RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Referendum, referenda

 

 

6 września 2015 odbędzie się referendum:  Polacy odpowiedzą w nim na trzy pytania dotyczące: wprowadzenia jednomandatowych  okręgów wyborczych do Sejmu, sprawy finansowania partii z budżetu państwa oraz interpretacji zasad prawa podatkowego na korzyść podatnika, w przypadku wątpliwości prawnych. Nie trzeba zaglądać do wyników sondaży, żeby wiedzieć jaka będzie odpowiedź na 2 ostatnie pytania. Dla wszystkich jest bowiem oczywiste, że prawo powinno opowiadać się za obywatelem, a nie urzędnikiem, gdy luki w przepisach nie pozwalają na jednoznaczną ich interpretację (dotyczyć powinno to prawa w całej rozciągłości, a nie tylko prawa podatkowego). Czy moje podatki powinny zasilać konta partii politycznych i finansować rzesze darmozjadów? Oczywiście, że nie! Większość podatników się ze mną zgodzi. Jedynie sekciarze z PiS-u uważają, że brak pieniędzy dla partii będzie oznaczał konieczność poszukiwania funduszy z innych źródeł niż składki członków – partie będą wówczas uzależnione finansowo od prywatnych źródeł kapitału, które będą oczekiwać w zamian korzystnej dla siebie działalności. Sponsorzy partii będą traktować to jako inwestycje, które mają przynieść zysk. Zwraca się czasami uwagę, że partię polityczne są ważnym elementem „infrastruktury” państwa, niezbędnym elementem, żeby państwo funkcjonowało sprawnie, choć równocześnie przyznaje się, że „jakoś partii” jest niska.

W (rekordowym?) 2012 roku Platforma otrzymała subwencje z budżetu w wysokości 47,6 mln złotych, PiS – 47,2 mln, PSL - 11,9 mln złotych, SLD - 11,3 mln, a Ruch Palikota - 7,3 mln (wg RMF FM -http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/425724,rekordowe-dotacje-budzetowe-dla-partii-ile-dostaly-za-2012.html). Wszystkie ugrupowania dostały więc łącznie 125 milionów złotych. Tymczasem, jak wynika ze sprawozdań PKW, ze składek członkowskich partie uzyskały w tym okresie jednie 4,2 miliona złotych.

Obecnie subwencje są niższe: to kwota rzędu 55 mln złotych, czyli co roku statystyczny Polak płaci na partie 1,50 PLN (jeden złoty 50/100). Dla porównania na policję w 2014 roku podobno płacił 277 PLN, czyli prawie 200 razy więcej. Wojsko kosztuje 620 PLN na głowę mieszkańca rocznie.

http://tvn24bis.pl/blog-rafala-hirscha,94/hirsch-partie-polityczne-musza-byc-finansowane-ze-srodkow-publicznych,542708.html

Zdaję sobie sprawę, że referendalne pytanie o finasowanie partii jest zabiegiem „pod publiczkę”, bo chodzi o kwoty relatywnie niskie, nie mające wpływu na finanse państwa, czy kieszeń podatnika. Niemniej z drugiej strony jest zasadne pytanie: po co podatnik ma opłacać darmozjadów. Po co partiom duże (summa – summarum) pieniądze? Bo fundusze na biura poselskich i ich obsługę nie pozwalają tworzenie synekur dla wszystkich znajomych? Bo stanowisk urzędniczych nie starcza dla wszystkich zasłużonych działaczy? Bo spółek skarbu państwa, gdzie można wcisnąć krewnego jest coraz mniej?

Można przy tej okazji nadmienić, że wprowadzenie JOW-ów (czego zwolennikiem akurat nie jestem) będzie oznaczało koniec finansowania partii politycznych z budżetu, więc być może problem sam się rozwiąże (logiczna konsekwencja: wybieramy osobę, a nie partię, a zatem partia nie dostaje subwencji, która do tej była proporcjonalna do liczby parlamentarzystów danej partii).

A wracając do tematu referendum, oczywiste jest dla mnie, że jest to instytucja populistyczna, gdzie odpowiedź obywatela można łatwo przewidzieć: wypowie się dbając o swój interes, a nie o interes ogółu (bo wbrew deklaracjom o patriotyzmie dba się w pierwszej kolejności o „swoje”, zwłaszcza gdy w grę wchodzi pieniądz; jeśli ktoś zechce, to ten temat rozwinę, bo mam tu pewne doświadczenia). Będą więc za tym, żeby w ich kieszeni zostało jak najwięcej lub żeby to ich korzyść osobista wynikająca z ewentualnej zmiany prawa była jak największa. Obserwując życie publiczne, śmiało mogę przypuszczać, że gros obywateli zachować się może jak „pies ogrodnika”: skoro sami nie skorzystają, to innym nie pozwolą.Warto zatem konstruować pytania referendalne pod kątem preferencji większości lub formułować pytania, na które odpowiedź jest truizmem (jak chociażby to: jak rozstrzygać wątpliwości w prawie podatkowym).

Rozpisałem się, a wątek główny mi umknął. Nie jest nim referendum zaproponowane przez Kukiza, w którym jedynie odpowiedź na pytanie o JOW-y jest zagadką, ale o propozycję PiS, żeby wrześniowe referendum rozszerzyć o trzy kolejne pytania: o obowiązek szkolny sześciolatków, o wiek emerytalny i o prywatyzację lasów państwowych. Dwa pytania są mało istotne. Być może to rodzic powinien decydować czy jego dziecko ma iść do szkoły w wieku 6 czy 7 lat. Prywatyzacji lasów państwowych w najbliższym podobno nikt nie planował, więc jest to zabieg „piarowy”, który ma sugerować, że inne partie – poza PiS - chcą sprzedać nasze narodowe dobro. Najważniejsze w tym wszystkim jest pytanie o wiek emerytalny. Wiadomo z góry za jakim rozwiązaniem „naród” się opowie. Ja z premedytacją tym razem także zasilę większościową grupę ludu żądnego przywileju wcześniejszej emerytury. Ale o co chodzi w tym lansowaniu przez Prawych i Sprawiedliwych tego referendum - bis? O to, że po wyborach, w których jest prawdopodobne zwycięstwo PiS będzie można spełnić wyborczą obietnicę Andrzeja Dudy, nie patrząc na to, że będzie to rujnujące dla finansów państwa. Ciężar tej decyzji przeniesie się na obywatela, bo okaże się, że lud polski tak chciał, że Polacy sami tak zadecydował, więc to ani nie PiS, ani prezydent Duda nie będą odpowiedzialni za tę decyzję, ale naród. Bo oni jedynie realizują wolę narodu, a naród w referendum dał im legitymację do wprowadzenia takiej zmiany.

Toczyłem dyskusję z moimi kolegami, którzy byli zdegustowani tym, że PO zignorowała wcześniejsza petycję sporej grupy obywateli występujących w sprawie przeprowadzenia referendum odnośnie obowiązku szkolenego dla sześciolatków. Stanąłem wtedy na stanowisku, że po to się wybiera swoich przedstawicieli (parlament, samorządy lokalne), żeby to ci przedstawiciele podejmowali za obywateli decyzje w okresie kadencji. Jeśli przedstawiciele nie będą słuchali głosu swojego elektoratu albo gdy będą podejmowali decyzje nieracjonalne, ewidentnie szkodliwe, pozbawione empatii dla wyborców lub sprzeczne z interesem publicznym, wyborcy będą mogli ich wymienić na innych po upływie kadencji. W tej konkretnej sprawie mieliśmy obok autentycznego głosu zatroskanych rodziców, zorganizowane działanie polityczne wymierzone w PO. Gdy pod obywateli zaczynają się podszywać partie polityczne lub ich agendy, to możemy mieć do czynienia z niegodnym wykorzystywaniem narzędzi demokracji, psuciem państwa. Łatwo sobie teraz wyobrazić, że partia opozycyjna „skrzyknie” grupę kilkudziesięciu – lub nawet kilkuset tysięcy obywateli (co w warunkach wojny polsko - polskiej jest proste), którzy będą domagali się referendum w dowolnej sprawie, np. w sprawie likwidacji podatku VAT. Co powinna zrobić w takiej sytuacji większość parlamentarna: zarządzić przeprowadzenie referendum, jak chcieliby moi koledzy, czy może „zlać” taką „inicjatywę społeczną” i narazić się na zarzut, że działa w sposób niedemokratyczny?

Dla przyszłej opozycji już mam propozycję na kolejne referenda: czy jesteś za wprowadzeniem progu podatkowego w wysokości 80% dla dochodów przekraczających 1 mln złotych w skali roku, czy jesteś za zakazem sprzedaży polskiej ziemi obcokrajowcom, czy jesteś za likwidacją akcyzy na paliwo, czy jesteś za obniżeniem stawki VAT do 5% na artykuły żywnościowe, czy jesteś za podniesieniem kwoty wolnej od podatku do 10.000 zł, czy jesteś za wprowadzeniem zasiłku rodzinnego w wysokości 600 zł miesięcznie na każde dziecko, czy jesteś za wprowadzeniem podatku od spadku w wysokości 75% dla osób niespokrewnionych, czy jesteś za wprowadzeniem kary śmierci za morderstwa ze szczególnym okrucieństwem, oraz w przypadku działania na szkodę skarbu państwa przez funkcjonariuszy publicznych, czy jesteś za kastrowaniem gwałcicieli, czy jesteś za dożywotnim leczeniem pedofilów w zamkniętych zakładach psychiatrycznych, czy jesteś za penalizacją prostytucji, czy jesteś za zakazem udzielania azylu uchodźcom wyznania islamskiego, czy jesteś za podniesieniem minimalnej płacy do poziomu 2.500 zł brutto, czy jesteś za likwidacją instytucji kary więzienia w zawieszeniu w warunkach recydywy oraz w przypadku przestępstw przeciwko mieniu, czy jesteś za ograniczeniem wynagrodzeń zarządów spółek skarbu państwa do wysokości maksimum 8 – krotności najniższego wynagrodzenia, czy jesteś za wprowadzeniem dodatkowych dni wolnych od pracy: 2 maja (święto flagi), 2 listopada (Zaduszki), czy jesteś za redukcją zatrudnienia w administracji państwowej o 20%, czy jesteś za podniesieniem pensum dla nauczycieli szkół podstawowych i gimnazjalnych do 24 godzin tygodniowo, czy jesteś za obowiązkiem publikowania oświadczeń majątkowych pracowników administracji państwowej każdego szczebla, czy jesteś za likwidacją „umów śmieciowych”, czy jesteś za likwidacją przywilejów mniejszości niemieckiej, czy jesteś za opodatkowaniem banków, czy jesteś za wprowadzeniem bezpłatnego transportu publicznego, czy jesteś za całkowicie bezpłatną służbą zdrowia?

100 x tak!

niedziela, 28 czerwca 2015
Muzeum Śląskie - Festiwal Otwarcia (iPhone + komputer)

 

sobota, 27 czerwca 2015
Oko za oko

 

 

Określenie „katotalib”, które przylgnęło do Terlikowskiego, wydawać się mogło kiedyś złośliwą hiperbolą. Nie każdy, który ma wyraziste i dość skrajne poglądy, a do tego skłonność do przesadnej ekspresji, ma jakiś realny program, by wcielać je w życie. Katotalib to funkcjonariusz, urzędnik lub wierny obywatel  (fikcyjnego) państwa katolickiego szariatu, które walczy z przejawami wszelkich odstępstw od religii. Tak, jak w realnym świecie fundamentalistów islamskich, katotalib jest tyle bezwzględny, co elatyczny, by dopasować te zasady do własnego „widzimisię”.

Otóż po wczorajszych, krwawych zamachach islamistów Terlikowski zarys takiego programu przedstawił, apelując – że odwołam się do moich neologizmów – o katodżihad, czyli wojnę z „niewiernymi”. Ale nowego słowa na tę okoliczność nie trzeba tworzyć, a jedynie odkurzyć stare, bo wszyscy je znamy. To wyprawy krzyżowe, czyli krucjaty. Do ich przywrócenia wezwał właśnie wierny pan Tomasz na portalu fronda.pl.

„Liberalna, nihilistyczna Europa jest skazana na zagładę. Ona nie może przetrwać, jest tylko kwestia czasu, w jakim Stary Kontynent zejdzie i metody, w jakiej zostanie ona zlikwidowana (jak widać muzułmanom nie brakuje pomysłowości w kwestii zabijania). Jeśli Europa ma przetrwać nie może opierać się na liberalnej demokracji, ale musi powrócić do religii, którą ją ukształtowała, czyli do chrześcijaństwa. Ono jest odpowiedzią na wyzwanie islamu, ono może dać Europejczykom wiarę konieczną do walki o przetrwanie, ono wreszcie daje nadzieję na zwycięstwo.  Jeśli  nie po tej stronie, to po tamtej.  Rekonkwista, czyli wielkie zwycięstwo Europy nad islamem, krucjaty, które były obroną chrześcijan przed muzułmanami nie byłyby możliwe bez wiary. I tą wiarę uczestników krucjat i rekonkwisty trzeba wskrzesić, jeśli Europa ma przetrwać, jeśli Stary Kontynent ma pozostać sobą. Bez niej jesteśmy skazani na zagładę. Tylko pod znakiem krzyża można pokonać półksiężyc.

Duch krucjat i rekonkwisty wymaga jednak wskrzeszenia cnoty męstwa i męskiego chrześcijaństwa przepojonego duchem rycerstwa. Trzeba przestać się wstydzić wspaniałych kapłanów, którzy głosili apele o krucjaty, trzeba przestać potępiać rycerzy, którzy walczyli za Chrystusa (a potępić tych, którzy zdradzili sprawę w konkretnych sytuacjach). Nasze dzieci muszą być uczone, że uczestnicy krucjat czy królowie katoliccy Hiszpanii to ludzie godni naśladowania, a nie potępienia. Ich wzór trzeba naśladować. Ale, aby tak było trzeba odzyskać wiarę. Żywą wiarę w Chrystusa. On jest życiem i nadzieją, poza Nim czeka nas śmierć i nadzianie naszych  głów na piki wyznawców Proroka. A na koniec zielona flaga na budynkach Brukseli i Bazylice św. Piotra”.

http://www.fronda.pl/a/terlikowski-to-juz-czas-powrotu-krucjat-i-rekonkwisty-czas-wskrzesic-ich-ducha,53262.html

Gdyby po stronie islamistów znaleźli się tak żarliwi mówcy jak Tomasz Terlikowski, to jest pewne, że Europa już dawno zapłonęłaby ogniem wojen religijnych. A ja nie wiem, czy lepszym miejscem dla fanatyków są więzienia, czy zakłady psychiatryczne.


piątek, 26 czerwca 2015
Nieukarane poczęcie

 

 

Wczoraj Tomasz Terlikowski ekskomunikował parlamentarzystów, którzy głosowali za przyjęciem ustawy „o leczeniu bezpłodności”.

Art. 23. 1. Zarodki powstałe z komórek rozrodczych pobranych w celu dawstwa partnerskiego albo dawstwa innego niż partnerskie zdolne do prawidłowego rozwoju, które nie zostały zastosowane w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji, są przechowywane w warunkach zapewniających ich należytą ochronę do czasu ich przeniesienia do organizmu biorczyni.

2. Zarodkiem zdolnym do prawidłowego rozwoju jest zarodek, spełniający łącznie następujące warunki: 1) tempo i sekwencja podziału komórek, stopień rozwoju w odniesieniu do wieku zarodka, budowa morfologiczna uprawdopodobniają prawidłowy rozwój; 2) nie stwierdzono u niego wady, która skutkowałaby ciężkim i nieodwracalnym upośledzeniem albo nieuleczalną chorobą.

3. Niedopuszczalne jest niszczenie zarodków zdolnych do prawidłowego rozwoju powstałych w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji nieprzeniesionych do organizmu biorczyni.

Art. 24. Niedopuszczalne jest pobieranie komórek rozrodczych ze zwłok ludzkich w celu zastosowania ich w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji.

Art. 25. 1. Niedopuszczalne jest tworzenie zarodków ludzkich w celach innych niż procedura medycznie wspomaganej prokreacji.

2. Niedopuszczalne jest tworzenie chimer i hybryd oraz interwencja mająca na celu dokonanie dziedzicznych zmian w genomie ludzkim, które mogą być przekazane następnym pokoleniom.

3. Niedopuszczalne jest tworzenie zarodka, którego informacja genetyczna w jądrze komórkowym jest identyczna z informacją genetyczną w jądrze komórkowym innego zarodka, płodu, człowieka, zwłok lub szczątków ludzkich.

To jest malutki fragment liczącego 56 stron rządowego projektu ustawy „o leczeniu niepłodności”, którą przyjął wczoraj sejm. Nie bez przyczyny wybrałem kilka artykułów ustawy dotyczących ochrony zarodka, żeby zwrócić uwagę na demagogię przeciwników ustawy, jak chociażby ksiądz – polityk Oko, który nadal twierdzi, że „zarodki wylewa się do kanalizacji”, czy polscy biskupi, którzy wyrażają nadzieję że przyszły parlament zmieni ustawę.  

Z całością dokumentu, zawierającego  również „ocenę skutków regulacji”, porównanie projektu ustawy z prawodawstwem innych państw UE, listę podmiotów, z którymi w trakcie prac nad projektem ustawy odbyły się konsultacje publiczne,  omawiającego wpływ ustawy na sektor wydatków publicznych i inne istotne dla zrozumienia regulacji fakty (kolejne 30 stron), a także raporty z konsultacji publicznych i opiniowania projektu (kolejne  77 stron) można znaleźć tu :

http://orka.sejm.gov.pl/Druki7ka.nsf/0/1A86D4AD4E83BE46C1257E0C0040423A/%24File/3245.pdf

Strona rządowa w tym dokumencie zwraca m.in. uwagę na fakt, w Unii Europejskiej Rzeczpospolita Polska jest jedynym krajem nieposiadającym uregulowań w przedmiotowym zakresie. Nadto, iż wprowadzenie tejże regulacji spowoduje, iż „ośrodki medycznie wspomaganej prokreacji oraz banki komórek rozrodczych i zarodków będą musiały zapewnić odpowiednią jakość i bezpieczeństwo dawstwa, pobierania, przetwarzania, testowania, przechowywania i dystrybucji komórek rozrodczych oraz zarodków przeznaczonych do zastosowania w procedurze medycznie wspomaganej prokreacji, co będzie miało pozytywny wpływ na zdrowie pacjentów oraz pozwoli w przyszłości zmniejszyć liczbę reakcji i zdarzeń niepożądanych”.

Ilu przeciwników tej regulacji przeczytało dokument i zapoznało się z treścią ustawy? Pewnie niewielu, bo jak zwykle większość ma wstręt do sięgania do źródła. Myślenie boli. Wygodniej jest wpierać się na opiniach swoich autorytetów: hierarchów kościelnych, ukochanych polityków i publicystów.

Dla kościoła, którego głosem mówił wczoraj Terlikowski (http://www.fronda.pl/a/terlikowski-poslowie-po-od-dzis-poza-kosciolem,53207.html), nigdy nie będzie kompromisu w sprawie „in vitro”. Każde rozwiązanie, poza takim, które będzie zakazywało stosowanie tej metody, nie będzie do zaakceptowania.  

Teraz uwagę zwraca się przede wszystkim na fakt, że część zarodków nie jest wykorzystywana i wcześniej, czy później czeka je śmierć (ustawa zakazuje niszczenia, ale także nie gwarantuje ich życia wiecznego). Jeśli przy tym zakłada się, że człowiekiem jest już zapłodniona komórka jajowa, to procedura zapłodnienia pozaustrojowego wiąże się ze śmiercią człowieka, zatem należy jej zabronić. Bo przecież nie może być kompromisów w sprawie zabijania ludzi. Tylko  rozwiązanie całkowice zakazujące „in vitro” będzie satysfakcjonujące dla kościoła katolickiego.   

 

środa, 24 czerwca 2015
Grodzka przeciw Terlikowskiemu

 

Sąd drugiej instancji uznał winę Tomasza Terlikowskiego w sprawie naruszenia dóbr osobistych posłanki Anny Grodzkiej.

Problem Terlikowskiego (a i całych rzesz wyrobów terlikopodobnych) polega na braku empatii (co przekładając na język kościoła znaczy tyle, że nie jest zdolny do miłości bliźniego w sensie nauczania Jezusa Chrystusa). Terlikowski nie jest pozbawiony uczuć. Kocha. Kocha przede wszystkim siebie (deklarując także uwielbienie Boga) -  to miłość własna tak go zaślepia, że dostrzega źdźbła w oczach innych, podczas w jego oku tkwi belka. I sam doprawdy nie wiem, czy jest na tyle głupi, czy tak zadurzony w sobie, czy też jest zwykłym hipokrytą, żeby nie rozumieć (udawać że nie rozumie) swojego przewinienia. Czym innym jest dyskusja na temat transseksualizmu (również w ujęciu etycznym), a czym innym pełne nienawiści wtręty dotyczące konkretnej osoby wypowiadane za pośrednictwem mediów. Nawet, gdyby założyć, że osoba publiczna dokonała sprzecznego z zasadami religii „samookaleczenia”, to nie może być to powód, żeby przy byle okazji ją piętnować, upokarzać, nie zważając na jej uczucia. Mało tego, Terlikowski robi wrażenie (dobór słów w poniższym cytacie), jakby jego celem właśnie było sprawienie przykrości Grodzkiej.

Po zapowiedzi przez Grodzką złożenia pozwu tak oto ten gorliwy „katolik” komentował wydarzenie na portalach salon24.pl i fronda.pl (1.10.2011):

„Kandydat Ruchu Poparcia Palikota Ann Grodzk (nie mogę pisać o tej osobie Anna Grodzka, bo to zwyczajna nieprawda, nie chcąc zaś obrazić jej emocji nie chcę pisać o niej jako o panu Grodzkim, więc piszę w sposób bezosobowy) wytoczył mi proces (…). Pozew ma dotyczyć wypowiedzi z Fronda.tv, gdzie powiedziałem, że Ann Grodzk „jest mężczyzną, który pozbawił się narządów płciowych i udaje kobietę, co świadczy o odejściu od Kościoła katolickiego”. (…) Fakt, że osobę tę nafaszerowano hormonami, które sprawiły, że wyrosły jej piersi, i że pozbawiono ją męskich narządów płciowych – w niczym nie zmienia genetycznej tożsamości Grodzk. (…). Jaki wyrok by nie był ja mogę od razu zapowiedzieć, że swoich poglądów nie zmieni. Uznanie, że genetyczny mężczyzna jest kobietą tylko dlatego, że naszprycowano go hormonami i wykastrowano, jest czymś na co nie pozwala mi nie tyle wiara, czy honor, ile rozum. Z góry więc mogę zapewnić Ann Grodzk, że może się nie wysilać. Mnie i tak ust nie zamknie.”

http://www.fronda.pl/a/terlikowski-jesli-ja-obrazam-ann-grodzk-to-kto-obraza-rozum,14834.html

Sąd nierychliwy, ale sprawiedliwy.

wtorek, 23 czerwca 2015
Pocztówki z Krety (cd)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

 

 

Parę dni temu na stronie internetowej gosc.pl ukazał się komentarz redaktora „Małego Gościa Niedzielnego” i felietonisty „Gościa”, Franciszka Kucharczaka, dotyczący kandydatury Adama Bodnara na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Komentarz pełny niewybrednych „wycieczek personalnych”, bluzgów, pisany w stylu typowym dla szczujni prawicowej, czyli maksimum komentarza - minimum faktów:

http://gosc.pl/doc/2550919.Pamiatka-po-Platformie

 

Pozwoliłem sobie na swój komentarz do tego tekstu:

Szanowny Panie Redaktorze, Pan zapomniał albo nie wie czym zajmuje się rzecznik praw obywatelskich.  Zgodnie z art. 208 Konstytucji RP :

1. Rzecznik Praw Obywatelskich stoi na straży wolności i praw człowieka i obywatela określonych w Konstytucji oraz w innych aktach normatywnych.
2. Zakres i sposób działania Rzecznika Praw Obywatelskich określa ustawa.

Zamiast edukować czytelników (najpierw wypadałoby wyedukować siebie) i rozpatrywać jakieś realne zagrożenia, jakie daje kandydatura Adama Bodnara, naparza się Pan i wylewa kolejne wiadro pomyj na Platformę.

Akurat Adam Bodnar swoją dotychczasową działalnością pokazał, że prawa człowieka i obywatela „czuje”, że potrafi o nie walczyć, a w przeciwieństwie do Pana (ręczę) – nie będzie je traktował w sposób wybiórczy i skrajnie rozideologizowany. Pana zdaniem jedynie doktrynalny katolik (zauważam, że takich pozostało niewielu, bo w życiu publicznym dominuje zwykła pruderia) będzie w sposób właściwy wypełniał zadania, jakie stawia przed tym urzędem Konstytucja.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Bodnar

Warto zaznaczyć, że jedynym kontrkandydatem na stanowisko RPO jest Zofia Romaszewska. Ta oferta złożona przez PiS jest wysoce niestosowana, bo pomijając słuszny wiek kandydatki (75 lat) i nie kwestionując jej olbrzymich zasług dla Polski przed 1989 rokiem, trzeba zauważyć, że mentalnie tkwi tam, gdzie Jarosław Kaczyński. Dobrą tradycją było to, iż stanowisko obejmowali naukowcy - prawnicy; Romaszewska takich kwalifikacji nie ma.  

Romaszewską PiS traktuje w sposób instrumentalny, tak jak kiedyś wykorzystywało w walce politycznej Annę Walentynowicz. Jeśli Romaszewska zgodziła się kandydować, to najzwyczajniej nie ma świadomości tego, że posłużyła za drzewiec do sztandaru PiS. Dzisiaj cała aktywność publiczna Romaszewskiej chyba sprowadza się do zasiadania w fundacji Solidarni 2010 oraz do walki o to, by tęcza (ta tęcza!) znikła z placu Zbawiciela.

Romaszewska w wywiadzie dla portalu wpolityce.pl mówiła: „Dzisiaj prawa człowieka zamieniły się w prawa wielu grup i mniejszości. Proszę mnie dobrze zrozumieć - jestem zwolenniczką, by mniejszości również miały odpowiednie prawa, ale one nie mogą dominować nad resztą społeczeństwa i stać się najważniejsze”. 

http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/232511-zofia-romaszewska-laureatka-nagrody-im-lecha-kaczynskiego-wszyscy-jestesmy-obywatelami-pamietajmy-o-tym-nasz-wywiad

To zdanie stanowi  uzasadnienie tego, że dzisiaj Romaszewska nie ma kompetencji moralnych i intelektualnych do tego, by zająć stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Bo nie rozumie czym są prawa obywatelskie w wolnym i demokratycznym kraju. Że nie można ich przepuszczać przez filtr osobistych uprzedzeń i ograniczeń. O czyje prawa ma walczyć RPO, jeśli nie przede wszystkim o prawa mniejszości? Bo każdy z nas, ze swoimi indywidualnymi problemami, stanowi jakąś mniejszość. Większość o swoje prawa konstytucyjne potrafi się upomnieć, głos mniejszości jest często zagłuszany.  

A wracając do meritum, podstawową rolą RPO jest kontrolowanie oraz podejmowanie stosownych czynności jeśli stwierdzi, że z powodu celowego działania lub zaniechania przez organy państwa, organizacje albo instytucje zobowiązane do przestrzegania i realizacji wolności człowieka i obywatela nastąpiło naruszenie prawa oraz zasad współżycia i sprawiedliwości społecznej. Tylko tyle. RPO nie kreuje prawa, nie stanowi prawa, ale stoi na jego straży. Rzecznik powinien stać ponad podziałami ideologicznymi; Bodnar stoi ponad, Romaszewska je utrwala.

Pan w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że w Polsce przed wszystkim obowiązuje Konstytucja (a dopiero potem Konkordat), która zawiera szeroki katalog wolności oraz praw człowieka i obywatela. Ze spisem owych praw można zapoznać się tu:

http://www.infor.pl/prawo/konstytucja/omowienie-konstytucji/90580,Wolnosci-i-prawa-osobiste.html

Ani Konstytucja, ani wspomniana ustawa  (z dnia 15 lipca 1987 r. o Rzeczniku Praw Obywatelskich (Dz. U. z 1987 r. Nr 21, poz. 123)  nie zabraniają rzecznikowi posiadania przekonań politycznych, społecznych, czy religijnych. RPO nie reprezentuje tylko katolików, ale całe społeczeństwo i zarazem każdego obywatela. RPO nie ma „robić dobrze” Panu tudzież innym ultrakatolikom, a wypełniać zadania, która nałożyła na niego Konstytucja.

Pisze Pan, że „kandydat PO na Rzecznika Praw Obywatelskich gwarantuje troskę o obywateli spragnionych przywilejów – a nie praw” oraz że poprzez poparcie kandydatury Bodnara, Platforma chce „już tylko ukarać naród za okazaną niewdzięczność” przejawiającą się spadkiem poparcia. To dość podła manipulacja i niczym nieuprawniona próba wmówienia czytelnikom „Gościa”, że stąd iż Adam Bodnar ma odmienne od Pańskich zapatrywania na pewne kwestie etyczno – prawne, nieco odmienny światopogląd, wynikać musi, że będzie dbał przede wszystkim o przywileje mniejszości (i pewnie je też kreował).   

Niech Pan nie robi z łam katolickiego „Gościa” kolejnej prawicowej szczujni!

P.S. (1) W cudzysłów daje Pan katolicyzm członków PO. A co z Pana katolicyzmem? Bo gdyby rozpatrywać go przez pryzmat przykazania miłości, to już dawno się Pan ulokował poza wspólnotą chrześcijańską. Papież Franciszek zadał publicznie pytanie: „A kim ja jestem, żeby ich oceniać”. A kim Pan jest? Nadpapieżem? I jakim prawem wypowiada się Pan w imieniu narodu? Jeśli zahacza Pan o „in vitro”, to jestem ciekawy, czy robił Pan sondę, żeby stwierdzić jak część narodu uważa zapłodnioną komórkę jajową za pełnowartościowego człowieka? Nadto, jeśli Pan tego nie zauważył, to Andrzej Duda wygrał z urzędującym prezydentem różnicą około 3% głosów – kampanią kłamstw i obietnic nie do spełnienia (i to dzięki wsparciu elektoratu Pawła Kukiza – swoją drogą, czy pamięta Pan jego piosenkę „Ksiądz proboszcz już się zbliża”); trudno stąd wyciągać wniosek, że większość społeczeństwa ma takie poglądy jak Pan i takież oczekiwania. Zresztą poczekajmy parę lat (może do kolejnej kadencji sejmu), a będziemy drugą Irlandią. A homofobi Pańskiego pokroju tylko ten proces przyspieszą.

P.S. (2) Odnośnie rzekomego całowania papieskiego pierścienia przez Ewę Kopacz:

http://wiadomosci.gazeta.pl/faktoid/0,0.html


czwartek, 11 czerwca 2015
Gimbus. Pan Kukiz już się zbliża

 

 

 

Przypomniałem sobie tęsknotę co poniektórych, którą słyszałem w dzieciństwie (na tyle często, żeby zapamiętać): „temu narodowi przydałby się Hitler”. Wypowiadającym te słowa (prymitywom!) oczywiście bardziej chodziło o to, żeby pojawił się ktoś, kto silną ręką zaprowadzi porządek i zlikwiduje całość patologii życia społecznego (od złodziejstwa i korupcji po pijaństwo i bumelanctwo), żeby w kraju wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, niż o to, żeby zwalczać konkurencję polityczną i ideologiczną, czy też eksterminować mniejszości narodowe. Słowa te wypowiadali ludzie głupi, nieświadomi  bezmiaru nieszczęść, które niosły ze sobą totalitaryzmy.

Wyjechałem na urlop wczesnym rankiem 24. maja, w dniu wyborów prezydenckich (uprzednio głosując „korespondencyjnie”). Wróciłem z wakacji do zupełnie nowej rzeczywistości. I nie chodzi o to, że Komorowskiego na stanowisku głowy państwa zastąpi wkrótce Andrzej Duda; mieliśmy święto demokracji - w wolnych wyborach naród swoją większością zadecydował o zmianie na urzędzie prezydenckim. Nie ukrywam, że mam do Dudy stosunek negatywny, bo nie dość,  że jest człowiekiem ubezwłasnowolnionym przez kler, związki zawodowe, media prawicowe, partię, której do tej pory był wiernym funkcjonariuszem (temat niebawem rozwinę), czy przeszłość (uprawdopodobniony lobbing w interesie SKOK-ów), to jest w rzeczywistości człowiekiem bezbarwnym, płaskim, typowym politycznym korpo-szczurem, który na wybitne osiągnięcia poza polityką nie mógłby liczyć. Mamy przykład błyskawicznej kariery w stylu Dyzmy: od nierozpoznawalnego jeszcze pół roku temu pucybuta Kaczyńskiego do politycznego multimilionera (8 630 627 głosów).  Czym uwiódł naród? Wybitnym dorobkiem intelektualnym i życiowym,  czarem osobistym, nieprzeciętną osobowością? Nie! Uwiódł obietnicami: że obniży wiek emerytalny, podniesie wynagrodzenia, zwiększy kwotę wolną od podatku - że wymienię te najbardziej przyziemne.  Oto naród uwierzył, że można równocześnie zmniejszać podatki i zwiększać wydatki na sferę socjalną (cud panie, cud!) oraz, że polityka fiskalna państwa zależy od prezydenta, a nie od parlamentu i rządu.

Nie ma sensu obrażać się na „naród”, nawet wtedy, gdy głupi (od zarania dziejów do dzisiaj, przynajmniej w tej części świata, wszystkim którzy są u władzy - tej formalnej i tej nieformalnej -  zależy na tym, żeby taki właśnie był naród w swojej masie: niewyedukowany, durny, a zatem łatwy do zmanipulowania).  Tacy na przykład Włosi, gdyby mogli,  po raz kolejny wybraliby Berlusconiego. I nikt z tego powodu nie drze szat.

Szczerze zaskoczył mnie potencjał intelektualny Polaków (to balon, z którego właśnie uleciało powietrze), i to nie tych, którzy stanowią betonowy elektorat PiS-u, ale tej całej „reszty”, która w pierwszej turze zagłosowała na Pawła Kukiza, a w drugiej oddala głos na Dudę.

Ale dużo bardziej zaskakuje mnie wynik sondaży, które partii Kukiza, która nawet jeszcze się nie ukonstytuowała, dają wynik w wyborach parlamentarnych na poziomie 20%. Ktoś, kto w ciemno oddaje głos na kandydata, którego jeszcze nie ma, jest dla mnie idiotą. Ktoś, kto zna poglądy Kukiza (zapraszam na Facebook: https://www.facebook.com/kukizpawel) i je aprobuje jest albo idiotą albo - co bardziej prawdopodobne - ma poważne braki w wykształceniu.

Kukiz to poziom intelektualny i emocjonalny nastolatka. Nie ma szansy liczyć na to, że się to zmieni. Narodził się polityczny „hitlerek”, którego radykalne poglądy dopiero się kształtują, a wiedzę zdobywa pod maglem lub z tabloidów (ponownie odsyłam na Facebook). 

Winą za dramat narodowy obciąża media, i to w pierwszej kolejności będzie chciał się z nimi rozprawić (być może przy poparciu PiS i Dudy, którzy na razie funkcjonują bez wiernopoddańczego poparcia środków masowego przekazu „głównego nurtu”, a którzy wcześniej czy później jakoś będą musieli się odwdzięczyć za wsparcie mediom „patriotycznym i narodowym”) .

Pisze Kukiz na Facebooku (pisownia oryginalna):

A tutaj macie co wg naszego programu naprawy Państwa powinniśmy zrobic z mediami:
3.3 Media 
- Zakazy koncentracji więcej niż 20% mediów lokalnych (dziś prawie 90% mediów regionalnych ma jedna grupa : Verlagsgruppe Pasau) 
- Zakaz koncentracji powyżej 20% rynku mediów centralnych. 
- Kary za rozpowszechniania nieprawdy zwiększone w przypadku nieprawdziwych informacji uderzających w polską rację stanu (kłamstwo oświęcimskie typu „Polskie Obozy”).
- Zakaz reklamy firm państwowych oraz organów władzy publicznej wydawanych w Polsce mediach o kapitale zagranicznym (za wyjątkiem mediów branżowych reklam w mediach wydawanych za granicą do tamtejszego klienta) 
- Zakaz zatrudniania w mediach publicznych dziennikarzy pracujących jednocześnie dla mediów zagranicznych (Vide Tomasz Lis – z jednej strony „dziennikarz” TVP z drugiej płacą mu Niemcy wydający Newsweeka) .
- Zakaz reklamy firm państwowych w mediach ukaranych sądowo za publikację nieprawdziwych materiałów sprzecznych z polską racją stanu.

Przypomina mi to bardzo ustanowione niedawno zmiany w rosyjskim prawodawstwie, które organizacjom pozarządowym korzystającym z pomocy zagranicznej nakazuje zarejestrować się jako „organizacje pełniące funkcje agenta zagranicznego” (http://wiadomosci.wp.pl/kat,1020223,title,Rosja-restrykcyjne-prawo-weszlo-w-zycie-kto-zostanie-zagranicznym-agentem,wid,15107229,wiadomosc.html?ticaid=115072, http://amnesty.org.pl/no_cache/aktualnosci/strona/article/8050.html). Niedopełnienie tego obowiązku skutkuje sprawą sądową i może prowadzić do rozwiązania organizacji. Ofiarą nowego prawa są organizacje broniące praw człowieka i obywatela  i walczące z korupcją (m.in. „Memoriał” i Transparency International). W istocie chodzi o odebranie wiarygodności lub wyeliminowanie oponentów politycznych oraz tych, którzy patrzą władzy na ręce.  Postulat Kukiza jest  tym samym, tyle że nasz polski Putinek idzie dalej, bo o ile organizacja w Rosji po zarejestrowaniu się jako „agent” może robić swoje (co najwyżej przy utracie zaufania „narodu”), o tyle realizacja pomysłów Kukiza to delegalizacja mediów z kapitałem obcym oraz system dotkliwych kar.  

Jak widać, jest w narodzie polskim potrzeba posiadania rodzimego Hitlerka – Putinka - Stalinka. Ten „naród” został zainfekowany komunizmem; potrzeba posiadania wodza, który weźmie naród za mordę oraz państwa, które zajmie się wszelkimi sferami życia i zadba o słuszny światopogląd swoich obywateli przeszła z  genami  z rodziców na dzieci. Wyzwoliliśmy się spod jarzma komunizmu, wywalczyliśmy wolność słowa, przekonań, systemu wartości, wyborów życiowych. Nadmiar tej wolności ciąży już co drugiemu obywatelowi. I to napełnia mnie niepokojem. 

 

P.S.

Ktoś, kto ma lat 50+ i do tej pory nie zrozumiał otaczającego go świata, już go nie zrozumie. Ktoś, kto przez pół wieku zgromadził wiedzę, jaką dysponuje w miarę rozgarnięty licealista (celowo, w trosce o umiar nie piszę „gimnazjalista”), tej luki w wykształceniu już nie nadrobi.

 

środa, 10 czerwca 2015

 

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl