RSS
czwartek, 30 czerwca 2016
Sezon na lilie i liliowce. Lato w Szczercowie

 

 

środa, 29 czerwca 2016
Brexit i dziennikarskie gnidy

 

Nie powiodła się „ofensywa dyplomatyczna” premier Beaty Szydło. Brytyjczycy zdecydowali w referendum, że ich państwo powinno opuścić Unię Europejską. Zrobili to nawet mimo wspólnego apelu PBS z Angelą Merkel, zakończonego wezwaniem „Zostańcie!”

Oczywiście trudno sobie wyobrazić, aby głos polityków płynący z zagranicy miał przekonać Brytyjczyków do ponownego rozważenia swojej decyzji przed jej ostatecznym podjęciem. Populizmu nie da się zagłuszyć głosami rozsądku, o czym premier Beata Szydło doskonale wie, jako że z tego skutecznego narzędzia uprawiania polityki korzysta codziennie.

Istotne jest to, że również z powodu „Polski i Polaków” do referendum doszło. Paliwem populistów było przekonanie, że imigranci z polski psują rynek pracy i korzystają z opieki socjalnej w takim wymiarze jak obywatele Królestwa. Więc  apel PBS skierowany do frustratów o głosowanie za „pozostaniem” to „dolewanie oliwy do ognia”.

Jeszcze tydzień temu wydawało mi się niemożliwe, niezależnie od sondaży „fifty – fifty”, aby Wielka Brytania opuściła Unię Europejską.

Teraz widzę, że to był subiektywny ogląd Polaka, który wie ile jego kraj zyskał na członkostwie w Unii. Brytyjczyk natomiast widzi, że do budżetu więcej wpłaca, niż z niego wyjmuje. Polityk populistyczny jest w stanie przedstawić swojemu „wyborcy” dużo więcej argumentów za Brexitem. Teraz, po referendum, dla wielu przychodzi otrzeźwienie: okazuje się,  że funt traci na wartości, zapowiada się referendum za odłączeniem Szkocji od Wielkiej Brytanii i prognozowane są problemy w Irlandii Północnej.  

Także nasi politycy mają powód do zmartwień, bo również polska waluta zapikowała, stając się jedną ze słabszych w Europie, a wobec zmniejszonego, spowodowanego wyjściem Wielkiej Brytanii z UE budżetu unijnego (-15%), Polska w przyszłości dostanie mniejsze wsparcie. Nowa polityka imigracyjna Wielkiej Brytanii może spowodować powrót Polaków do kraju, zaś - o czym zaczyna być głośno – w angielskich miastach coraz głośniej artykułowana niechęć po polskich (również) imigrantów. To jedne z wielu „plag”, które mogą spaść na Polskę. 

„Ofensywa dyplomatyczna” PBS miała mieć wydźwięk propagandowy. I to nie w Wielkiej Brytanii, ale tu w Polsce. W wypadku gdyby wynik referendum był za pozostaniem UK w Unii, tuby propagandowe PiS chwaliłyby skuteczność Beaty Szydło na arenie międzynarodowej. Sukces, jakim by była Unia w dotychczasowych granicach miałby – w mediach prawicowych – jednego ojca - Jarosława Kaczyńskiego, którego polityki reprezentantką jest Szydło. Sukcesu nie ma, więc trzeba znaleźć winnych.


***

Kazimierz Sowa, katolicki duchowny, zdefiniował ostatnio „dziennikarską gnidę”.

 

  

https://www.facebook.com/kazimierz.sowa

 

Definicje o. Sowy włączam do swojego słownictwa, bo oto trafiłem na odchody dziennikarskiej gnidy na portalu niezalezna.pl, właśnie w związku z tematem „Brexitu”.

„Zastał Polskę murowaną, zostawił »ch..., d...ę i kamieni kupę«. Teraz powtarza ten numer w UE” – napisał ktoś o Donaldzie Tusku. Ale błędne są opinie, że Tusk, Juncker, Timmermans – naczelni rozwalacze Unii Europejskiej – po Brexicie „przejrzą na oczy”. To byłoby możliwe, gdyby problem tkwił tylko w zaślepieniu eurokratów. Tymczasem chodzi o coś znacznie poważniejszego: korupcję polityczną. W Brukseli od dawna widać wszelkie jej odmiany. Większość urzędników poświęci interesy narodowe za własne bajońskie wynagrodzenia i codzienną porcję umownych ośmiorniczek na koszt europodatnika. Donald Tusk bronił najbardziej absurdalnych lewackich pomysłów za 100 tys. zł pensji, za posadę dla Bieńkowskiej i za to, że ktoś go poklepie po plecach. W przyszłości może liczyć na fotel dyrektora Gazpromu, na wzór Schroedera. Tak więc Tusk, Juncker czy Timmermans podejmowali decyzje w pełni świadomie, zamieniając Unię w eurokołchoz, co pchało ją do rozpadu. I należy się cieszyć, że PiS przewidująco postawił na rozwiązania, które w tej chwili są dla Polski olbrzymią szansą – wzmocnienie pozycji Grupy Wyszehradzkiej i ścisłą współpracę w ramach NATO.

 

Ta „dziennikarska gnida” jest prominentną publicystą prawicową. Artykuł nazywa się „Eurozdrajcy” ( http://niezalezna.pl/82438-eurozdrajcy).

  1. „Dziennikarska gnida” przytacza cudzą, anonimową opinię. Równie dobrze mogłaby ja sama sprokurować. Mniejsza o to. Zawiera się w niej teza, że Tusk „zastał Polskę murowaną, zostawił „ch..., d...ę i kamieni kupę”, czyli ruinę. Oczywiście dla czytelników tej pani to aksjomat, więc tylko dla formalności przytaczam statystykę dotycząca wzrostu gospodarczego w latach, gdy u władzy była ekipa rzeczonego Donalda Tuska (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gospodarka_Polski). W zestawieniu z innymi krajami UE, w dobie kryzysu, to bardzo dobry, rewelacyjny wręcz wynik. Jaki jest cel powtarzania w kółko takiego kłamstwa? Sięgnijcie do najpopularniejszych cytatów z Goebbelsa.
  2. „Dziennikarska gnida” formułuje opinię, że najważniejsi urzędnicy UE: przewodniczący Rady Europejskiej - Donald Tusk, przewodniczący Komisji Europejskiej - Jean-Claude Juncker i pierwszy wiceprzewodniczący Komisji  - Franciscus Cornelis Gerardus Maria (Frans) Timmermans to rozwalacze i „exit” Wielkiej Brytanii to głównie ich dzieło. Pogląd dość idiotyczny, że trzech polityków może mieć tak duży wpływ na strategiczne decyzje polityki unijnej, które w efekcie mogą doprowadzić  do rozpadu Unii, zważywszy na fakt, że do niedawna polskie media prawicowe wmawiały nam, że posada przewodniczącego RE to funkcja fasadowa. Parlament Europejski liczy obecnie 751 eurodeputowanych sprawujących mandat wolny, wybieranych na pięcioletnią kadencję. Wśród nich są także reprezentacji Prawa i Sprawiedliwości. To oni wszyscy razem, przestrzegając zasad demokracji, tworzą prawo unijne i określają politykę, nie zaś - co próbuje wmówić nam „dziennikarska gnida” - garstka wybranych parlamentarzystów lub urzędników. To tylko w polskiej satrapii jest możliwe, że lider partyjny wydaje decyzje, a większość parlamentarna głosując je tylko formalnie zatwierdza. A w końcu to ani deputowani, ani urzędnicy nie brali działu w referendum, ale ponad 35 milionów obywateli kraju, z czego 52% wyborców, nakręcanych często przez populistycznych polityków i własne dziennikarskie gnidy, zdecydowało się na opuszczenie Unii.
  3. Demontaż UE to – zdaniem „gnidy dziennikarskiej” – nic w porównaniu z przeogromną „korupcją polityczną”, która zżarła już prawie wszystkich europarlamentarzystów. Domyślam się – bo „gnida” ten „oczywisty fakt” przez niedopatrzenie pominęła – iż gangrena korupcji omija deputowanych Prawa i Sprawiedliwości. Prawie każdy polityk w Brukseli „poświęci interesy narodowe za własne bajońskie wynagrodzenia i codzienną porcję umownych ośmiorniczek na koszt europodatnika”. Domyślam się więc, że tylko politycy PiS-u pracują tam społecznie, pro publico bono i nie pobierają diet. I żywią się własnoręcznie przygotowanymi kanapkami. Platformersi głosują za kasę, a „pisowcy” – dla szczytnych idei. Zapewne również fakt przepchnięcia Janusza Wojciechowskiego (kosztem mandatu eurodeputowanego) na cichutką synekurę audytora w Europejskim Trybunale Obrachunkowym z gażą 20 tys. euro miesięcznie jest „kaczką dziennikarską” (po odejściu z pracy audytorzy mogą liczyć na dodatkowe świadczenia oraz dożywotnia emerytura, oczywiście na koszt „europodatnika”).
  4. Niejaki Gerhard Schroeder, o którym wspomina „dziennikarska gnida”  był kanclerzem Niemiec, nie zaś wysokim urzędnikiem unijnym. Jest faktem, że w ostatnich tygodniach urzędowania podpisał z Rosją umowę o budowie Gazociągu Północnego pod dnem Bałtyku, omijającego Polskę, Ukrainę i kraje bałtyckie. Wkrótce po opuszczeniu urzędu były kanclerz objął stanowisko w radzie nadzorczej kontrolowanego przez Rosjan konsorcjum Nord Stream, budującego gazociąg. Podniosło to, co oczywiste, kwestię konfliktu interesów. Ale ja nie wiem, co ma wspólnego Tusk ze Schroederem (może to, że dziadkowie obydwóch polityków byli w Wehrmachcie - to temat dla Doroty Kani i Jerzego Targalskiego). Nawet prawdą nie jest to, że Schroeder jest „dyrektorem w Gazpormie”. Nadto nie widzę możliwości, żeby Tusk na stanowisku, jakie obecnie piastuje (https://pl.wikipedia.org/wiki/Przewodnicz%C4%85cy_Rady_Europejskiej), mógł podpisywać jakieś kontrakty (gospodarcze lub inne), bądź być inicjatorem jakiś działań przeciwko Polsce, a w przyszłości być za to wynagrodzony. Przypisywanie komuś takich intencji przez jest  czystym skurwysyństwem „dziennikarskiej gnidy”.

 

Patrzcie Państwo: krótki tekst, a tyle kłamstw, manipulacji, nienawiści, chamstwa, niechlujstwa językowego. Rekord świata chyba. Może gnidy dziennikarskie powinny robić między sobą konkurs na paszkwil, oczywiście pod patronatem SDP i ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

I najważniejsze. Mam pytanie: Jak „dziennikarskie gnidy” uzasadnią fakt, że partia Prawo i Sprawiedliwość udzieliła poparcie temu „eurozdrajcy” Tuskowi, żeby mógł piastować to eksponowane stanowisko przez następną kadencję?

 

Wzrost gospodarczy rok do roku


wtorek, 28 czerwca 2016
Kabaret Narodowy pod egidą Prawa i Sprawiedliwości albo minister chamstwa (1/2)

 

W ostatnią niedzielę TVP Kultura pokazała „Człowieka z żelaza”. Wcześniej jeden jedyny raz widziałem film tuż po premierze, w roku 1981, gdy trwał jeszcze „festiwal Solidarności”. Kilka miesięcy później wprowadzono stan wojenny i na osiem lat Polska pogrążyła się w marazmie. Wzruszyłem się. Genialne uchwycenie atmosfery tamtego czasu. Wałęsa i Walentynowicz razem: obok wmontowanych scen z filmów dokumentalnych, wystąpili w aktorskich epizodach, także w duecie. Irena Byrska jako babka Hulewiczowa. Monolog, gdy obierając kartofle opowiada o śmierci Birkuta. Tak realistycznie zagranej roli nie pamiętam z żadnego innego filmu. Śmietanka aktorska: Opania, Janda, Seweryn, Gajos, Radziwiłowicz w podwójnej roli - jako ojciec (Birkut) i syn (Tomczyk).

Film odzyskał „aktualność” niosąc skojarzenia z polską współczesnością. Uległość vs niezłomność, kasa vs wierność zasadom,  karierowiczostwo vs nonkonformizm. Cenzura, opresyjne państwo, szukanie haków. Było, nie minęło.

Niespełna dwa miesiące temu media doniosły o kłopotach finansowych, jakie wkrótce będą miały dwa „prywatne” teatry: „Polonia” i „Och-teatr”. Od strony prawno – organizacyjnej obydwie sceny są założone i prowadzone przez Fundację Krystyny Jandy na rzecz Kultury (https://pl.wikipedia.org/wiki/Och-teatr,https://pl.wikipedia.org/wiki/Teatr_%E2%80%9EPolonia%E2%80%9D) - w tym sensie nie należy traktować ich stricte jak prywatnych przedsięwzięć, które mają generować zysk.

Trzeba wiedzieć, że nie ma możliwości utrzymania tak działających placówek kulturalnych bez sponsorów, podobnie zresztą jak większości instytucji oferujących „kulturę wyższą”, gdyż wpływy z biletów w minimalnym stopniu pokrywają koszty ich funkcjonowania. Jako ciekawostkę podam, że w przypadku scen operowych  - tam oczywiście koszty są dużo większe w związku z koniecznością utrzymywania orkiestry, baletu, chóru, drogiej scenografii, kostiumów itd. - sprzedaż biletów pokrywa zaledwie około 10% ogólnych kosztów. Inaczej mówiąc, bez „sponsoringu” (prywatnego, ale głównie dotacji państwowych) bilet musiałby kosztować 10 razy więcej. W niektórych krajach, sądząc po wysokich cenach biletów na koncerty muzyki poważnej i spektakle operowe, widać, że udział państwa w tym zakresie jest mniejszy. Z drugiej strony – zapełnione sale koncertowe, czy operowe świadczą o zamożności tamtejszego społeczeństwa. Skoro są chętni do wykładania pieniędzy na drogie bilety (nawet po kilkaset euro), to państwo nie musi partycypować w tak dużym zakresie w kosztach ich funkcjonowania.

W przypadku teatrów Krystyny Jandy sponsorem było państwo, które zasilało je kwotą rzędu 1,5 miliona złotych rocznie. Można się zastanawiać: dużo to, czy mało? A przede wszystko co miało z tego społeczeństwo, bo to w końcu o publiczny pieniądz chodzi. Publiczność miała możliwość obejrzenia licznych spektakli premierowych,  darmowe przedstawienia wakacyjne na placu Konstytucji w Warszawie, a przede wszystkim dawkę kultury wysokiej próby. W tym roku minister Gliński odmówił wsparcia. Po odwołaniach przyznano teatrom 10% kwoty, o jaką wnioskowały. Co można zrobić z sumą 12.500 zł miesięcznie do podziału na 2 teatry? Co to oznacza? Aktorka ogłosiła, że zamiast planowanych 10 premier odbędzie się w tym roku w obu teatrach jedynie pięć. Nie będzie też darmowych przedstawień wakacyjnych. Teatr przetrwa, ale kultura zubożeje. To można nazwać zbijaniem kultury przez ministra kultury.

Najciekawsze jest to, jak sprawę komentował sam minister Gliński, czyli osoba decyzyjna, ... no chyba, że ktoś inny pociąga za sznurki w resorcie …

- Nie oceniam na ogół poziomu artystycznego teatrów - choć teatr pani Jandy ma uznaną renomę. Natomiast nie jestem przekonany, czy system, w którym ktoś zakłada prywatny teatr i opiera go w dużej mierze na środkach publicznych, jest systemem właściwym - a jeśli tak, to w takim razie i inne prywatne instytucje powinny mieć równy dostęp do środków publicznych - dodał minister Gliński, odnosząc się bezpośrednio do sprawy dotacji dla Jandy.

Minister Gliński dodał, że jeszcze przed wyborami zapowiadana była „korekta polityki kulturalnej”. - Doceniamy teraz także środowiska, które nie były zauważane przez ostatnie osiem lat i były traktowane, mówiąc delikatnie, bardzo niesprawiedliwie, co odbijało się na statusie materialnym wielu twórców, a także stanowiło wielką szkodę dla polskiej kultury – komentowała łamach portalu niezalezna.pl

http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,20026255,minister-glinski-odpowiada-jandzie-zapowiadalismy-korekte-polityki.html

Kilka dni później minister Gliński pytany na antenie radia RMF24 o dofinansowanie dla teatru Krystyny Jandy odpowiedział, że „nie ma powodu, żeby jej teatr był tak finansowany, gdy np. kabaret Pietrzaka w życiu nie dostał złotówki od PO”. Polityk dodaje, że także „Rewiński z kasy publicznej przez całe lata nie dostał ani złotówki”. Gliński pytany o to, czy kiedykolwiek był w teatrze Jandy odpowiada: Byłem i ma renomę, ale nie ma powodu, żeby był w takiej skali finansowany.

http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/wywiady/kontrwywiad/news-glinski-nie-ma-powodu-by-finansowac-teatr-jandy-pietrzak-i-r,nId,2200275

Widzę dwie możliwości: albo potwierdza się teza reżysera Roberta Glińskiego, że ma brata idiotę (http://natemat.pl/173133,rezyser-glinski-o-braci-ministrze-moj-brat-idiota), albo mamy do czynienia z kimś o zwiotczałym kręgosłupie, łasym na prestiż związany z ministerialnym stołkiem, który dla wymarzonej na starość kariery politycznej robi z siebie kurwę.  Może jest jakaś inna możliwość, której nie dostrzegam. Czytelniku, proszę mnie oświecić. I znajdź, proszę,  jakieś różnice – może poza ogładą i językiem - pomiędzy postaciami odtwarzanymi  przez Gajosa i Sobczuka we wspomnianym na wstępie filmie, a notablami z otoczenia prezesa Kaczyńskiego.

Bo jak można uzasadnić to, że minister kultury i dziedzictwa narodowego zrównuje sztukę wysoką z kabaretem niskiego lotu i nie wie, bądź udaje, że nie wie jaka istotna jest rola kultury wysokiej w życiu duchowym narodu i jak ważny jest mecenat państwa w zakresie jej wspierania.

Minister, który decydując o dotacjach „nie ocenia na ogół poziomu artystycznego” jednak jest chyba idiotą.

Za tym, że jest idiotą oczywiście przemawia to, że nie potrafi trzymać języka za zębami i wprost demaskuje plany „dobrej zmiany” w kulturze. Teraz wsparcie dostaną ci, którzy w odpowiednim czasie szczekali na PO, a teraz liżą, płaszczą się przed nową władza i psioczą na opozycję. Jandzie nie należy się nic, bo dostawała wcześniej, od poprzedniego reżimu. A nadto nie liże, nie płaszczy się, a do tego suwerenowi pyskuje. Że zasłużona dla kultury, że wybitna aktorka, że dzięki ciężkiej pracy odniosła spektakularny sukces, jakim było zbudowanie od podstaw  dwóch scen, które trwale wpisały się w krajobraz kulturalny Polski. Że społeczeństwo przez to duchowo zubożeje – chuj.

Oto jest sprawiedliwość. Oto zapowiadana „korekta” polityki kulturalnej.

Zatem, nauczcie się twórcy, że o PiS – tylko dobrze, albo wcale. Dopiero wtedy występujcie o publiczne (ministerialne) pieniądze. Weźcie przykład z wymienionych artystów kabaretowych, którzy jako jedni z niewielu stanowili wsparcie dla PiS-u przez tych osiem lat chudych. To oni byli krytykami Platformy, ich wypowiedzi przytaczały media „niepokorne”, to oni przyczynili się też do powrotu „prawowitej władzy” i teraz ją utrwalają.

Niestety, twórcy,  czasu nie cofniemy. Wy grzech zaniechania możecie jedynie odpokutować. 1. Zróbcie rachunek sumienia i szczerze odpowiedzcie sobie na pytanie „Czy Kaczyński wielkim człowiekiem jest? A jest wielkim, skoro zdrowa część narodu uczyniła zeń suwerena”. I dlaczego do tej pory swoją myślą, mową, uczynkiem lub zaniedbaniem grzeszyliście nie uznając tego oczywistego faktu. 2. Wyspowiadajcie się publicznie - złóżcie uczciwą samokrytykę, bo dzisiaj wam wszystkim „samokrytyka jest potrzebna jak powietrze, jak woda. (…) Chodzi o to, abyśmy z samokrytyki i krytyki waszych braków uczynili także formę wyrażania szerokiej opinii partii, szerokiej opinii narodu jako żywej i czujnej kontroli moralnej, której głosowi winni się uważnie przysłuchiwać cieszący się nawet największym autorytetem wodzowie, jeśli chcą zachować zaufanie partii (http://rcin.org.pl/Content/58359/WA248_73881_P-I-2524_wolowiec-dwuznacz_o.pdf). 3. Wyraźcie teraz szczerą skruchę i przyrzeknijcie poprawę wobec Przewodniej Siły Narodu.  4. Zadośćuczyńcie temu Bliźniemu i Bogu w tej jednej osobie oraz partii, której łono Go otacza.

I weźcie sobie przykład z „niepokornych” artystów i aktorów, jak należało i należy pracować, by zyskać szacunek władzy. Tej władzy.

 

2014

2015

2016


niedziela, 26 czerwca 2016
Sny o potędze

 

http://wyborcza.pl/magazyn/1,153011,20299233,glosowalem-na-platforme-palikota-korwina-i-razem-prawicowa.html#BoxGWImg

 

Proszę Pana, ja mam dla Pana odpowiedź, bo również zastanawiałem się jak możliwe jest to, że Polacy dali władzę Kaczyńskiemu, a teraz pozwalają odbierać sobie prawa obywatelskie, o które tak długo walczyli. Przecież absurdem mógłby się wydawać wzrost poparcia dla Zjednoczonej Prawicy (od 34% do 40%), gdy jak na dłoni widać wszystkie patologie, jakie niesie ze sobą Prawo i Sprawiedliwość z „koalicjantami”, ta żądna posad masa (żądna też władzy i pieniędzy). Te patologie mają wyraz we wszystkich ustawach, ale też sposobach ich wprowadzania (na kolanie, bez dyskusji), marginalizowaniu opozycji (patrz: debaty sejmowe, prace komisji, wypowiedzi prominentnych polityków – ze słowem-wytrychem „suweren”), lokowania „swoich” po synekurach, upolitycznianiu przedsiębiorstw skarbu państwa i urzędów (proszę zauważyć, że znikają z obiegu słowa „nepotyzm”, czy „kolesiostwo”, bo zjawiska te są tak powszechne i oczywiste; a przecież najmniejszy przejaw prywaty, nawet tej domniemanej,  w wydaniu poprzedniej koalicji był przez PiS nagłaśniany i piętnowany), czy bezczelnego wykorzystywania mediów publicznych do walki z opozycją, również tą pozaparlamentarną. Ustawa o służbie cywilnej, ustawa inwigilacyjna, ustawa medialna, ustawa „antyterrorystycznna”, ustawa o prokuraturze. Przecież przy każdej z nich ACTA to „pestka”.

Odpowiem Panu.

Po pierwsze: Brak elementarnej wiedzy czym jest państwo, jak działa, jakie są jego zadania, jak jest finansowane, skąd się biorą pieniądze w budżecie i na jakie cele są rozdysponowywane. Także jak działa wolny rynek, jaka jest różnica między gospodarką kapitalistyczną, a np. socjalizmem. Jak działa przedsiębiorstwo i skąd kapitalista czerpie zyski. Ale także jakie ponosi ryzyko i dlaczego czasem plajtuje. Nie sądzę, żeby w szkołach o tym uczyli, bo widzę jak masowa jest w dalszym ciągu niechęć do „geszefciarzy”, a zwłaszcza tych, którzy się wzbogacili.

Proszę wybaczyć, ale jest Pan doskonałym przykładem braku tej wiedzy, bo jak można jednym razem głosować na Korwina, a następnym razem na partię „Razem”. Przecież to są przeciwległe bieguny, ogień i woda. W każdym calu.

To także brak wiedzy o świecie, bo w dalszym ciągu spora część społeczeństwa nie była w Europie Zachodniej (wnioskuję to po „mapie” wyborczych preferencji, ale także z rozmów z mieszkańcami różnych regionów, analizowania tego, co mówią politycy lub jak prasa „niepokorna” manipuluje elektoratem, chociażby w kwestii emigrantów lub co mówi o „upadku cywilizacji” w Europie Zachodniej); im się wydaje, że wystarczy przekroczyć granicę na Odrze i Nysie, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie, gdzie „mleko i miód płynie”. Oczywiście migracja pokazuje, że opłaca się wyjechać „za chlebem”, żeby się czegoś dorobić w krótszym czasie niż w Polsce, ale z drugiej strony, standard życie w Polsce (ten przeciętny), nie jest tak odległy od tego średniego, zachodnioeuropejskiego. Czy ci malkontenci byli kiedyś na południu Włoch, w Sztokholmie, w Czechach, czy na prowincji francuskiej? A do tego nie pamiętamy, z jakiego dna startowaliśmy. Pamięć Polaka dobra, tyle że krótka. Stąd też się bierze grunt pod wszelkiego rodzaju populizmy.

Po drugie: Rozczarowanie własnym „statusem społecznym” i przeświadczeniem, że jak zmieni się władza, to te problemy znikną. Patrz punkt pierwszy.

Po trzecie: Marzycielstwo o potędze, takiej potędze na wzór sowiecki – „oby inni się nas bali”. Stąd te frazesy o niepodległości i suwerenności (których rzekomo było brak), o „wstawaniu z kolan” (to prawica ma akurat obolałe kolana od „klęczkowania” przed klerem), wycieranie sobie (faszystowskich często) gęb żołnierzami wyklętymi. Proszę zauważyć, że Putin ma 90% poparcie. Tego złodzieja i zbrodniarza popierają gołodupce, bo realizuje ich sen o potędze i mocarstwowości. To przeświadczenie, że jest się obywatelem mocarstwa, z którym „liczą się” wszyscy, wystarczy często, żeby zapomnieć w jakim chlewie i ubóstwie się żyje.  Niestety, jako naród, mamy mentalność sowietów, co PiS – świadomie lub nie – wykorzystuje.

 

sobota, 25 czerwca 2016
Weekendy z panem Zbyszkiem (4). Kronika RP wer. 4.0 / 4.1 z Widsteinem mniejszym w tle

 

 

 

 

 

Oto, co z III RP szczególnie  wryło się w pamięć Dawida Wildsteina, o czym poinformował niedawno świat za pomocą Twittera:


 

 

Ja pamiętam ministra sprawiedliwości, który publicznie, przed kamerami telewizji oskarżał lekarza o mordowanie pacjentów i formułował zarzuty, które później nie znalazły potwierdzenia w faktach. Pamiętam o wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który zarzucił polskim władzom naruszenie kilku artykułów konwencji praw człowieka, przede wszystkim zasady domniemania niewinności i prawa do rzetelnego procesu oraz zasądził wysokie odszkodowanie na rzecz „pokrzywdzonego” przez (resort) pana ministra. Ten sam minister i prokurator generalny – według doniesień medialnych uznanych przez sądy za wiarygodne - wydawał dyspozycje dotyczące „zbierania haków” na działaczy partii opozycyjnych (http://wpolityce.pl/polityka/185267-jak-pis-zbieral-haki-czyli-ziobro-procesuje-sie-z-polityka-swiadkiem-na-rozprawie-janusz-kaczmarek, http://wiadomosci.onet.pl/kraj/prokurator-marek-welna-kaczynski-kazal-zbierac-haki/y680b).  Pamiętam, że po ustąpieniu z urzędu temu ministrowi i prokuratorowi „uszkodził się” służbowy komputer, mechanicznie, w tak nietypowy sposób, że nie można było odtworzyć żadnych danych.

Zapamiętam, że tego amoralnego człowieka ponownie usadowiono na stanowisku ministra sprawiedliwości,  a także „skrojono” dla niego prawo (ustawa o prokuraturze), by poszerzyć mu możliwości działania, w tym środki do „ręcznego sterowania” resortem, ale także zmniejszyć odpowiedzialność jego i podległych mu prokuratorów – również materialną - w przypadku działań nieetycznych, godzących w czyjeś dobra osobiste, jak te „konferencje” medialne sprzed blisko dekady. Zapamiętam, że po objęciu stanowiska przez „tego człowieka” prokuratura wycofała apelację od wyroku uniewinniającego oficera ABW dowodzącego akcją zatrzymania Barbary Blidy
(http://wyborcza.pl/1,75398,20241404,koniec-sprawy-smierci-barbary-blidy-podczas-zatrzymania-przez.html#ixzz4CWZCxQ8U); mogę domniemywać: również po to, by w trakcie procesu nie wypłynęły nowe fakty mogące szkodzić ekipie „dobrej zmiany”, o niepotrzebnym szumie medialnym nie wspominając. Będę pamiętał o degradacji prokuratorów, którzy nie dość dobrze przysłużyli się PiS-owi, także o likwidacji prokuratury wojskowej, co prawdopodobnie ma związek ze śledztwem smoleńskim, a które nie wykazało, żeby doszło do zamachu na prezydenta. Zapamiętam atencję, z jaką minister próbuje dyskredytować sędziów Trybunału Konstytucyjnego i jak szczuje społeczeństwo na niezależne sądownictwo.

Zapamiętam, że żona pana ministra w ramach „dobrej zmiany” trafia (podobno) na stanowisko dyrektorskie w towarzystwie ubezpieczeniowym, w którym partia władzy uzyskała wpływy (http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/patrycja-kotecka-zona-ziobry-ma-nowa-prace-gdzie-bedzie-dyrektorem-marketingu_794717.html).

Zapamiętam wiceministra sprawiedliwości, który próbował, wykorzystując sejmowa mównicę, zniszczyć polityka opozycji, oskarżając go publicznie o prowadzenie agencji towarzyskiej.

Będę pamiętał o dziennikarzach, zwłaszcza tych „marcowych”, którzy nie zająknęli się słowem na te tematy.

Pamiętam o agentach CBA, którzy kiedyś nie cofnęli się ani przed preparowaniem dowodów i „podrzucaniem” łapówek (sprawa Wydawnictw Naukowo – Technicznych), ani przed skrajną podłością, jaką było wykorzystanie sfery uczuć, by nakłonić kogoś do przestępstwa. O agentach owych służb wypowiedział się niezawisły sąd w wielostronicowym „referacie”, uzasadniając kary bezwzględnego pozbawienia wolności. Zapamiętam Prezydenta RP, który przed wyrokiem sądu II instancji ich uniewinnił, by „karalność” lub sprawy karne w toku nie były  przeszkodą do powrotu do służby na jeszcze bardziej eksponowanych stanowiskach (główny oskarżony został ministrem – członkiem Rady Ministrów, Koordynatorem służb specjalnych). Zapamiętam zmiany prawa dokonywane przez partię władzy, które poniekąd legalizują działania, za które sąd skazał na więzienie rzeczonych „agentów” („owoc zatrutego drzewa”, czyli zdobywanie i dopuszczenie dowodów zebranych w sposób nielegalny lub nieuczciwy). Zapamiętam sposób w jaki Prawo i Sprawiedliwość „pozbyło się” przed upływem kadencji szefa CBA (z nominacji PO), uchodzącego za niezależnego fachowca, by na to stanowisko ponownie wprowadzić swojego człowieka, wiceszefa w czasach, gdy Biuro okryło się niesławą.

I zapamiętam dziennikarzy „dobrej zmiany”, którzy zatajali fakty przed opinią publiczną lub dokonywali manipulacji, wybielając kryminalistów z CBA i zarzucając sądowi stronniczość i służalstwo. Zapamiętam jaką zapłatę ci dziennikarze i ich wydawcy uzyskali i uzyskują. Chętnie obejrzę Wasze PIT-y z roku 2016 i porównam je z tymi sprzed „dobrej zmiany”.

Pamiętam o szefie ABW w czasach, gdy PiS po raz pierwszy sięgnęło władzy i opinię jaka wówczas się za mim ciągnęła – słuszną lub nie - dotyczącą dyspozycyjności oraz karierę, jaką robił w IV RP. Pamiętam jego udział w nagonce na polityk opozycji, która ostatecznie targnęła się na życie, gdy agenci podległej mu służby próbowali  polityk aresztować (zresztą w towarzystwie  kamery; materiał filmowy miał być – zapewne podobnie jak w przypadku sprawy doktora G. – pokazany publiczności telewizyjnej: http://wyborcza.pl/1,75398,20241404,koniec-sprawy-smierci-barbary-blidy-podczas-zatrzymania-przez.html#ixzz4CWZCxQ8U). Pamiętam tego człowieka, gdy pozował do fotografii z tandetną i chamską koszulką „G..a nie czytam” http://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2011/09/pis-6-z.jpg), która – byłego szefa ABW , a przyszłego posła z listy PiS (2011) – zwyczajnie kompromituje. Pamiętam, gdy aplikował na stanowisko prokuratora generalnego (?), a na pytanie w ramach „obywatelskiego monitoringu kandydatów na stanowisko prokuratora generalnego” prowadzonego przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, w trakcie publicznego przesłuchania (grudzień 2009, a więc już po śmierci Barbary Blidy): „Co uważa Pan za największe zagrożenie dla ochrony konstytucyjnych praw i wolności jednostki i obywatela w Polsce?” odpowiedział: „„Upartyjnienie instytucji państwa.” (http://www.hfhr.org.pl/prokurator/index.php?option=com_content&view=article&id=65&Itemid=48), co tylko potwierdza opinię wyrażoną w pierwszym zdaniu.

Zapamiętam, że ten „umoczony” człowiek, został prokuratorem krajowym oraz pierwszym zastępcą prokuratora generalnego.

Pamiętam o byłym wiceszefie CBA, którego pasją było podsłuchiwanie rozmów „on line”, a który w resorcie zyskał przydomek „gumowe ucho” za sprawą z górą 6.000 podsłuchów, które osobiście prowadził (http://www.newsweek.pl/wasik-gumowe-ucho--podsluchiwal-ponad-6-2-tys--razy,80437,1,1.html). Jeśli mowa o podsłuchach, to warto pamiętać, że CBA i ABW za czasów rządów PiS podsłuchiwało Monikę Olejnik i innych dziennikarzy. Jak peerelowska SB, czyli „kontrolnie” (http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/457083,cba-abw-za-czasow-rzadow-pis-podsluchiwalo-monike-olejnik-i-innych-dziennikarzy-jak-sb-kontrolnie.html), o czym medialni piewcy „dobrej zmiany” pamiętać nie chcą.

Zapamiętam, że pan „gumowe ucho” w listopadzie 2015 został powołany na sekretarza stanu w KPRM.

Pamiętam media  z czasów stanu wojennego, które próbowały zohydzać społeczeństwu opozycję i lidera „Solidarności”, wykorzystując do tego prowokacje preparowane na zamówienie komunistycznej władzy przez „służbę bezpieczeństwa”. Pamiętam telewizyjne „ustawki”, gdy przedstawiciele „zdrowej części społeczeństwa” potępiali warcholstwo „antysocjalistycznej”, „solidarnościowej” ekstremy. Pamiętam o osławionej instytucji z siedzibą przy ulicy Mysiej 3 w stołecznym mieście Warszawie, która nosiła nazwę „Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk”. Pamiętam o „weryfikacji” dziennikarzy po wprowadzeniu stanu wojennego.

Zapamiętam, że standardy manipulacji i podłości z lat 80-tych wróciły do mediów państwowych, a „niepokorni” (do niedawna) dziennikarze - dziś często na garnuszku i pasku nowej władzy - podsuwają społeczeństwu owe sfabrykowane materiały, odzierając z godności lidera antykomunistycznej opozycji oraz tych wszystkich, którzy się za nim wstawiają, robiąc z nich złodziei, ubeków, komunistycznych kolaborantów, tajnych współpracowników, czy beneficjentów zmian okrągłostołowych, czyli „rozkradania Polski”. Będę pamiętał dziennikarzy, którzy „ubeckimi metodami” dyskredytują dzisiejszą opozycję, wykorzystując niechlubne karty historii ich przodków, pomniejszając ich zasługi dla Polski i demokracji, manipulując życiorysami, czy wręcz ordynarnie kłamią, a przy tym rozgrzeszają „utrwalaczy władzy ludowej”: PZPR-owskich aparatczyków, niegdysiejszych konformistów i oportunistów, politycznych karierowiczów lub nawet prokuratorów stanu wojennego, którzy dziś opowiadają się za PiS-em. Będę pamiętał zagarnięte przez PiS media, z których zwalnia się dziennikarzy i wydawców za sympatie polityczne, za niedostateczną krytykę poprzedniego systemu lub za każdą wyartykułowaną wątpliwość w sens, logikę lub uczciwość poczynań nowej władzy. Zapamiętam cenzurę, jaką do publicznych mediów wprowadza Zjednoczona Prawica. Także zapamiętam hieny dziennikarskie, które tak chętnie rozsiadły się w ciepłych jeszcze fotelach.  Zapamiętam pismaków, którzy świadomi swoich niskich kwalifikacji zajęli miejsca profesjonalistów usuwanych ze stanowisk z przyczyn politycznych.

Pamiętam prezydenta, który po ogłoszeniu wyniku wyborczego, bratu - partyjnemu liderowi zameldował „wykonanie zadania”, a który - wbrew obietnicom – zamiast integrować dzielił społeczeństwo. Zapamiętałem prezydenta, który wbrew prawu i zdrowemu rozsądkowi „zaprosił” na pokład Tupolewa szefa Sztabu Generalnego oraz czterech dowódców sił zbrojnych. Ten prezydent u schyłku swojej kariery miał poparcie mniejsze niż 20%.  które było odzwierciedleniem autentycznego rozczarowania społeczeństwa  (http://www.newsweek.pl/poparcie-dla-pis-spada-w-sondazach,56006,1,1.html), a które tuby propagandowe próbowały uzasadnić jakąś wyimaginowaną „kampanią nienawiści” (o przykłady poproszę), zaś z postaci miernego polityka zrobić wybitnego męża stanu. Te tuby od lat sieją zamęt, próbując wbrew faktom, wmówić społeczeństwu, że katastrofa lotnicza była zamachem przy aktywnym udziale polskiego rządu.

Pamiętam polityków dzisiejszej partii rządzącej, którzy nie tak dawno gardzili regułami demokracji, które zepchnęły ją na wiele lat do pozycji mniejszości parlamentarnej. Którzy próbowali odbierać legitymację legalnie wybranej większości, rządowi, prezydentowi, czy konkurencyjnym ugrupowaniom w samorządach lokalnych. Którzy zarzucali poprzednikom manipulację sondażami i fałszerstwa wyborcze, gdy wyniki nie były po ich stronie. Wówczas nazywali publicznie prezydenta „maestrem świniowatości”, „patologią holistyczną”, „prostakiem we własnej osobie” (http://niezalezna.pl/64899-ikona-politycznego-obciachu), zaś lider ugrupowania, który przegrał walkę o fotel prezydencki obstawał, że jego kontrkandydat „został wybrany przez nieporozumienie” i sugerował jego związek z katastrofą smoleńską. Pamiętam, jak niegdysiejsza opozycja domagała się od rządzących poszanowania prawa i dobrego obyczaju sejmowego, jednocześnie będąc dla państwa obstrukcją, między innymi bojkotując tak ważne dla bezpieczeństwa Polski instytucje jak BBN. Nie przypominam sobie, żeby przez poprzednie 8 lat ograniczano dostęp Prawa i Sprawiedliwości do mównicy sejmowej, czy eliminowano opozycję z debat nad ustawami. Nie przypominam sobie, żeby ograniczano udział opozycji w programach publicystycznych, czy to na antenach mediów publicznych, czy w stacjach komercyjnych, zachowując duży umiar w propagandzie na rzecz większości. Pamiętam, że to opozycja demonstracyjnie bojkotowała zbyt krytyczne wobec swoich poczynań stacje telewizyjne i tytuły prasowe. Nie przypominam sobie, żeby państwo angażowało zależne od władzy media do glanowania opozycji, również tej pozaparlamentarnej. Nie pamiętam, aby zmieniano prawo w takim zakresie, żeby utrwalać swoją władzę na lata, czy też poprzez masowe korekty przepisów umożliwiać konkretnym osobom – partyjnym działaczom i sympatykom - zajmowanie stanowisk urzędniczych.

Pamiętam publicystów, mieniących się „niezależnymi”, którzy przeciwników ideologicznych nazywali „mętnym nurtem”, zarzucając im – wbrew faktom – lizusostwo, sprzedajność i merkantylizm. Dziennikarzy, którzy ze słowem „prawda” na ustach systematycznie i metodycznie, posługując się łgarstwem i manipulacją nakręcali spiralę niechęci wobec politycznej większości lub też otwarcie „hejtowali” legalnie wybrane władze, stojąc murem przy ówczesnej opozycji i stając się jej formalnym zapleczem medialnym (wystarczy sięgnąć do archiwów mediów „niezależnych”). Pamiętam publicystów, którym tragedia smoleńska umożliwiła powrót do życia zawodowego lub zapoczątkowała start w branży. Pamiętam te wszystkie manipulacje medialne mające dowieść teorii zamachu i poniżanie profesjonalistów, którzy z tą tezą się nie zgadzali. Pamiętam jak wprost obciążano premiera za spreparowanie zamachu.

Zapamiętam prezydenta - oszusta, który w trakcie kampanii gwarantował, że nie będzie „pisarczykiem”, ale niezależnym politykiem, reprezentującym wszystkich Polaków, niezależnie od ich poglądów, który przysięgał „Narodowi Polskiemu, że postanowieniom Konstytucji wierności dochowa, będzie strzegł niezłomnie godności Narodu, suwerenności i bezpieczeństwa państwa, że dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla niego zawsze najwyższym nakazem”, a okazał się być politykiem mikrego formatu, aparatczykiem, marionetką w rękach lidera partyjnego. Którego mógłby zastąpić automat do podpisywania ustaw i wygłaszania okazjonalnych przemówień. Który opozycję, razem z jej autorytetami, sprowadza do pozycji cwaniaków i złodziei, którzy jedynie chcą powrotu do koryta, bo dotychczas ojczyznę traktowali jak dojną krowę („Ojczyznę dojną racz im zwrócić panie”). Który za nic ma postanowienia konstytucji i wyroki sądów. Który bierze aktywny udział w psuciu demokracji i niszczeniu dorobku państwa i demontażu jego instytucji. Który legitymizuje starapię, w którą przepoczwarza się Rzeczpospolita.

Zapamiętam tę większość parlamentarną, która dzisiaj o sobie mówi, że jest „suwerenem”, że ma mandat narodu, który uprawnia ją do wprowadzania nieograniczonych zmian w ustawodawstwie, bez oglądania się na opozycje parlamentarną lub obywateli, którzy nie mają swojej reprezentacji w sejmie. Zapamiętam partię, która zmienia prawo tylko po to, by na eksponowane stanowiska urzędnicze wsadzać „swoich” ludzi, nie zważając na ich kompetencje, wykształcenie, doświadczenie (ustawa o służbie cywilnej, ustawa o IPN). Partię, która bez oglądania się na konsekwencje gospodarcze zmienia kierownictwa spółek z większościowym skarbu państwa, traktując stanowiska jako synekury lub strefy wpływów politycznych. Która zasłużonych działaczy partyjnych bez cienia zażenowania rozmieszcza po różnych podległych instytucjach. Która z mediów publicznych zrobiła płatną dziwkę. Która gratyfikuje tytuły prasowe udzielające jej bezkrytycznego wsparcia (płatne reklamy, kryptoreklama w mediach publicznych) i utrudniając funkcjonowanie prasie, która tego nie robi. Która odrzuca możliwość dialogu z mniejszością, która uniemożliwia aktywny udział opozycji w debacie sejmowej lub pracach w komisjach parlamentarnych. Która wbrew wieloletnim obyczajom ograniczyła udział opozycji w prezydium sejmu, zapewniając sobie w tym ciele większość głosów. Która za nic ma wyroki Trybunału Konstytucyjnego, opinie autorytetów i środowisk prawniczych, czy krytykę płynącą z Unii Europejskiej i organizacji społecznych stojących w obronie praw człowieka i obywatela. Która zaczyna realizować plan vendetty swojego lidera.  

Zapamiętam pismaków, którzy nazwali się „niezależnymi”, „niepokornymi”, zaciętych krytyków władzy gdy u steru była partia, której byli przeciwnikami. Tych, którzy teraz z równą atencją, ale już za konkretne pieniądze i inne profity,  opluwają opozycję i są piewcami nowej władzy. Zapamiętam publicystów, którzy podjudzają partię, której się wysługują , żeby uderzyła w ich konkurentów biznesowych. Którzy podpowiadają władzy jak udupić media, które nadal są niezależne (postulat zakazu koncentracji kapitału obcego w polskich tytułach prasowych).     Którzy bez cienia wątpliwości popierają ograniczanie praw obywatelskich i wolności słowa (ustawa „antyterrorystyczna”). Zapamiętam Was, których ksiądz Sowa trafnie  zdefiniował jako „dziennikarskie gnidy”.

Archiwum: Do przyjaciół Moskali

 

piątek, 24 czerwca 2016
wtorek, 21 czerwca 2016
Polska. Prywatny folwark PiS-u

 

 

Wczoraj media poinformowały o wykorzystaniu policyjnego śmigłowca do przetransportowania Jarosława Kaczyńskiego z Pomorza, gdzie odbyły się uroczystości związane z uruchomieniem gazoportu,  do Krakowa, gdzie prezes PiS odwiedził na Wawelu grób brata. Decyzję o przelocie podjął aktualny szef MSWiA Mariusz Błaszczak. Kaczyński ma przekazać, tytułem rekompensaty kosztów, jakąś bliżej nieokreśloną kwotę, określoną jako „równowartość kosztu przelotu samolotem” na konto fundacji pomocy wdowom i dzieciom poległych policjantów.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114871,20274477,kaczynski-polecial-do-krakowa-policyjnym-smiglowcem-zaplaci.html#BoxNewsLink

W czym problem?

Po pierwsze, koszt wykorzystania śmigłowca może wynieść nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, co w żadnym stopniu nie odpowiada kosztowi zakupu biletu lotniczego, nawet w klasie biznes.

Po drugie, koszt poniósł budżet państwa i to roszczenie budżetu państwa powinno być zaspokojone, a nie jakiejś fundacji).

Po trzecie, jest prawdopodobne, że popełniono przestępstwo polegające na bezprawnym użyciu mienia policyjnego, co m.in. spowodowało stratę dla budżetu państwa w wysokości, jak się szacuje, kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy złotych (rzeczywisty koszt przelotu). Jarosław Kaczyński jest w ujęciu prawa zwykłym posłem, który może bezpłatnie podróżować w kraju dowolnym środkiem komunikacji publicznej, co reguluje art. 43. Ustawy z dnia 9 maja 1996 r. o wykonywaniu mandatu posła i senatora (1. Poseł i senator ma prawo, na terenie kraju, do bezpłatnego przejazdu środkami publicznego transportu zbiorowego oraz przelotów w krajowym przewozie lotniczym, a także do bezpłatnych przejazdów środkami publicznej komunikacji miejskiej. 2. Minister właściwy do spraw transportu, po zasięgnięciu opinii Prezydium Sejmu i Prezydium Senatu, określa, w drodze rozporządzenia, tryb korzystania z uprawnień, o których mowa w ust. 1, z wyłączeniem przejazdów publicznymi środkami komunikacji miejskiej). Nie ma prawa korzystać, jeśli nie jest to uzasadnione, z bezpłatnego transportu lotniczego - wojskowego lub policyjnego, do którego są uprawnieni np. prezydent lub premier. Prywatną podróż na uroczystość rodzinną posła Jarosława Kaczyńskiego nie jest okolicznością, która uzasadniałaby użycie takiego środka transportu. Zostały do tego celu wykorzystany – na polecenie ministra Mariusza Błaszczaka – policyjny śmigłowiec wraz z obsługą. Zachodzi więc podejrzenie popełnienia przez szefa MSWiA przestępstwa polegającego na wyrządzeniu szkody skarbowi państwa w wysokości rzeczywistego kosztu przelotu oraz na nieuprawnionym wykorzystaniu mienia policyjnego.

Amen.

poniedziałek, 20 czerwca 2016
Fik(sa)cja historyczna albo pomnik kartofla

 

 

 

Lech Kaczyński doczekał się kolejnego kamienia nagrobnego: terminal LNG w Świnoujściu, zwany potocznie gazoportem, dostał imię byłego prezydenta, który rzekomo miał być inicjatorem jego powstania.  W ten sposób PiS wszelkie zasługi związane z budową i uruchomieniem gazoportu chce przypisać swojej formacji, a niepowodzenia - jak chociażby opóźnienia w oddaniu do użytkowania – poprzedniej ekipie. Uroczystość oddania terminala do użytku zaszczycili - obok Jarosława Kaczyńskiego – między innymi prezydent andrzej duda i premier Beata Szydło.

Prezes PiS tuż przed odsłonięciem pamiątkowej tablicy powiedział:

Można zapytać, czy to przypadek, że nadanie imienia Lecha Kaczyńskiego dotyczy akurat gazoportu. To z całą pewnością nie przypadek. Lech Kaczyński zadał sobie pytanie, które postawił w XIX w. wielki polski poeta: "Polska, ale jaka?". Mój śp. brat odpowiedział, że Polska musi być państwem suwerennym, bezpiecznym, podmiotowym. Tym kierował się w polityce wewnętrznej i zewnętrznej. Zagadnieniem, któremu poświęcił wiele wysiłków, było bezpieczeństwo energetyczne. Lech Kaczyński podejmował bardzo wiele przedsięwzięć politycznych, gospodarczych, które miały poprawić to bezpieczeństwo. Jednym z nich była budowa gazoportu.  Ale sprawy energetyczne były dla Lecha Kaczyńskiego przesłanką do podejmowania innych inicjatyw, tych, które dotyczą polskiego statusu i pozycji. [...] Polityka, którą prowadził, była konsekwentną całością. Minie dużo czasu, a ten gazoport będzie trwał i będzie służył Polsce. Będzie przypominał, że Polska miała prezydenta, który jako pierwszy z prezydentów po 1989 r. nie miał powiązań z poprzednim systemem. Warto, by ta pamięć była utrwalana tak jak dzisiaj.

(http://niezalezna.pl/82067-jaroslaw-kaczynski-ten-gazoport-bedzie-trwal-i-przypominal-o-lechu-kaczynskim)

W mediach prawicowych pojawił się „przekaz dnia”, jakoby to terminal gazowy był wyłącznie zasługą środowisk związanych z Prawem i Sprawiedliwością: „Śp. Lech Kaczyński: Inicjator gazowej niezależności od Rosji” – to tytuł z portalu Fronda.pl.  Z artykułu można się dowiedzieć, że „prezydent Lech Kaczyński był inicjatorem tej inwestycji, już bowiem w 2006 roku zwrócił się do ówczesnego rządu Prawa i Sprawiedliwości o umieszczenie na liście inwestycji strategicznych budowy gazoportu, który umożliwi Polsce dostęp do coraz bardziej wtedy popularnego gazu skroplonego, a to z kolei stanie się początkiem rzeczywistej dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego do naszego kraju” (http://www.fronda.pl/a/sp-lech-kaczynski-inicjator-gazowej-niezaleznosci-od-rosji,73576.html).

Na portalu Gazety Polskiej Codziennie można z kolei wyczytać, iż (terminal) „będzie nosił imię Lecha Kaczyńskiego, politycznego inicjatora budowy, który będąc jeszcze kandydatem na prezydenta RP w 2005 r., publicznie zapowiedział, że w programie jego przyszłej prezydentury będzie wsparcie dla budowy gazoportu. Od 2006 r. opowiadał się za jak najszybszym uruchomieniem terminalu. Patronował również innym projektom uniezależniającym Polskę od rosyjskich dostaw gazu ziemnego i ropy naftowej. 
Wymienić tu należy projekty podmorskich gazociągów z Norwegii i Danii oraz wsparcie dla nowych projektów zwiększających wydobycie gazu ziemnego w Polsce. W 2006 r. prezydent Kaczyński zapoczątkował w Krakowie współpracę prezydentów Polski, Litwy, Ukrainy, Gruzji i Azerbejdżanu (tzw. Inicjatywę Krakowską) na rzecz budowy rurociągu naftowego Odessa–Brody–Płock–Gdańsk w ramach Euroazjatyckiego Korytarza Transportu Ropy”.

http://gpcodziennie.pl/51770-gazoportbedzienosilimielechakaczynskiego.html

W ten sposób z miernego prezydenta próbuje się zrobić genialnego wizjonera, architekta, czy wręcz demiurga, a nadanie uruchomionej inwestycji jego imienia ma wzmocnić ten mit. Tak Prawo i Sprawiedliwość próbują pisać historię na nową, przypisując cudze zasługi swoim ludziom. Niegodne to i niesprawiedliwe.

Lech Kaczyński został prezydentem  23 grudnia 2005, tymczasem w internecie znalazłem oficjalny dokument - analizę Biura Bezpieczeństwa Narodowego, że „decyzja o rozpatrzeniu możliwości budowy portu gazowego zapadła na posiedzeniu rządu Leszka Millera 3 stycznia 2005”. Rząd Millera chciał naprawić niechlubną decyzję o zerwaniu kontraktu gazowego z Norwegami, zdając sobie sprawę, że konieczna jest dywersyfikacja kierunków dostaw gazu, zaś „przyczyną takich rozważań było i jest duże uzależnienie od jednego eksportera (Rosji) oraz możliwość użycia przez ten kraj szantażu gospodarczego” (https://www.bbn.gov.pl/download/1/944/nierap9terminaleskroplonegogazu.pdf).

Zatem Lech Kaczyński był raptem kontynuatorem tej idei, a nie „politycznym inicjatorem”. Niezaprzeczalnym faktem jest, że pierwsze decyzje o budowie podjęła ekipa Leszka Millera, która wcześniej uzależniła Polskę od dostaw z Rosji, szukając w pośpiechu alternatywy dla gazu z Rosji (osoby odpowiedzialne za skazanie Polski na rosyjski monopol z ówczesnym premierem na czele powinny były stanąć przed Trybunałem Stanu).

Tak więc konieczność poszukiwania nowych dróg zaopatrzenia w gaz skłaniała kolejne ekipy rządzące najpierw do analizowania potencjalnych możliwości, a następnie wyboru optymalnego rozwiązania i wdrażania go w życie. Największy ciężar oczywiście spoczywał na tych, którzy terminal gazowy wybudowali, czyli ideę zmaterializowali.

 

P.S.

Historia z gazem ziemnym wygląda następująco. We wrześniu 2001, czyli za rządu Jerzego Buzka, pomiędzy PGNiG a konsorcjum norweskich firm został podpisany kontrakt na dostawę 74 mld metrów sześciennych gazu ziemnego z Norwegii do Polski w latach 2008-2024. Umowa ta została zawarta w celu dywersyfikacji źródeł dostaw gazu do Polski. Podpisanie kontraktu krytykowała ówczesna opozycja - SLD. Rząd Leszka Millera w 2003 r. doprowadził do zerwania kontraktu.

http://forum.gazeta.pl/forum/w,28,213641,213641,Umowa_o_dostawach_gazu_z_Norwegii_podpisana_.html

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Miller-o-umowie-o-dostawach-norweskiego-gazu-do-Polski,wid,8138946,wiadomosc.html?ticaid=117390

 

***

 

W Bundestagu, 31 maja 2016, została otwarta wystawa „Polacy i Niemcy. Historie dialogu”. Przygotowana z okazji 25. rocznicy podpisania przez Polskę i Niemcy „Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” wystawa ma pokazać „skomplikowane relacje polsko-niemieckie od wybuchu II wojny światowej do dzisiaj”.

http://muzhp.pl/pl/c/1693/-wystawa-mhp-polacy-i-niemcy-historie-dialogu-w-berlinie

Wystawa przeszłaby bez echa, gdyby nie to, że niejaki Hartmut Koschyk, pełnomocnik rządu Niemiec ds. mniejszości narodowych zwrócił uwagę na fakt całkowitego pominięcia Lecha Wałęsy i zmarginalizowania ruchu Solidarność w wystawie. Jego zdaniem istotną luką jest brak wzmianki o Okrągłym Stole w Polsce, który stał się wzorem dla wschodnioniemieckiej opozycji.

Część uczestników zwracała już podczas uroczystości otwarcia uwagę na brak w ekspozycji jakiejkolwiek wzmianki o Wałęsie. „Trochę się dziwię, że na wystawie brak naszego idola Lecha Wałęsy” - powiedział były wschodnioniemiecki opozycjonista Roland Jahn. Obecny szef Urzędu ds. akt Stasi był skazany w 1982 roku na karę więzienia za propagowanie Solidarności w NRD.

Dyrektor Muzeum Historii Polski Robert Kostro powiedział wówczas PAP: „To nie był świadomy wybór, dobieraliśmy (osoby) pod kątem rzeczywistej roli w stosunkach polsko-niemieckich". Jak zapewnił, wystawa nie została przygotowana "pod taką czy inną linię polityczną". "Jeżeli Wałęsy brakuje, to tylko dlatego, że nie odegrał on istotnej roli w tych relacjach" - powiedział szef MHP.

http://dzieje.pl/aktualnosci/przedstawiciel-niemieckiego-rzadu-krytykuje-polsko-niemiecka-wystawe

Trafny komentarz Stanisława Tyma w cotygodniowym felietonie w „Polityce”:

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1664856,1,nasze-ajnsztajny.read


 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl