RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Zapachniało gnojowicą, gdy „Newsweek” podał, że ex-bramkarz Jan Tomaszewski, a aktualnie poseł-elekt PiS, był konsultantem służby bezpieczeństwa od roku 1986. Sam Tomaszewski temu zaprzecza, a prawicowi internauci dają mu wiarę i bronią go z takim samym zapałem, z jakim poniżają „agenta Bolka” (mimo tego, że sąd lustracyjny oczyścił Wałęsę z zarzutu jakoby donosił jako TW Bolek). Nie przeszkadza im, że Tomaszewski był członkiem Patriotycznej Rady Odrodzenia Narodowego. Tomaszewski tak usprawiedliwiał swój udział w PRON-ie: „W trakcie stanu wojennego byłem w Hiszpanii i widziałem te wszystkie mapki z Ruskimi. Poparłem stan wojenny, uważałem, że to nasza jedyna szansa. Alternatywa przed rzezią. Do PRON-u wstąpiłem świadomie wiedząc, że stracę na popularności. (…) Dzięki socjalizmowi stałem się piłkarzem światowego formatu, więc nie mogłem powiedzieć: pieprzę socjalizm. Cały czas mi to wypominają, ale ja nigdy nie byłem w żadnej partii, ani w PZPR, ani w Solidarności.” Wychodzi z tego prawicowego neofity jakiś obrzydliwy oportunizm: nigdzie nie działał, nikogo (oprócz Jaruzelskiego) nie poparł, nikomu nie podpadł. A wszystko, jak mawiał major Sykut, dzięki partii i Związkowi Radzieckiemu. Dla młodych, którzy nie pamiętają: Patriotyczna Rada Odrodzenia Narodowego, to była taka niby-społeczna organizacja założona przez ubeków, po to by wspierać Jaruzelskiego po wprowadzeniu stanu wojennego. Trudno się Tomaszewskiemu z tego faktu wykpić, bo o ile TW można było faktycznie zostać nieświadomie lub w wyniku szantażu, o tyle członkiem PRON-u zostawało się świadomie i bez przymusu. PRON indoktrynował, wciskał sowiecką propagandę, próbował uzasadniać i legitymizować wprowadzenie stanu wojennego, więc ludzie, którzy go współtworzyli - sługusy Jaruzelskiego i Kiszczaka - powinni zniknąć z mediów, z polityki, z jakichkolwiek eksponowanych stanowisk raz na zawsze. Jedni kolaborowali, inni w tym czasie kiblowali. Podczas gdy ci drudzy na ogół milczą o swoim patriotyzmie i nie obnoszą się ze swoim męczeństwem, ci pierwsi nazywają siebie prawdziwymi patriotami, a za męczeństwo poczytują sobie nawet krytykę prasową.

niedziela, 30 października 2011

Gdy chodziłem na lekcje religii, a było to w czasach „głębokiej komuny”, ksiądz wprowadził rozróżnienie: kościół jako budynek, do którego wierni przychodzą się modlić i Kościół (z dużej litery) „zbudowany z ludzi” (to pamiętam do dziś, mimo, że upłynęły blisko 4 dekady). Ten drugi „kościół” był istotą naszej wspólnoty, bo to ludzie są (a przynajmniej powinni być) ważniejsi niż przedmioty. Z lekcji religii wyniosłem wiedzę o sumieniu, tym wewnętrznym głosie, który każe być uczciwym i surowym w stosunku do siebie samego, który narzuca obiektywizm ocen i podpowiada nam jak powinniśmy postąpić, gdy nie ma w tym względzie jednoznacznych zewnętrznych nakazów lub zakazów. Lekcje religii w tamtych czasach były dobrowolne, odbywały się w salkach katechetycznych przy kościele, a katecheta utrzymywał się z datków wiernych. Można by rzec, że praktyka religijna była uciążliwa i wymagała poświęceń. Z opowieści słyszeliśmy, że dla naszych dziadków religia była obowiązkowym przedmiotem. Tylko z filmów historycznych wiedzieliśmy, że krzyż wisiał w różnych urzędach (widać, że dla naszych przodków nie było to na tyle istotne, by o tym w ogóle wspominać). Czy „za komuny” ludzie byli bardziej religijni niż teraz? Przypominam sobie często tę dwuznaczną frazę z Karola Marksa: religia jako opium ludu (Opium des Volkes), religia zbiór złudzeń mających na celu uśmierzenie cierpienia. Dwuznaczne, gdyż owo opium może uśmierzyć ból, ale może też otumanić (bolszewicy pozbawili to pojęcie dwuznaczności przerabiając je na  „Religia jest opium dla  ludu”, czyli uważali, że celem religii i kościołów wyłącznie ogłupienie mas). Czyż nie jest chichotem historii to, że dzisiaj, gdy państwo wprowadziło lekcje religii do szkół, jako „pełnowartościowy” przedmiot i wynagradza za jego prowadzenie katechetów, gdy ocena z religii liczy się do średniej, gdy krzyż na powrót wprowadzono do wielu instytucji i urzędów, gdy autorytety kościelne oceniają polityków na okoliczność zgodności ich poglądów z nauką kościoła, coraz mniej ludzi deklaruje się jako „praktykujący katolicy”?  Nie jest to wyłącznie sprawa konsumeryzmu (trzydzieści lat temu nastolatki były równie puste i głupie jak te nam współczesne) i względnego dobrobytu (chociaż teza Marksa przynajmniej częściowo się tu potwierdza: nie ma ucisku i ubóstwa, przynajmniej tak skrajnego jak kiedyś, religia staje się - jako ten środek uśmierzający - zbyteczna). W większym stopniu jest to efekt działania kleru, który pokazuje jak ma niewiele wspólnego z dziesięcioma przykazaniami. Bo jak mieć zaufanie do kogoś, kto mówi o nieograniczonym Bożym miłosierdziu, a sam zieje nienawiścią do tych, którzy mają inny światopogląd? Jak ufać komuś, kto sam opływa w luksusach i równocześnie gani „galopujący konsumeryzm” i „pogoń za pieniądzem”?  Jak wierzyć komuś, kto mówi o wybaczaniu, a sam bezustannie przypomina o grzechach z odległej przeszłości – tych rzeczywistych i tych wyimaginowanych? Jak wierzyć komuś, kto każe odwoływać się do sumienia, a sam postępuje tak, że budzi naszą odrazę i niesmak? Jak darzyć szacunkiem kogoś, kto mówi o przykazaniu miłości bliźniego („będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego”), a sam firmuje marsze faszystowskie? Jak długo twarzami kościoła będą Rydzyk, Głódź i Isakowicz-Zaleski, tak długo będzie następował rozkład tej instytucji.

czwartek, 27 października 2011

"Palikot może zyskiwać głosy niezadowolonych i współrządzić z Donaldem Tuskiem, niszcząc tysiącletnie dziedzictwo Polski chrześcijańskiej" mówi w TVP Ziobro. Komuchy też wycierali sobie gębę tysiącletnią historią polskiej państwowości, a "Chrztu Polski" wcale nie usuwali z podręczników historii. Mówi też Ziobro, że walczył "jako minister o bezpieczeństwo Polaków". Tak samo, jak Urząd Bezpieczeństwa walczył. Gdy rozum śpi ....

Trzy tysiące internautów (w kraju, gdzie z internetu korzysta kilkanaście milionów osób) podpisało protest przeciwko sprzedaży przez "Empik" książki Kazimiery Szczuki, zarzucając jej "promocję aborcji". Emipk pod presją internautów się ugiął przenosząc książkę do działu z literaturą dla dorosłych. "Duża książka o aborcji" stanowi część adresowanej głównie do uczniów i ich rodziców serii "Bez tabu" (ukazały się w niej już m.in. pozycje o homofobii, rasizmie, ateizmie, demokracji i feminizmie oraz książki o fizjologii). No cóż, bardzo dobra reklama książki - żadna agencja nie zrobiłaby tak dobrej i taniej promocji, jak moherowi internauci. I bardzo dobra antyreklama Emkipu.

sobota, 22 października 2011

Z bloga wybitnego naukowca: "Szacuje się, że liczba Polaków udzielających pomocy Żydom może sięgać do 300 tysięcy osób, a ja osobiście uważam, iż może przekroczyć nawet 1 mln osób." Tak pisze prof. Jan Żaryn. Za kilka lat okaże się pewnie, że liczba Polaków pomagająca Żydom w czasie II wojny światowej będzie większa niż liczba Polaków. Brawo profesorze! Właśnie tak walczmy ze stereotypem Polaka ksenofoba i żydożercy! Każdemu Polakowi należny jest tytuł "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata".

sobota, 15 października 2011

 

Poznańska jesień

piątek, 14 października 2011

Uczniowie jednego z warszawskich liceów organizują "Marsz Oburzonych". Oburzeni są na władzę, która nie słucha zwykłego obywatela. - Chcielibyśmy jako społeczeństwo mieć większy wpływ na kształtowanie polityki naszego państwa, niż symboliczne głosowanie co 4 lata - odpowiadał Paweł Szczepura z Liceum im. Jacka Kuronia i członek Porozumienia 15 paździenrika, które zawiązało się na fali amerykańskich i europejskich protestów. I podkreślał: - Także większy wpływ na politykę gospodarczą, która w ogóle nie jest kontrolowana. Dodaje: My nie wypowiadamy się tylko w swoim imieniu. Jest 30 milionów osób, których nikt nie wysłucha, bo politycy zajmują się swoimi konfliktami i w ogóle nie starają się rozmawiać ze społeczeństwem, poza pozornymi ruchami. 

To jest dziecinada. Zakładanie, że owe 30 milionów to jakiś monolit i można jednym ruchem zdziałać coś, co taką masę ludzi zadowoli jest nieracjonalne. Dla mnie to także przejaw ogólnonarodowej (lub nawet ogólnoświatowej) głupawki - ludzie zatracają zdolność do krytycznego myślenia. Nie należę do tych 30 milionów, bo po pierwsze: żenują mnie takie imprezy stadne, "wspólnotowe" gesty (były już czarne marsze, łańcuchy czystych serc, ogólnonarodowe żałoby) z których absolutnie nic nie wynika; są zwyczajnie puste, a po drugie: to truizm, ale nie wymyślono nic lepszego nad demokrację, a kilka dni temu kto chciał, ten się wypowiedział wrzucając kilka kartek do urn wyborczych.

Sierżant, który brał udział w misjach wojskowych w Afganistanie, ściga internautów, którzy na forach internetowych nazywają żołnierzy "bandytami". Na jakimś forum przeczytał: "jednego gestapowca mniej", "a niech giną!", "każdy okupant powinien wrócić w trumnie", "won, bydlaku", czy "każdy okupant powinien tak skończyć". Oburzony bezskutecznie powiadamiał organy ścigania. Coś się zmieniło, bo prokuratura i policja zaczynają szukać autorów podobnych wpisów, zaś MON zapowiada, że będzie informował organy ścigania o wszystkich takich wpisach w internecie. Nazywanie żołnierza gestapowcem lub bydlakiem jest naruszeniem jego dóbr osobistych, ale nie uważam, że powinna zajmować się tym prokuratura. Od tego są sądy cywilne. Wpisy  "a niech giną!", "każdy okupant powinien wrócić w trumnie" nie naruszają niczyich dóbr, a są wyrazem pewnego światopoglądu, że wojna jest zła, że nikt nie ma prawa zabijać, że Polacy nie powinni uczestniczyć w zbrojnych misjach poza granicami swojego kraju. Jeśli wojsko nie jest obowiązkiem, a ludzie sami wybierają zawód żołnierza zawodowego i decydują się na ryzyko utraty zdrowia i życia (mniejsza o to czy wyłącznie dla pieniędzy, czy przyświecają im wyższe cele), to ich działanie nie jest jednoznacznie moralnie i podlega normalnej krytyce. Jeśli więc pacyfista mówi do żołnierza: "jedź tam i zgiń" (lub bardziej dosadnie), to ma do tego prawo. Jeśli w wyniku ostrzału wioski przez polskich żołnierzy zginęło (nawet jeśli tylko przypadkowo) kilku niewinnych wieśniaków, to uważam, że mam prawo mówić o takich żołnierzach "zabójcy". I nie róbmy z misji wojskowych jakiegoś tabu, a o żołnierzach nie mówmy - jak o zmarłych - tylko dobrze lub wcale.

czwartek, 13 października 2011

Nergal nie będzie jurorem w kolejnej edycji "The Voicce of Poland" - poinformowała rzeczniczka TVP. Potwierdziła tym samym informacje, które po spotkaniu z prezesem TVP Juliuszem Braunem na stronie Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy podał jego prezes ks. Bolesław Karcz. Napisał on, że "prezes TVP powiedział, że zatrudnienie tak kontrowersyjnej osoby, jak p. Adam Darski było błędną decyzją". Czyli najpierw informuje się kler, a następnie opinię publiczną. Coś nie tak ze świeckością Rzeczpospolitej?

Po tych informacjach Braun wydał oświadczenie, w którym napisał, że "prowokacyjne zachowanie wykazujące brak poszanowania nie tylko dla przekonań religijnych, ale także dla choroby i kalectwa" uważa za niedopuszczalne. Przypomina mi to manipulacje rodem z mediów prawicowych, bo Nergal kpił z "cudownych uzdrowień" (bo jak pogodzić naukę i jakieś podstawy racjonalizmu, które oficjalnie serwuje się w szkołach i wiarę wbrew logice i doświadczeniu, do których przymusza się w tych samych szkołach), a nie naśmiewał z kalek na wózkach. Podobnie wcześniej media  utożsamiły Palikota z rekwizytami (świński ryj i wibrator), a nie problemami, które owe rekwizyty miały obrazować. Widzę w tym dużo złej woli.

Stanowisko w sprawie udziału Darskiego w programie TVP zajęła wcześniej Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Uznała wówczas, że zatrudnienie go w roli jurora w programie muzycznym TVP nie narusza obowiązującego prawa, a analiza dotychczas wyemitowanych odcinków "The Voice of Poland" nie daje podstaw do interwencji. Krajowa Rada zwróciła się jednak do zarządu Telewizji Polskiej, aby ten przy podejmowaniu decyzji programowych "uwzględniał zróżnicowaną wrażliwość odbiorców".

Nikt jednak nie liczy się z moją "wrażliwością" i przez lata musiałem oglądać gęby Pospieszalskiego czy Wildsteina, jako prowadzących swoje autorskie programy. Jeszcze długo będziemy skazani na pokaz hipokryzji, chamstwa i agresji polityków - bo są to główne postaci programów informacyjnych i publicystycznych. Nadto, skoro "analiza wyemitowanych odcinków nie daje podstaw do interwencji, to co daje Zarządowi TVP prawo do oceny, że zatrudnianie osoby Darskiego "było błędną decyzją". Jak widać, argumenty pozamerytoryczne decydują o tych ocenach, a także serwilizm względem zaplecza politycznego, które z koleim chodzi na pasku kleru.

O tym, czy ktoś nadaje się do współprowadzenia programu decydować powinny wyniki oglądalności, a nie naciski Kościoła czy świętojebliwych polityków. Jak powiedział kiedyś największy klasyk: kto jest bez winy, ten niech pierwszy rzuci kamieniem. Kamieniami w tym kraju rzucają największe kurwy polskiej sceny politycznej, a tchórze (jak widać - to prawie wszyscy bez wyjątku politycy) biernie, ale z aprobatą, się temu przyglądają. Nie ma miejsca w Polsce dla ludzi niewierzących, którzy brak wiary w boga demonstracyjnie pokazują. Tak samo jak nie ma przyzwolenia na obnoszenie innych odmienności. Demokracja nie polega na tym, że mniejszości się nie zwalcza, ale na tym, że się ją przynajmniej toleruje (jeśli oczywiście nie wyrządza krzywdy innym).

Internauta @scarh ma rację pisząc "...i po takich decyzjach Palikot za 4 lata będzie miał 30% (głosów) ... ". Dlatego, że spora część Polaków nie wierzyła w sukces Palikota, bądź głosowała przeciw PiS-owi oddając głos na Platformę, jako partię przewidywalną. Jeśli RP pójdzie drogą konstruktywną, nie waląc "na oślep" i będzie się trzymał swoich deklaracji, to można być pewnym, że słupki poparcia pójdą mu w górę. 

Co tam jeszcze w polityce? Znowu powtórka z historii. Głos oddaje się przede wszystkim opozycji, bo poprawność polityczna tego wymaga. A to głos powinni mieć przede wszystkim ci, którzy te wybory wygrali, razem z koalicjantami. Kaczyński z pewnością nie zamilknie, ale po co pchać się do niego w kolejce po wywiady i opinie. Czy nie ma w tym kraju bardziej interesujących interlokutorów. Nie lansujmy intelektualnych miernot, przegranych politykierów i wszelkich innych mend. Dzisiaj Kaczyński "drze ryj" w sprawie krzyża w sejmie i postuluje o wprowadzenie specjalnej uchwały sejmowej, która obecność krzyża by sankcjonowała: "(...) próby zdejmowania [krzyża] będą złamaniem reguł obowiązujących w Sejmie, no i odpowiednie władze w Sejmie, marszałek, a fizycznie straż marszałkowska, będzie miała obowiązek interweniować". Wypowiada się także na temat kandydatury Ewy Kopacz na marszałka sejmu: "Ten awans będzie po prostu kpiną ze społeczeństwa, kpiną z chorych". Swoją drogą ciekawe na jak długo temu bydlakowi staczy sił na obrzydzanie Platformy, bo takie wypowiedzi są właśnie są kpiną ze społeczeństwa; miejmy nadzieję, że konkurenci polityczni prezesa wewnątrz PiS wkrótce rozliczą "sukces wyborczy" Kaczyńskiego.

Po raz pierwszy zawitałem na blogu kapelana jedynych polskich patriotów (www.isakowicz.pl). Isakowicz-Zaleski o przypadkach przegranych kandydatów Platformy w starciu wyborczym z kandydatami PiS pisze: "Przypadki te pokazują, że aktywistom PO czepianie się księżowskich sukien nic nie dało, a  "krakowska Magdalenka", czyli sojusz władz archidiecezji krakowskiej ze świeckim obozem władzy, przyniosła więcej kompromitacji niż pożytku."  Lepsze czepianie się sutann w krakowskiej kurii niż lizanie dupy toruńskiemu redemptoryście. Amen.

 

Żenujący staje się lament Platformy nad Ruchem Palikota. "Mam wątpliwości, czy zagłosuję za kandydaturą Wandy Nowickiej na stanowisko marszałka Sejmu" - mówiła dziś Julia Pitera w Radiu Zet. Wątpliwości posłanki PO budzi to, że Nowicka jest działaczką organizacji feministycznej, wokół której jest "proaborcyjny szum". Karierę polityczną Janusza Palikota Pitera nazwała "kaprysem milionera". Ktoś taki jak Pitera powinien wiedzieć, co to jest demokratyczny wybór i co z niego wynika. Każdy klub parlamentarny powinien korzystać z prawa do swobodnego obsadzania stanowiska wicemarszałka. Wicemarszałek także ma prawo mieć swoje poglądy i je demonstrować. Nie powinno się od razu zakładać, że będzie wszczynał burdy i paraliżował prace parlamentu (choć może ciągle ma Pitera przed oczami swojego partyjnego kolegę na tym stanowisku - Niesiołowskiego). Pitera się coraz bardziej szmaci, a PO przybiera taką pozycję w stosunku do RP jak wcześniej PiS do PO. 

Również starym zwyczajem niezalezna.pl pisze o tym, że na Ruch Palikota głosowała spora osadzonych z zakładach karnych i aresztach śledczych. W artykule "Twardy elektorat Palikota" podane są statystyki, z których wynika, że średnio za tym ugrupowaniem głosowało w tych miejscach 40% wyborców. Przypadkowo chyba w tym samym artykule znalazły się wyniki z Samodzielnego Wojewódzkiego Zespołu Publicznych Zakładów Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej, gdzie na RP głosowało 18% wyborców. Pytanie - co z pozostałymi 82%. Odpowiedź jest prosta - wariaci zagłosowali na PiS.

 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl