ni­kar­kę „Ga­ze­ty Pol­skiej" i jej re­dak­to­ra na­czel­ne­go, a sąd na­ka­zał przy­mu­so­we do­pro­wa­dze­nie ich na roz­pra­wę, przed Są­dem Re­jo­no­wym War­sza­wa­-Śród­mie­ście ze­bra­li się pro­te­stu­ją­cy. Ja­ro­sław Ka­czyń­ski grzmiał: – Uwa­ża­my, że ta de­mon­stra­cja by­ła waż­nym punk­tem w wal­ce o za­cho­wa­nie w Pol­sce wol­no­ści sło­wa, o umoc­nie­nie wol­no­ści sło­wa – tej re­al­nej. Wtó­ro­wa­ła mu mi­ni­ster Ju­lia Pi­te­ra z PO: – Nasz klub bę­dzie te­mu sprzy­jał. Kie­dy jed­nak do­szło do prac sej­mo­wych, PiS w za­mian za wy­kre­śle­nie art. 212 k.k. za­żą­da­ło za­ostrze­nia pra­wa pra­so­we­go. W pro­jek­cie zgło­szo­nym przez tę par­tię zna­lazł się za­pis o wpro­wa­dze­niu tzw. szyb­kiej ścież­ki są­do­wej w spra­wach o ochro­nę dóbr oso­bi­stych, a spro­sto­wa­nie mia­ło zo­stać za­stą­pio­ne przez „pra­wo do od­po­wie­dzi". W nim zaś zna­leźć się mia­ły nie tyl­ko od­nie­sie­nia do fak­tów, ale i ocen za­war­tych w ar­ty­ku­le. Co wię­cej, wy­daw­ca był­by zo­bo­wią­za­ny opu­bli­ko­wać ta­ka „od­po­wiedź", na­wet gdy­by by­ła więk­szej ob­ję­to­ści niż ca­ły ar­ty­kuł, któ­re­go do­ty­czy. Pro­jekt PiS upadł w Sej­mie. Ze zmian ko­dek­su nic nie wy­szło. Po­sło­wie za­dba­li jed­nak, by osła­wio­ny prze­pis aku­rat im nie prze­szka­dzał w do­sta­niu się na Wiej­ską. Za­po­bie­gli­wie uchwa­li­li ta­ką or­dy­na­cję wy­bor­czą, któ­ra po­zwa­la kan­dy­do­wać oso­bom ska­za­nym z art. 212 k.k.

W 2008 r. nad art. 213 k.k., bez­po­śred­nio zwią­za­nym z art. 212, po­chy­lił się Try­bu­nał Kon­sty­tu­cyj­ny. Roz­pa­tru­jąc skar­gę dzien­ni­ka­rza, uznał, że nie po­peł­nia prze­stęp­stwa ten, kto do­cho­wu­jąc na­le­ży­tej sta­ran­no­ści, za po­mo­cą środ­ków ma­so­we­go prze­ka­zu przed­sta­wi oso­bie pu­blicz­nej nie­praw­dzi­we za­rzu­ty na­ru­sza­ją­ce jej do­bra oso­bi­ste. I uznał art. 213 k.k. par. 2 za nie­kon­sty­tu­cyj­ny. To otwo­rzy­ło szan­sę na skre­śle­nie sa­me­go art. 212 k.k. w za­po­wia­da­nej przez Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści tzw. du­żej no­we­li­za­cji ko­dek­su kar­ne­go. Już pierw­sze po­dej­ście by­ło jed­nak po­ło­wicz­ne. Kie­dy w 2009 r. Mi­ni­ster­stwo Spra­wie­dli­wo­ści przy­go­to­wa­ło no­we­li­za­cję ko­dek­su kar­ne­go, za­pro­po­no­wa­ło usu­nię­cie z art. 212 ka­ry po­zba­wie­nia wol­no­ści. Jed­nak póź­niej nad pro­jek­tem po­chy­li­li się po­sło­wie, a nad ich uświa­do­mie­niem czu­wał pro­fe­sor pra­wa kar­ne­go Ma­rian Fi­lar, wów­czas po­seł De­mo­kra­tycz­ne­go Ko­ła Po­sel­skie­go. Ar­gu­men­to­wał: „Jed­nak gdzieś w tle ta ka­ra mu­si ist­nieć. Prze­cież tu­taj cho­dzi o dzien­ni­ka­rzy. Wszy­scy pa­mię­ta­my na­mio­ty te­le­wi­zyj­ne pod Sej­mem. To wy­glą­da spek­ta­ku­lar­nie, ale nie mo­że­my za bar­dzo im ule­gać. Je­że­li ktoś chce mieć czwar­tą wła­dzę, to mu­si mieć tak­że czwar­tą od­po­wie­dzial­ność". Przed­sta­wi­ciel mi­ni­ster­stwa nie zna­lazł żad­ne­go ar­gu­men­tu, by bro­nić za­pro­po­no­wa­ne­go roz­wią­za­nia. Osta­tecz­nie po­sło­wie ogra­ni­czy­li się do zmniej­sze­nia ka­ry wię­zie­nia z dwóch lat do jed­ne­go ro­ku. No­we­li­za­cję ko­dek­su kar­ne­go utrzy­mu­ją­cą 212 k.k. przy­ję­ło 400 po­słów, dwóch wstrzy­ma­ło się od gło­su, je­den był prze­ciw.

(...) Przez wszyst­kie la­ta swo­je­go ist­nie­nia art. 212 k.k. przy­da­je się w po­li­tycz­nej wal­ce. Jest ba­tem nie tyl­ko na dzien­ni­ka­rzy, ale i na po­li­tycz­nych opo­nen­tów. Ma­ło kto dziś pa­mię­ta, ja­kie emo­cje to­wa­rzy­szy­ły in­au­gu­ra­cji pre­zy­den­tu­ry Le­cha Ka­czyń­skie­go. Od gło­wy pań­stwa wy­ma­ga się bo­wiem nie­ka­ral­no­ści. Kil­ka lat wcze­śniej pro­ces kar­ny – wła­śnie na pod­sta­wie art. 212 k.k. – wy­to­czy­li mu Mie­czy­sław Wa­chow­ski i Lech Wa­łę­sa. Ka­czyń­ski prze­grał w pierw­szej in­stan­cji, a wy­rok w ape­la­cji miał za­paść już po wy­gra­nych przez nie­go wy­bo­rach, ale jesz­cze przed za­przy­się­że­niem. Emo­cje opa­dły dopie­ro, gdy sąd skie­ro­wał spra­wę do po­now­ne­go roz­po­zna­nia.”

 

PODAJ CHOĆ JEDEN PRZYKŁAD, ŻE PISOWSCY FUNKCJONARIUSZE KORZYSTALI Z TEGO PRAWA ,  JA NAPISZĘ NATOMIAST TAK : ZA RZĄDÓW PIS-U ŻADEN DZIENNIKARZ NIE ZASTAŁ SKAZANY ZA KRYTYCZNE SŁOWA WOBEC PIS-U – molestuje mnie internauta.

 

Odpowiedzieć można krótko: za rządów PO żaden dziennikarz nie został skazany za krytyczne słowa wobec PO. Mało tego, żaden redaktor, dziennikarz, internauta nie został pociągnięty do odpowiedzialności  za szkalowanie władzy, poniżanie organów państwa na czele z premierem i prezydentem.  Podam natomiast chętnie przykłady, gdy to funkcjonariusze PiS-u korzystali z tego prawa:

Sławomir Skrzypek, szef NBP z namaszczenia Lecha Kaczyńskiego wytoczył proces w trybie art. 212 kk profesorowi Janowi Winieckiemu, za to, że w swoim felietonie napisał, że Skrzypkowi brakuje kompetencji do kierowania NBP, oraz wytknął mu, że nie zna ekonomii i języków obcych. W październiku 2007 r. prof. Winiecki opublikował w kilku regionalnych dziennikach ("Głos Wielkopolski", "Gazeta Olsztyńska") felieton "Jakie wykształcenie ma prezes NBP?". Myśl przewodnia tekstu: Sławomir Skrzypek nie ma kompetencji do kierowania NBP. Po czym wziął pod lupę życiorys prezesa zamieszczony na oficjalnej stronie NBP. Wynika z niego m.in., że Skrzypek to "magister nauk ekonomicznych SGH" i posiadacz "dyplomu MBA Uniwersytetu Wisconsin - La Crosse". Winiecki napisał, że w rejestrach SGH nie ma takiego magistra jak Skrzypek, a i na stronach internetowych amerykańskiej uczelni nazwiska prezesa NBP wśród posiadaczy dyplomu MBA znaleźć nie sposób. Według profesora Skrzypek, będąc na stypendium szkoleniowym w USA, "wydębił jakiś świstek papieru stwierdzający, że szkolenie to jest równoważne z uzyskaniem stopnia MBA", a następnie załatwił sobie na SGH zaświadczenie, że jego dyplom MBA jest równoważny z magistrem SGH. Sławomir Skrzypek wytoczył Winieckiemu proces karny z art. 212 kodeksu karnego - za zniesławienie w środkach masowego przekazu polskie prawo przewiduje do dwóch lat więzienia. Proces toczył się rok. Prof. Winiecki na kolejnych rozprawach starał się udowodnić, że w sprawie wykształcenia Skrzypka roi się od znaków zapytania. Zaczął od tego, że Skrzypek nie skończył studiów na SGH, tylko nostryfikował tam dyplom MBA zrobiony w USA. Dyplom, który według Winieckiego dyplomem tak naprawdę nie jest. - To był program szkoleniowy, a nie studia - tłumaczył przed sądem. Sąd prześwietlił więc wykształcenie prezesa NBP. Sam Skrzypek stawił się na sali sądowej z dyplomem MBA pod pachą - pokazał go dziennikarzom, a brak swojego nazwiska w internetowym spisie absolwentów Uniwersytetu Wisconsin - La Crosse tłumaczył niedopełnieniem formalności. Winiecki nie dawał za wygraną - powołani przez niego świadkowie podważyli wartość dokumentu Skrzypka z USA. Prof. Urszula Grzelońska z SGH zeznała, że studia MBA należy traktować jako podyplomowe, a nie wyższe. To oznaczałoby, że SGH niesłusznie uznała, że dyplom MBA Skrzypka jest równoważny z magisterium. Ale inny profesor SGH, Jerzy Nowakowski - przewodniczący komisji, która osiem lat temu wydawała opinię w sprawie uznania dyplomu Skrzypka - nie doszukał się w nostryfikacji nieprawidłowości. Podobnie jak ostatni świadek prof. Andrzej Herman (również SGH). Przed sądem pierwszej instancji zapadł wyrok skazujący. Nie wiem czy wyrok się uprawomocnił, bowiem Pan Bóg zrządził, że Sławomir Skrzypek zginął ze swoim mecenasem pod Smoleńskiem. Tu dodam swój komentarz. Znany profesor odpowiadał karnie faktycznie za to, że skomentował kwalifikacje „przyniesionego w teczce” szefa jednej z najważniejszych instytucji państwowych. Nie nazwał go złodziejem, oszustem, szarlatanem, agentem, kryminalistą itp., ale jedynie zakwestionował wartość jego wykształcenia i doświadczenia. Czyli ta sytuacja pokazuje, że osoba publiczna związana z PiS-em może wytoczyć proces karny za artykuł polemiczny.

Kolejna ofiara „katastrofy smoleńskiej”, Zbigniew Wassermann, ówczesny minister koordynator ds. służb specjalnych wytoczył z prywatnego aktu oskarżenia o emerytce z Nowej Huty Wandzie Gąsior w roku 2006. Sprawa dotyczy nieprawidłowości i nieporozumień przy budowie domu dla ministra Wassermanna przez zięcia oskarżonej kobiety. Minister poczuł się pomówiony w listach pisanych przez kobietę i sporządził przeciw niej prywatny akt oskarżenia. Niezależnie od tego prokuratura postawiła przedsiębiorcy budowlanemu zarzuty narażenia rodziny Wassermannów na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia oraz oszustwo. Pięciu innym osobom zarzuciła nieumyślne narażenie rodziny ministra na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Są to osoby, które instalowały i przeprowadzały kontrolę instalacji elektrycznej m.in. przy montażu wanny z hydromasażem (zwanej od tamtej pory "wasserwanną").

Jurek Jurecki z Tygodnika Podhalańskiego i Józef Słowik z Nowotarskiej Telewizji Kablowej stanęli przed sądem oskarżeni z art. 212 KK o pomówienie przez byłego senatora Prawa i Sprawiedliwości Tadeusza Skorupę. Chodzi o głośny artykuł publikujący zapis rozmowy ówczesnego senatora z biznesmenem z Podhala, dotyczącej przetargu na zakup nieruchomości, w której senator w wulgarny sposób skarżył się także na warunki pracy i wynagrodzenia. Senator przegrał proces cywilny (sąd w całości odrzucił pozew uznając, że dziennikarz TP postąpił zgodnie z prawem prasowym, a postępowanie senatora zostało uznane za naganne), ale w tej samej sprawie wytoczył dziennikarzom proces karny.

Jerzy Targalski, były wiceprezes Polskiego Radia, z czasów gdy PiS miało w garści media publiczne, pozwał z prywatnego aktu oskarżenia dziennikarkę"Gazety Wyborczej" Agnieszkę Kublik. Targalski twierdził, że kłamliwie przypisała mu ona wypowiedzenie poniżających słów do dziennikarek zwalnianych z radia za jego władzy: do jednej miał powiedzieć, że reprezentuje "złogi gomułkowsko-gierkowskie", do innej, wychowującej dwoje adoptowanych dzieci - że "to jej problem, skoro wzięła sobie dzieci po pijakach". Targalski zaprzeczał, by tak mówił. Dziennikarka została ostatecznie uniewinniona przez sąd od zarzutu przestępstwa zniesławienia.

Kilka miesięcy temu Zbigniew Ziobro złożył do marszałka Senatu wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej senatora Kazimierza Kutza. Politycy PiS chcieli Kutzowi wytoczyć proces karny o zniesławienie. Nie doszło do tego, bo w połowie lutego Senat oddalił wniosek o uchylenie mu immunitetu, który chroni senatorów przed odpowiedzialnością sądową w sprawach karnych. Europoseł chciał pozwać senatora za wypowiedzi po samobójstwie Barbary Blidy. Chodzi o wywiad dla "Newsweeka" z czerwca 2011 r. zatytułowany "Ziobro z Kaczyńskim zamordowali niewinną kobietę". Ziobro chyba wygrywa w rankingach zastraszania – jest politykiem, który najczęściej grozi, że będzie pozywał za pomówienie.

W 2009 roku proces o zniesławienie wytoczył Januszowi Palikotowi lubelski biznesmen, a zarazem radny Piotr Więckowski. Dostał się do Rady Miasta z listy Platformy Obywatelskiej, ale potem przeszedł do PiS-u. Więckowski poczuł się urażony wypowiedzią Palikota w programie telewizyjnym "Misja specjalna". Poseł zasugerował w nim, że Więckowski jako lokalny biznesmen miał interes w tym, by jako radny zagłosować przeciwko zmianie planu zagospodarowania przestrzennego, a w konsekwencji także przeciwko budowie w Lublinie kolejnego hipermarketu. 

Prof. Mirosław Piotrowski, eurodeputowany z listy PiS, historyk KUL związany z Radiem Maryja, oskarżył dr. Sławomira Poleszaka, naczelnika Biura Edukacji Publicznej lubelskiego IPN. Powoływał się na art. 212 kk, który grozi grzywną, a nawet więzieniem za zniesławienie. Co takiego nie spodobało się profesorowi? Recenzja, w której Poleszak skrytykował książkę Piotrowskiego, dotyczącą Narodowych Sił Zbrojnych na Lubelszczyźnie. Poleszak uznał, że praca zawiera liczne pomyłki merytoryczne. Postawił tezę, że Piotrowski miał powielić błędy funkcjonariuszy SB, bo nie zweryfikował danych na podstawie literatury przedmiotu. Historyk IPN przygotował recenzję dla pisma "Zeszyty Historyczne WiN". Ostatecznie zrezygnował z jej druku. Odpowiedź na jego zarzuty przygotował bowiem nie sam Piotrowski, a dwoje innych historyków. Tymczasem profesor odpowiedział sprawą karną przeciwko historykowi IPN. Wywołało to zdziwienie w środowisku historyków, bo niezwykle rzadko zdarza się, aby spór naukowy rozstrzygał sąd. Sąd rejonowy, który miał zajmować się pozwem, sprawę umorzył. Uznał, że Sławomir Poleszak działał w ramach dozwolonej krytyki. Profesor odwołał się od tej decyzji. Odwołanie rozpatrzył lubelski sąd okręgowy. I uznał, że konieczny będzie proces o zniesławienie Piotrowskiego.

Były poseł PiS-u Andrzej Szlachta, domagal się w roku 2007 ścigania z art. 212 kk byłego podkarpackiego barona SLD, który rzekomo go pomówił. Poseł Arkadiusz Mularczyk zarzucił b. prezesowi TK i Rzecznikowi Praw Obywatelskich, że ten 11 maja 2007 r. pomówił go w radiu stwierdzeniem, iż "działając jako przedstawiciel Sejmu umyślnie wprowadził w błąd Trybunał Konstytucyjny i dążył do zablokowania jego prac podczas rozprawy ws. lustracji 10 maja".

Kij ma dwa końce ...

sobota, 26 maja 2012

Polskie piekło, czeski raj, czyli krótkie wakacje w długi weekend (cz. 2)

 

JIČÍN

 

 

Pierwsza wzmianka o tym pierwotnie królewskim mieście pochodzi z 1293 roku. Po 1337 roku należał on do znanych rodów - Vartenberków, Trčków z Lípy, Smiřických ze Smiřic. Największą przemianę miasta, pierwotnie o drewnianej zabudowie, możemy zaobserwować pod panowaniem władcy i polityka na początku XVII wieku Albrechta Wacława Euzebiusza z Valdštejna.

 

 

Rynek w Jičínie założył książę Albrecht z Valdstejna. Do dziś zachował się tu unikalny zespół domów z podcieniami. Większość z nich pochodzi z epoki renesansu lub wczesnego baroku, remontowane po pożarach, szczególnie w 1840 roku przez J. Opolzera. Do niektórych z nich dobudowano w połowie XIX wieku drugie piętro.

 

 

Zamek w Jičínie został zbudowany po 1608 roku, o 12 lat później na skutek eksplozji spłonął i był poważnie uszkodzony. Za Albrechta z Valdštejna był w 1633 roku ponownie odbudowany w stylu barokowym. Zamek jest usytuowany w rynku i powstał w miejscu wyburzonych kamienic.

 

 

 

Na rynku znajdziemy trzy chronione zabytkowe obiekty - studnię (Korunovační studna), słup mariacki i fontannę. Oprócz tego znajduje się tu była bursa jezuicka, dom regencki z barokowym znakiem, była mennica Valdštejnów i dominanta miasta Jičína - brama Valdická brána.

 

 

 

Klasycystyczna fontanna z posągiem Amfitryty znajduje się we wschodniej części rynku, pochodzi z 1835 roku i jest dziełem rzeźbiarza z Novej Paki Jana Suchardy.

 

 

 

Valdická brána jest renesansową budowlą wybudowaną w latach 1568-78 jako część umocnień miejskich. Ostatnie piętro jest późnobarokowe z roku 1768, szczyt wieży z krużgankami i dachem namiotowym pochodzi z 1840 roku. Jest typową dominantą sylwetki miasta. Wieża ma wysokość 52 metrów a po pokonaniu 156 schodów oferuje widok z platformy widokowej na wysokości 32 metrów. Przy dobrej widoczności z tej jedynej zachowanej części średniowiecznych umocnień miasta Jičína można zobaczyć szeroką okolicę od Zvičiny przez Karkonosze, Kozákov aż po Ještěd.

 



 

Jičínska synagoga jest jednym z niewielu dobrze zachowanych zabytków żydowskich w rejonie Czeskiego Raju. Opuszczony budynek po zaniku miejscowej gminy żydowskiej przeszedł w latach sześćdziesiątych XX wieku do majątku miasta Jičína. W 2001 roku przyznano go praskiej gminie żydowskiej, która rozpoczęła jego remont.

 


 

Kościół św. Ignacego to pierwotnie miejski kościół farny w gotyckim stylu, poświęcony św. Jakubowi, który w 1622 roku przekazano jezuitom i poświęcono św. Ignacemu. Kościół został wybudowany w pierwszej połowie XIV wieku przez Petra z Varntenberka, ówczesnego budowniczego grodu Kosti. W czasach używania kościoła przez jezuitów dobudowano północną i zachodnią zakrystię ze sklepieniem łukowym z lunetami i zdobioną wczesnobarokową sztukaterią. Cenne zdobienia kościoła tworzą obrazy św. Ignacego z Loyoli i Panny Marii Ruszańskiej, który jezuici otrzymali w 1637 roku z Rosji. Po dwóch pożarach przebiegły renesansowe przebudowy.

 

 

Święto Józefa Robotnika

 

Okolice Jičína



Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości nie będą uczestniczyć w programach radiowych i telewizyjnych z udziałem Janusza Palikota i Stefana Niesiołowskiego (PO). Taką uchwałę podjął komitet polityczny PiS.

Na miejscu posłów Palikota i Niesiołowskiego dwoiłbym się i troił, żeby gościć w możliwie największej liczbie programów. To dobry sposób na usuniecie z mediów pisowskiego zaprzaństwa. Nieobecność tej części sceny politycznej tylko podnosi walory programu, tak od strony merytorycznej, jak i estetycznej.

czwartek, 24 maja 2012

Sprawa Dorna nie dawała mi spokoju, stąd dodatkowy komentarz. Ale o co chodzi? Dorn napisał list do Kaczyńskiego, żeby wspólnymi siłami SP i PiS uniemożliwiły ratyfikację przez polski parlament traktatu akcesyjnego, dzięki któremu Chorwacja zostałaby przyjęta w poczet państw członków Unii Europejskiej, głównie po to, by skompromitować rząd Donalda Tuska na światowej scenie politycznej.  Czyli po to, by zrealizować swoje ambicje polityczne (SP ma „śmieciowe” notowania), jest w stanie bratniemu narodowi (w końcu to też Słowianie) zafundować spowolnienie rozwoju cywilizacyjnego (tak! ja uważam, że członkostwo w UE to rozwój intelektualny, duchowy i materialny). By wyjść z cienia Dorn jest w stanie ubić interes z „eunuchami”, którymi do niedawna pogardzał, zaryzykować dobre imię swojego kraju (który wciąż nazywa „Ojczyzną”) i pogrążyć południowych „braci”. Dajcie im więcej władzy – ten bajkopisarz chętnie napisze Wam scenariusz horroru politycznego.

W ogóle nie wiem po co ten list i jego publikacja w internecie. Dorn nie jest ani politycznym neofitą ani szarlatanem. Szantażując Tuska dobrem innego państwa jest jak gangster, który żąda okupu przystawiając lufę do głowy niewinnego człowieka. To jest niewątpliwie jakaś nowa jakość w naszym życiu politycznym. Przecież Dorn ryzykuje, że skaże się tym na śmierć polityczną, chyba ... że ten prosty lud, głupi i zakompleksiony naród kupi jego wyjaśnienia. Że nikt się z nami w świecie nie liczy (dla Rosjan fakt, że się ich boją był bardzo dużą wartością), że to również (a może przede wszystkim) opozycja powinna kształtować politykę zagraniczną Polski. W każdym razie dla mnie to działania szaleńca - bolszewika.

Mogę przypuszczać, że gdyby to PO z PSL-em miałoby dobić podobnego targu, to usłyszelibyśmy pewnie, że to spisek godzący w niepodległość suwerennego państwa. Nie obyłoby się oczywiście bez porównań to paktu Ribbentrop – Mołotow. Już mam przed oczami Hofmana.


O tym jak miałaby wyglądać polityka zagraniczna polskiej prawicy pisze Ludwik Dorn (poseł Solidarnej Polski) na swoim blogu. Obecnie partie opozycyjne mają niewielki wpływ na kształt polityki zagranicznej, ale raz po raz odnajdują jakąś furtkę, która umożliwia im, przynajmniej potencjalnie, zaistnienie w tej sferze. W liście do prezesa PiS Dorn pisze:

„Nie ulega wątpliwości, że zarówno PiS, jak i „Solidarna Polska” zdecydowanie krytycznie oceniają politykę europejską prowadzoną przez obecny rząd, premiera Donalda Tuska, ministra Radosława Sikorskiego, a wspieranego bezkrytycznie przez partie koalicji rządowej oraz kluby SLD i Ruchu Palikota. Nie ulega wątpliwości, że prawicowa opozycja została całkowicie odsunięta od możliwości jakiegokolwiek wpływu i współkształtowania polskiej polityki europejskiej. Nie ulega wątpliwości, że układ rządzący odmawia także jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji z prawicową opozycją wszelkie wnioski o rozpoczęcie poważnej debaty odrzucając w głosowaniach. (...) Nie ulega także wątpliwości, że prowadzenie nieskutecznej, oportunistycznej polityki europejskiej przez obecny rząd prowadzi do marnowania szans na rozwój Polski teraz i w następnej perspektywie finansowej oraz degraduje nasz kraj na arenie międzynarodowej. Nie ulega zatem wątpliwości, ze politycznym i patriotycznym obowiązkiem opozycji prawicowej jest zmiana tego stanu rzeczy wszelkimi demokratycznymi środkami politycznymi, jeśli tylko nadarzy się okazja po temu.”

Dalej Dorn wykombinował, że razem PiS i SP mają w sumie tylu posłów, że są w stanie wspólnie zablokować ratyfikację przez Sejm traktatu akcesyjnego, na mocy którego Chorwacja zostanie przyjęta do Unii Europejskiej. Pisze dalej, że co prawda zarówno PiS, jaki i SN są za przyjęciem Chorwacji do UE, ale też, że „są jednak sprawy ważne i ważniejsze, a w tym przypadku sprawą ważniejszą jest możliwość uzyskania wpływu na polską politykę europejską i stworzenie konstytucyjnych, ustawowych i politycznych zabezpieczeń przed degradacją Polski w Europie przez rządy Donalda Tuska.”

„Pakiet kontrolny” w Sejmie Dorn chce wykorzystać nie po to, aby wymusić na rządzie Tuska poważniejsze traktowanie opozycji (to akurat trudno sobie wyobrazić), ale głównie po to, żeby faktycznie zablokować traktat akcesyjny, a tym samym skompromitować polskie władze na arenie międzynarodowej. A przy tym dać prztyczka w nos Niemcom, bo wiadomo, że:

„Chorwacja należy do tych państw europejskich, które są objęte protekcją i patronatem Niemiec. Przypominam sobie, że nieraz rozmawialiśmy o tym w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to właśnie decyzja Niemiec o natychmiastowym uznaniu niepodległości Chorwacji i Słowenii, dała początek rozpadowi Jugosławii na drodze morderczych konfliktów zbrojnych, a nie kontrolowanego rozpadu, na co istniały poważne szanse. Zablokowanie akcesji Chorwacji do UE uderzyłoby zatem w prestiż, pozycję i interesy Niemiec – najsilniejszego kraju UE, na który orientuje się obecny rząd i osobiście premier Donald Tusk. Nie sądzę, by polityk, który nie zdołał w Polsce przeprowadzić z racji antydemokratycznego tępienia prawicowej opozycji ratyfikacji traktatu akcesyjnego z Chorwacją tak istotnego dla Niemiec mógł liczyć na uznanie europejskich salonów oraz karierę i posady w instytucjach unijnych. Nasz nacisk może okazać się zatem skuteczny.”

Ciekawe, jak będzie czuł się i co pomyśli Chorwat na temat Polaków, jeśli ten list będą cytowały lub komentowały chorwackie media?

wtorek, 22 maja 2012

 

Polskie piekło, czeski raj, czyli krótkie wakacje w długi weekend (cz. 1)

 

 

(Zdjęcia moje, tekst nie mój)

 

Teplické skály (Teplice nad Metuji)



Skalne miasto koło Cieplic (Teplické skalní město, niem. Wekelsdorfer Felsen) jest nieco mniej znane od Skał Adrszpaskich, lecz jest od nich rozleglejsze, wyższe i bardziej dzikie. Stanowi najrozleglejszy tego rodzaju teren skalny w Czechach liczący ok. 1800 ha. W odróżnieniu od Skał Adrszpaskich, które tworzą złożony, wielopoziomowy i rozgałęziony labirynt, Skały Cieplickie są ukształtowanie głównie w formie długich, uskokowych murów, wyrastających wprost z poziomu terenu, o stosunkowo prostych, strzelistych kształtach, które tworzą system płaskich na dole kanionów. Na obrzeżach kanionów znajduje się kilkanaście wolno stojących baszt skalnych osiągających blisko 100 m wysokości.



Przez długie  lata wiedza o skalnych miastach, leżących w okolicach Teplic nad Metují i Adrszpachu, była stosunkowo niewielka. Okoliczni mieszkańcy szukali w nich schronienia, kiedy czuli się zagrożeni w swych domostwach. Dopiero około roku 1700 z sąsiedniego Śląska zaczęli przybywać do Adrszpachu pionierzy turystyki. Najstarszy wizerunek Skał Adrszpaskich pochodzi z roku 1739.

 


 

Wiele znaczących postaci historycznych miało okazję podziwiać Skalne Miasto w Adrszpachu i Teplicach. Między innymi królowa pruska Luiza, król polski i elektor saski Fryderyk August, Anton hrabia Szpork z Kuksu, cesarz Józef II, cesarz austriacki Karol I, Johann Wolfgang Goethe i wielu innych.

 

 

W roku 1824 wśród skał wybuchł wielki pożar lasu trwający kilka tygodni, który zniszczył prawie całą roślinność leśną. Dopiero wówczas skalne labirynty stały się bardziej dostępne, a właściciele tych ziem rozpoczęli budowanie pierwszej sieci szlaków turystycznych w Adrszpachu.

 

Adršpašské skály

 

 

 

Skały Adrszpaskie,  Adrszpaskie Skalne Miasto (czes. Adršpašské skály, niem. Adersbacher Felsenstadt) - znajdują się w północno-zachodniej części masywu, w pobliżu wsi Adrszpach. Są to unikalne bloki piaskowcowe powstałe, podobnie jak pasmo Gór Stołowych w wyniku nierównej odporności skał na wietrzenie, które wymodelowała woda, mróz i wiatr.



Jednolita płyta piaskowca została podzielone licznymi kanionami, dolinami i szczelinami na szereg fragmentów. Całość porośnięta jest lasem z licznymi gatunkami górskiej i podgórskiej fauny i flory. Na terenie Adrszpaskich skał znajdują się dwa górskie jeziorka na różnych poziomach, przez które przepływa rzeka Metuja (czes. Metuje) tworząc dwa wodospady.



Między labiryntami form skalnych przebiega płatna trasa turystyczna nie wymagająca żadnej wprawy przy chodzeniu po górach, składająca się z wygodnych schodków, poręczy, drabin i miejscami sztucznie wybudowanych chodników i platform. Wychodzenia poza tę trasę jest dozwolone wyłącznie dla osób posiadających specjalne zezwolenie (pracowników rezerwatu, naukowców i wspinaczy).



Wiele skał posiada własną nazwę jak np.  Głowa cukru, Kochankowie, Starosta i starościna. Obszar Skał Adrszpasko-Cieplickich został objęty rezerwatem przyrody. Jest bardzo cenny nie tylko ze względów geologicznych i geomorfologicznych, lecz także pod względem różnorodności fauny i roślinności. Zidentyfikowano tu 238 pierwotnych gatunków roślin, na przykład  rojownik bagnisty, modrzyk górski, wietlica alpejska, fiołek dwukwiatowy.



piątek, 18 maja 2012

Dorota Kania pisze w „Gazecie Polskiej Codziennie” (tekst w skróconej wersji przeczytałem na http://niezalezna.pl/28498-polska-pod-rzadami-lumpenelit) : „Przynależność do takiej „elity" wbrew pozorom nie jest trudna: znacznie ważniejsze od posiadania niekoniecznie rozległej wiedzy są „jedynie słuszne" poglądy i akceptacja przez „salon" będący częścią tej samej struktury. A im ktoś bardziej zapiekły jest w krytyce prawicy, tym szybciej ma zapewniony awans społeczny.” Właściwie nie wiem co napisać, bo wszystkie zarzuty, które stawiają ci pseudoprawicowi publicyści swoim politycznym oponentom, jak: karierowiczostwo, oportunizm, cynizm, zakłamanie, makiawelizm, manipulowanie społeczeństwem, wykorzystywanie emocji, działania antydemokratyczne, walka z religią, służenie interesom obcych mocarstw, po pierwsze niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, a po drugie są właśnie esencją cech tej pseudoprawicy spod znaku PiS. Kania robi wszystko, żeby przynależeć do elity definiowanej właśnie w ten sposób (sami nazywają ją lumpenelitą lub łże-elitą). Na tym samym portalu Artur Dmochowski to tylko potwierdza, nawiązując do wypowiedzi lidera PiS, które padły ostatnio z mównicy sejmowej: „Kampania nienawiści wobec „pisiorów", która trwa od 2005 r., ma wiele cech identycznych z propagandą antyżydowską III Rzeszy: odczłowieczanie („bydło"), wyszydzanie („moherowe berety"), rozbudzanie emocji (np. strachu przed totalną lustracją i inwigilacją). Pierwszy raz skojarzenia sytuacji w Polsce z okresem narodzin III Rzeszy mogły nasuwać się podczas ataków na modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Grupy agresywnych, pewnych siebie, bo uzbrojonych w propagandowe hasła, „antykaczystowską" ideologię i poczucie bezkarności młodych ludzi, którzy atakowali fizycznie i poniżali starszych, słabszych i kobiety, przypominały zajadłość bojówek SA. Oczywiście skala ataków była znacznie mniejsza, atakujący byli bez porównania gorzej zorganizowani, ale nienawiść i zezwierzęcenie były podobne. Tak, ta myśl nasuwała się wielu po obejrzeniu dokumentującego te wydarzenia filmu Ewy Stankiewicz „Krzyż": oto jak może rodzi się faszyzm. Ale skojarzenia bywają także bardziej dosłowne. Jerzy Jachowicz w programie „Tydzień Sakiewicza" w telewizji vod.gazetapolska.pl zwrócił uwagę na podobieństwa charakterologiczne Donalda Tuska do przywódcy III Rzeszy. Obu łączy przede wszystkim niezwykły talent do czarowania słowem. Gdy obserwuje się wystąpienia obecnego premiera w Sejmie albo na konferencjach prasowych, jak sprytnie odwraca znaczenie słów, np. zarzucając ostatnio opozycji zdradę w interesie Rosji albo wbrew codziennemu doświadczeniu milionów Polaków przedstawiając wizję naszego kraju kwitnącej „zielonej wyspy", to przypomina się sprawność Führera w oskarżaniu przeciwników politycznych czy Żydów o najgorsze zbrodnie i przestępstwa. Równie porywające były jego opisy wspaniałej przyszłości, jaka czeka obywateli w tysiącletniej Rzeszy.” Zbiera mi się na wymioty … Bóg już dawno opuścił ten biedny naród.

czwartek, 17 maja 2012

Natknąłem się dzisiaj w moim ulubionym szitstrimowym portalu na notkę poświęcony Stefanowi Niesiołowskiemu, będącą swoistym paszkwilem.

Dla przypomnienia dodam, że parę dni temu reżyserka Stankiewicz groziła pozwem Niesiołowskiemu jedynie za to, że ten źle oszacował czas trwania incydentu pod sejmem. Poseł nie ma jej przeprosić za nazwanie pisowskim lizusem lub za zbyt ostrą reakcję, ale za to że przeszacował czas, w którym miał być przez Stankiewicz molestowany . Dziennikarze portalu niezalezna.pl ze stoperem w ręku sprawdzali jak długo gwiazda prawicowego reportażu miała włączoną kamerę i filmowała posła. To jest podstawa do tego, żeby zarzucić posłowi kłamstwo i domagać się sprostowania informacji we wszystkich pisanych mediach. Pisowska lizuska pozostanie dalej stuprocentową lizuską, tyle że bez wątpienia jest awanturnicą mniej nachalną o jakieś 90%.

Logika tych szitstrimowych błaznów jest następująca. Skoro mimo wysiłków nie udało się zrobić z Niesiołowskiego damskiego boksera i najprawdopodobniej prokuratura nie zajmie się sprawą „pobicia”, to przynajmniej zróbmy z Niesiołowskiego kłamcę. Jest chamem z zasadami, ale jak będzie musiał przeprosić za kłamstwo, to pozostanie chamem, ale już bez honoru. A nad chamem bez honoru nikt się nie pochyli. Zniknie w ten sposób jedna z ostatnich barier, która w jakiś sposób hamowała PiS i jej machinę propagandową.

A o „kłamstwie” Niesiołowskiego chciałem napisać w kontekście owego paszkwilu. Niezalezna.pl, której hasło reklamowe brzmi „Oni kłamią, my informujemy”, pisze:

"Zeznania jednego ze skruszonych gangsterów, Marcina D., pogrążają polityka PO Stefana Niesiołowskiego. Wynika z nich, że poseł miał pomagać łódzkiemu biznesmenowi w przekształceniu działki pod apartamentowiec. "Gazeta Polska Codziennie" dotarła do zeznań Marcina D. złożonych w czerwcu 2009 r. przed prokuratorem z Prokuratury Rejonowej w Pabianicach oraz funkcjonariuszami Centralnego Biura Śledczego Komedy Głównej Policji. Sprawa dotyczy działalności jednej z największych zorganizowanych grup przestępczych w Polsce. Zeznania obciążają kilku łódzkich biznesmenów oraz m.in. Stefana Niesiołowskiego. Świadectwa Marcina D. w wielu procesach okazały się wiarygodne, o czym świadczą skazujące wyroki. Sprawa, w którą miał być zamieszany Niesiołowski, dotyczy jego rzekomych związków z łódzkim biznesmenem Dariuszem D. i pomocy polityka w przekształceniu działki pod apartamentowiec. Akcja się nie powiodła, gdyż chwilę wcześniej doszło do ponownego zatrzymania biznesmena, ale w związku z inną sprawą. Znamienne, że gdy podczas rozprawy obrońca zaczął dopytywać o wątki dotyczące Stefana Niesiołowskiego, jeden z oskarżonych, Grzegorz B., zażądał przerwania posiedzenia sądu, uskarżając się na… gwałtowny ból pleców.  Sprawa, w której pojawia się nazwisko posła Platformy, łączy się też ze śledztwem, w którym Maciej W. ps. Waluś, znany łódzki gangster, obciążył Mirosława Drzewieckiego w związku z handlem narkotykami. Sprawę umorzono ze względu na przedawnienie. Pytany przez „Codzienną” Stefan Niesiołowski stwierdził, że nie zna Dariusza D. i odłożył słuchawkę."

Obrzydliwość paszkwilu polega na tym , że trudno dopatrzeć się nim kłamstwa (jeśli operujemy systemem 0 – 1), nikt wszakże nie napisał, że poseł Niesiołowski jest złodziejem, ale tylko że jego nazwisko zostało wymienione się w związku z działalnością jednej z grup przestępczych. Wiadomo, że ten psi elektorat nie potrzebuje faktów, a jedynie opinie i sugestie swoich mentorów. Dla nich Niesiołowski staje się złodziejem, bo jak można być zamieszanym w aferę i nie mieć z tego pieniędzy. Do niedawna według pisowskiej hołoty stuprocentową wiarygodność dawały kwity preparowane przez PRL-owską służbę bezpieczeństwa, teraz gdy makulatura IPN-u, którą można było wykorzystać przeciw oponentom jest na wyczerpaniu, sięga się po zeznania gangsterów.  Bandyta wystawia certyfikat moralności.  Najgorsze w tej optyce jest to, że, jeśli dzisiaj wdychamy smród zostawiany po PiS-e, to równie dobrze w przyszłości ktoś będzie mógł nam zarzucić związki z prawicą.

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl