RSS
wtorek, 19 czerwca 2012

Wczoraj odbyło się w Bytomiu referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta i rady miejskiej. Skutecznie odwołano i prezydenta, i radę. Tylko po co? Podobnie jak ja, to pytanie zadaje sobie także publicysta "Gazety Wyborczej". Za odwołaniem opowiedziały się pewnie te wszystkie osoby, które w ostatnich wyborach głosowały na innych kandydatów. Ta sytuacja, choć zgodna z prawem i zasadami demokracji pokazuje, że mniejszość jest w stanie obalić wybór większości. 

Przemysław Jedlecki pisze: 

"Nie doczekałem się, być może stanie się coś takiego w najbliższych dniach, ale trudno mi w istnienie takiego spójnego programu naprawy oraz wspólnego kandydata na prezydenta uwierzyć. Bo przeciwników Koja dzieliło, i pewnie wciąż dzielić będzie, prawie wszystko, z wyjątkiem niechęci do niego.  Obalenie władz miasta bez przedstawienia realnej i uczciwej alternatywy dla jego 180 tys. mieszkańców to tylko kosztowna hucpa i strata czasu. Inicjatorzy referendum muszą zdać egzamin z odpowiedzialności. Inaczej sami sprowadzą na siebie złość ludzi, których powiedli w niedzielę do głosowania przeciwko Kojowi. Nie miałem zamiaru wypominać im tej radości. Nie zrobiłbym tego, gdyby natychmiast, w chwili gdy okazało się, że referendum wypadło po ich myśli, ogłosili nazwisko swojego kandydata do rządów nad miastem. A co ważniejsze, gdyby zapowiedzieli, jak zamierzają rozwiązać problemy, o które potknął się odwołany w niedzielę prezydent Bytomia."

Dodam coś od siebie.

Po pierwsze: Koj wygrał ostatnie wybory samorządowe, więc można powiedzieć, że wyborcy docenili jego osiągnięcia w poprzedniej kadencji (na tym w końcu polega reelekcja). Nie piszę tego jako zwolennik Koja, bo jako mieszkaniec Bytomia miałem i mam z "urzędem" na pieńku (ale to inna historia). Po drugie: faktem jest, że referendum nie było inicjatywą oddolną, jakimś odruchem niezadowolonego gminu, ale było inspirowane i zręcznie manipulowane przez partie polityczne z ich medialnym zapleczem - od prawa do lewa. One prawdopodobnie skorzystają najwięcej w najbliższych wyborach. Po trzecie: namiastką takiej "Gazety Polskiej" jest w moim mieście "Życie Bytomskie", które jest monopolistą na rynku prasy lokalnej, zaś dla "prostego ludu" jest drogowskazem, a opinie redaktorów mają dla mas wagę aksjomatów. Kupuję je regularnie i mogę stwierdzić, że służy jednej opcji politycznej, którą oczywiście nie jest PO. Trudno było w tym tygodniku znaleźć przez lata jakikolwiek przychylny Kojowi tekst. Tak jak  "Gazeta Polska" wmawia winę za wszystkie nieszczęścia  PO, Tuskowi, Komorowskiemu i innym środowiskom negatywnie nastawionym do PiS, tak "Życie Bytomskie" za całe zło Bytomia odpowiedzialnością obciążało Koja. A fakty są takie: Bytom przez ostatnie lata się ucywilizował, miasto w znaczący sposób poprawiło swoją infrastrukturę (buduję się obwodnica, za niedługo będzie zbudowane połączenie z autostradą, wróci linia tramwajowa do Łagiewnik), jest mekką kulturalną i dalej się rozwija w tym zakresie, przybywa miejsc, gdzie przyjemnie można spędzić czas. Jestem zadowolony z wielu zmian na lepsze, które zaszły w tzw. przestrzeni publicznej. Tyle, że ja potrafię to docenić i z tego skorzystać, w przeciwieństwie do tych blisko 30 tysięcy nieszczęśników, którzy nie wiedzą, co z życiem zrobić. Żaden prezydent czy urzędnik życia im nie ukwieci! Bytom uplasował się w czołówce polskich miast "przyjaznych dla biznesu" w rankingach "Newsweeka" i "Forbesa" (w "Życiu Bytomskim" można znaleźć opinię, że nie jest to wybór obiektywny, bo redaktor naczelny "Newsweeka" Tomasz Lis jest "człowiekiem Platformy").  Oczywiście sukcesy Bytomia to nie tylko zasługa Koja albo mówiąc wprost - prawdopodobnie Koj w niewielkim stopniu się do nich przyczynił. Tyle, że jeśli odbiera mu się prawo do świętowania zasług, to zwyczajnie niesprawiedliwe jest obciążanie go wszystkimi klęskami. Ja - podobnie jak red. Jedlecki - zadam to samo pytanie: Kogo macie na stanowisko prezydenta? Jak poradzicie sobie z deficytem i z roszczeniami mieszkańców? Te roszczenia będą większe, bo rozbudziliście apetyty twierdząc, że Koj nie oszczędzał tylko na sobie. Skąd weźmiecie pieniądze na inwestycje? - wasz prosty elektorat jest pewnie przekonany, że z drukarni!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

 

„Nie możesz komentować na tym blogu”.

Zapisałem się do „salonu”. Dokładnie do forum dyskusyjnego na salon24.pl (Niezależne Forum Publicystów). I zacząłem od próby komentarza pierwszego z brzegu artykułu.  Łukasz Warzecha, komentator dziennika „Fakt” pisze:

„Mecz z Czechami był klęską, co było oczywiste nawet dla mnie, osoby kompletnie się na piłce nożnej nie znającej. Znacznie ciekawsze jest z mojego punktu widzenia, jakie mogą być jego skutki w sferze społecznej i politycznej. Głównym obiektem troski rządowych speców od piaru będą oczywiście lemingi, bo to spora część potencjalnego elektoratu PO. Tu, dla ścisłości, podaję zgrubną definicję leminga, żeby nie było nie porozumień. Leming to osoba łatwo sterowalna, przyswajająca bezrefleksyjnie podsuwane jej przez media schematy, przy czym całe mistrzostwo manipulowania lemingiem polega na tym, aby był przekonany, że wyraża własne, głęboko przemyślane opinie. Leming w sytuacjach bardziej skomplikowanych się gubi, zwłaszcza gdy doznaje dysonansu poznawczego (jak np. w przypadku doniesienia Alvina Gajadhura na Wojewódzkiego i Figurskiego w związku z rasistowską odzywką). Musi wtedy poczekać, aż któryś z ośrodków kreowania opinii poda mu gotowca (może to być TVN24, „Gazeta Wyborcza” bądź oficjalny czynnik w postaci choćby rzecznika rządu). Lemingi zostały nakręcone kampaniami „Polska jest OK i fajna” (spór pomiędzy dwoma prorządowymi tygodnikami o to, który jest bardziej prorządowy, to temat iście barejowski). Przekaz piarowy rządu miał kilka głównych wątków.

Wątek pierwszy: nie wolno krytykować przygotowań do Euro, bo oznacza to podważanie sensu samej imprezy i działanie na niekorzyść kraju.

Wątek drugi: Euro nie ma żadnego kontekstu politycznego, jest wielkim świętem wszystkich Polaków, a jeżeli ktoś wątki polityczne próbuje tu wprowadzać, to jest psujem i malkontentem.

Wątek trzeci: Euro jest kluczowe dla stworzenia korzystnego wizerunku Polski, a prawdę o tym, jak jest w kraju podają uczciwe, zagraniczne media. Uczciwe oczywiście, o ile nas chwalą.

Wszystkie te wątki zawierają w sobie fałsze i przekłamania.

Wątek pierwszy utożsamia dobro kraju z niekrytykowaniem partii rządzącej i jej nieudolności. To nie ma nic wspólnego nie tylko z logiką, ale i ze zdrowym rozsądkiem. Lemingi tego oczywiście nie rozumieją. Nie byłyby też w stanie wskazać, dlaczego w czasie rządów PiS krytyka rządu nie była jednocześnie krytyką państwa, a teraz jest.

W wątku drugim kryje się wewnętrzna sprzeczność: rząd chętnie przyjmuje jak najbardziej polityczną korzyść w postaci poparcia, związaną z rzekomym sukcesem przygotowań. Nie będzie się przecież uchylał od przypisywania mu tej zasługi w następstwie wysilonego piaru. Zarazem zasługi rządu PiS w zdobyciu Euro zostały wymazane z historii.

W wątku trzecim mamy granie na olbrzymich kompleksach, cechujących większość populacji lemingów. To zresztą kwestia treningu: lemingi od dawna się naucza, że prawdziwa wielkość kraju mierzona jest liczbą pochwalnych artykułów, zwłaszcza w prasie niemieckiej. W ten sposób w ich umysłach następuje utożsamienie liczby pochwał z faktycznym znaczeniem i siłą państwa, co w rzeczywistości nie ma ze sobą nic wspólnego.

(...)

Loguję się i odpowiadam:

 

Żałosne elukubracje. Obrzydliwie amatorski tekst. Gdyby postawione tezy miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, to można by podyskutować. Krótko: sięgam do różnych mediów, więc „Gazeta Wyborcza” nie jest mi obca (tak samo zresztą jak Gazeta Polska, z jej internetowymi przybudówkami). To jakoby media „mainstreamowe” przyjęły jako aksjomaty te trzy „wątki”, o których Pan pisze, jest jakąś bujdą. Robię wielkie oczy zwłaszcza jak czytam zdanie ”nie wolno krytykować przygotowań do Euro, bo oznacza to podważanie sensu samej imprezy i działanie na niekorzyść kraju”. Gdzie Pan to wyczytał, skąd pan takie wnioski wysnuł, bo chyba nie z „Wyborczej” (jeśli się mylę, to przepraszam, ale będę wdzięczy za jakieś cytaty, ewentualnie odesłanie do artykułu źródłowego). Przypuszczam, że jak większość „prawicowego” elektoratu, jest Pan zbyt leniwy lub uprzedzony, żeby sięgać po „Wyborczą”, zaś zna Pan ten dziennik jedynie z relacji mediów prawicowych, które mają OLBRZYMI kompleks na punkcie tego pisma. Gdyby pozostałe dwa „wątki” pozbawić Pańskiej nadinterpretacji (Euro jest świętem Polaków. Euro może poprawić wizerunek Polski. Koniec i kropka), to staną się truizmami. Nikt (ani GW, ani TVN) nie stawiał tezy, że 1. Niestosowne jest wprowadzanie „wątków” politycznych, 2. Euro jest KLUCZOWE przy budowaniu wizerunku Polski, zaś prawdę o Polsce przekazują (obiektywnie) zagraniczne media. Faktem jest, że PRAWICA i niektóre PRAWICOWE media robiły wszystko, by sens Euro zanegować i zohydzić. Irytowało mnie to zaciskanie kciuków, by Tusk nie zdążył z autostradami, ta radość, gdy dach „narodowego” przeciekał. Te idiotyzmy serwowane „prostemu ludowi”, że za Euro Tusk kryje swoją nieudolność i buduje „piar” („Tusk ukradł narodowi Euro” to tytuł z portalu niezalezna.pl). Rzygać mi się chciało, jak czytałem ostatnio Ziemkiewicza, który przyznaje, że na futbolu się nie zna, ale stawia tezę, że jeśli polska drużyna odniesie jakiś sukces, to tylko przez machloje, bo ... wiadomo, że sędziowie zawsze faworyzują gospodarzy. Nadto faktem jest, że upolitycznienie mistrzostw nie jest jakąś oddolną, społeczną inicjatywą, ale akcją zainicjowaną i wspieraną przez „prawicowe” partie i przeróżne pisowskie organizacje satelickie (media, Kluby Gazety Polskiej, kluby kibolskie).

Moja odpowiedź wisi przez kilka minut, potem znika. Dalej w komentarzach doczytuję odautorską „wstawkę”:

„Drogie lemingi, bardzo się cieszę, że tak licznie zawitałyście na mój blog, żeby potwierdzić moje tezy. Ostrzegam jednak lojalnie, że jeżeli wydaje wam się, że jesteście nadal na forum przysłowiowego Onetu lub Gazeta.pl, to jesteście w błędzie. Wypowiedzi w takim tonie skutkują blokadą. Koniec komunikatu. Mam nadzieję, że został podany wystarczająco prostym językiem.”

Próbuję dalej komentować, ale dostaję już tylko prosty komunikat „Nie możesz komentować na tym blogu”. Jeśli więc ktoś jeszcze nie rozumie co oznacza w tym kraju słowo „niezleżny” w odniesieniu do mediów, to piszę prosto, jak Warzecha do lemingów: niezależny = tchórzliwy.

Były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Wiesław Johann złożył zawiadomienie do prokuratury w związku z wykorzystywaniem podczas Euro 2012 polskich symboli narodowych w celach marketingowych. Sędzia Johann poinformował, że w ubiegłym tygodniu widział na ulicach Warszawy kilka samochodów osobowych udekorowanych flagami biało-czerwonymi. „Na flagach umieszczone były komercyjne reklamy napoju Coca-Coli i piwa Warka oraz symbole Polskiego Związku Piłki Nożnej” – napisał w zawiadomieniu. Wyjaśnił, że umieszczanie na biało-czerwonej fladze treści reklamowych stanowi według niego „oczywiste jej znieważenie”. Nie dziwi mnie to, bo Johann prowadzi działalność polityczną, m.in. w 2010 wszedł w skład komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Dla mnie znieważeniem flagi jest dopięcie do niej Johanna.



 

niedziela, 03 czerwca 2012
Tagi
zBLOGowani.pl