RSS
piątek, 27 sierpnia 2010
Kaznodzieja

Miałem sobie odpuścić politykę przynajmniej na jeden dzień, ale natknąłem się niespodziewania na komentarz dotyczący ostatniej homilii L.S. Głódzia i sięgnąłem do tekstu źródłowego, który publikuje radiomaryja.pl. Pamiętam, że w dzieciństwie homilie były zawsze najnudniejszą częścią mszy i z niecierpliwością czekałem, aż wskazówka zegara zbliży się do „pół do”, co oznaczało, że msza za chwilę nabierze żywszego tempa. Kazania dla dziecka, a później dla młodzieńca, były nużące przede wszystkim dlatego, że księża posługiwali się specyficznym językiem. Nie był to język ani potoczny, ani urzędowy, ani matematyczny, ani epicki. Była to dziwna mikstura językowa, która zaciemniała sens przekazu i nie pozwalała skupić się na treści, na sednie sprawy. Ponieważ rozważania dotyczyły Boga lub spraw przyziemnych, ale w kontekście boskim, kapłanom nie wypadało używać zwykłej polszczyzny. Przekaz miał być górnolotny, poetycki, a wychodziła szmira i kicz. Ten język „rozmazany”, niewyraźny, pozbawiony ostrości, pozostał do dziś. Niezależnie od tego kazaniom, albo ogólniej językowi kościoła, brakuje precyzji w formułowaniu myśli. Z pozoru to mądre, że kaznodzieja często używa dwuznaczności, a słuchacz musi odnaleźć drugie dno, rozpoznać aluzję. Naprawę to ubóstwo językowe lub intelektualne wpycha księży w tę dziwną manierę, która ma zamaskować ich niedostatki umysłowe.

Zanim przejdę do krótkiej analizy kazania L.S. Głódzia, należy się krótkie wyjaśnienie trudnego słowa, które się pojawia w homilii: indyferentyzm.

Indyferentyzm to postawa zobojętnienia i braku zainteresowania wobec istotnych spraw społecznych (indyferentyzm społeczny), politycznych (indyferentyzm polityczny), moralnych (indyferentyzm moralny), religijnych (indyferentyzm religijny czyli apateizm), językowych (indyferentyzm językowy) oraz identyfikacji (tożsamości) z danym terytorium (indyferentyzm terytorialny).

Fragment homilii abp Leszka Sławoja Głódzia

„Bracia i siostry! Z niepokojem patrzymy na sytuację duchową Polski. Na brak porozumienia. Na powrót wraca dawny język politycznego dyskursu. W życiu politycznym dochodzi do głosu arogancja jednostronność pewność siebie. Wiele mediów straciło obiektywizm, poszło na służbę manipulacji, jednostronnej propagandy. Na kanwie żądań, aby krzyż spod Pałacu Prezydenckiego zniknął definitywnie z tzw. przestrzeni publicznej, pojawiały się, artykułowane przez lewicę, postulaty, aby zmienić relacje między państwem a Kościołem. Postulują rozwiązania, któreśmy już niegdyś przerabiali. Powrót do relacji Kościół - państwo, jaka obowiązywała w epoce stalinizmu i świetlanych lat PRL-u. Nie warto polskiej atmosfery zatruwać na nowo językiem walki klas. Z kim? Nasze pokolenie zna już ten język. Trzeba nam nowego języka: wiarygodności, spójności miedzy obietnicami a praktyką życia. Skuteczności służby dla ojczyzny nie zmierzy się słupkami sondaży opinii publicznej. Odkładaniem obietnic. Projektami ustaw, których wprowadzenie naruszy ład sumień, zaneguje nauczanie Kościoła. In vitro nie jest palącym zagadnieniem dnia. Warszawa, miasto w którego bruki wsiąkło 200 tysięcy powstańczej, przelanej dla świętej sprawy wolności, nie powinno być widownią wrzaskliwych parad promujących moralny indyferentyzm. Palącym problemem dnia jest troska o rodzinę. Walka z patologią społeczną, dewastacją sumień, swoistym kłanianiem się okolicznościom - w różnych wymiarach naszego życia. Oficjalne dane statystyczne mówią , że w roku 2050 będzie nas o 6 milionów mniej. Czyli będziemy społeczeństwem emerytów.”

Takiego bełkotu już dawno nie słyszałem. W absolutnie żadnym zdaniu nie ma nic, co byłoby oczywiste. Gdyby przyjąć kryterium obiektywizmu, to można by twierdzić, że L.S. Głódź piętnuje PiS („dawny język politycznego dyskursu”, arogancja, pewność siebie) oraz stację „Radio Maryja” i skrajne prawicowe pisma, jak np.  „Nasz Dziennik” (straciły obiektywizm i „poszły na służbę manipulacji, jednostronnej propagandy”). Z pewnością nie chodzi o Platformę Obywatelską, bo ta – wyłączywszy posłów Palikota i Niesiołowskiego – posługuje się językiem miłości i zgody, prezydent Komorowski jest wzorcowym katolikiem. Uwaga L.S. Głódzia nie może dotyczyć też „Gazety Wyborczej”, bo dziennik ten prezentuje pluralizm i różne punkty widzenia – nie można jej zarzucić „jednostronnej propagandy”. Zakładam, że jednak, że L.S. Głódź nie krytykuje PiS-u, „Radia Maryja” i „Naszego Dziennika”. Więc kogo? Dlaczego nie może powiedzieć wprost. Czy to wyraz tchórzostwa? Chyba nie. Tchórzem nie jest, bo bohatersko krytykuje lewicę. Kogo się więc boi, że musi tak mataczyć?

Dalej mamy swoistą poetykę, która już zaciemnia wszystko: spójność miedzy obietnicami a praktyką życia, skuteczność służby dla ojczyzny, naruszanie ładu sumień, palące zagadnienie dnia, wrzaskliwe parady promujących moralny indyferentyzm, dewastację sumień oraz swoiste kłanianie się okolicznościom.

Do tego wszystkiego do 2050 roku będzie nas Polaków o 6 milionów mniej. Czyli będziemy społeczeństwem emerytów. Musiałbym wypić ze 3 litry wina mszalnego, żeby zobaczyć jak ta statystyka ma się do prawd wiary.

P.S. Powinna obowiązywać zasada wzajemności. Kler obrzuca inwektywami niewygodnych polityków. Politycy robią to samo z klerem. Byłoby to dość proste. Można sobie wyobrazić expose premiera lub orędzie prezydenta w takim tonie:

„Rodacy! Z niepokojem patrzymy na sytuację duchową Polski. Na brak porozumienia. Na powrót wraca język przedsoborowego kościoła. Kościoła, który niezgodnie z konstytucyjną zasadą rozdziału państwa od kościoła, próbuje ingerować w politykę. Głos Kościoła stał się głosem arogancji, jednostronności, pewności siebie. Mówiąc językiem ewangelii powiedzielibyśmy, że to głos pychy. Wiele mediów straciło obiektywizm, poszło na służbę manipulacji, jednostronnej propagandy. Na kanwie żądań, aby krzyż spod Pałacu Prezydenckiego pozostał w swoim dotychczasowym miejscu pojawiły się, artykułowane przez skrajną prawicę, postulaty, aby zacieśniać relacje między państwem a Kościołem. Postulują rozwiązania, które już kiedyś ludzkość przerabiała. Ten okres nazywał się kontrreformacją – w Europie pociągnął wiele ofiar. Czy chcemy poczuć swąd ciał palonych na stosach. Czy potrzebne są nam wojny religijne? Czy mamy wrócić do wypraw krzyżowych? Nie warto polskiej atmosfery zatruwać na nowo językiem jakim posługuje się Kościół.” ...

 

czwartek, 26 sierpnia 2010
Kampania na koszt miasta?

Tagi: Bytom
12:24, gkur
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 sierpnia 2010
Kto to jest?

Niespełna 2 miesiące temu mówił:

„Jako jedyny obstawiam zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego w stosunku 52% do 48%. Wierzę w sukces premiera Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dlatego, że należę do Prawa i Sprawiedliwości, wierzę w sukces dlatego bo rozmawiam z ludźmi i słuchając ich dostrzegam, że to właśnie Jarosław Kaczyński wpisuje się w ich oczekiwania. (...) Tylko polityk takiego formatu jak Jarosław Kaczyński może zapewnić nam konieczny element równowagi politycznej i umiejętnie dbając o naszą tradycję prowadzić krają ku przyszłości.”

Dzisiaj twierdzi, że wyobraża sobie Zbigniewa Ziobrę jako prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Niespełna 2 miesiące temu mówił:

„Kampania, która dobiega końca pokazała, że są dwa sposoby uprawniania polityki. Trudna próba szukania porozumienia i budowy wspólnej wizji nawet wbrew swoim wadom i wbrew swoim uprzedzeniem co czynił Jarosław Kaczyński i polityka konfrontacji, dzielenia, prowokowania i budowania swojej pozycji tylko w oparciu o konflikt z politycznymi rywalami co czynili sztabowcy Bronisława Komorowskiego. (...) Wierzę, że Jarosław Kaczyński w najbliższą niedzielę wygra wybory, a jego wygrana będzie sukcesem całej Polski”

Dzisiaj jest zdania, że ewentualne odsunięcie Jarosława Kaczyńskiego z fotela prezesa PiS byłoby tylko kolejnym etapem w jego karierze i staje po stronie tych, którzy zarzucają Kaczyńskiemu w trakcie kampanii zbyt łagodny ton.

Niedawno mówił:

„Wielki dramat jaki jest naszym udziałem, a w jakim uczestniczą także Rosjanie solidaryzując się z nami, otwiera po raz pierwszy od dawna szanse na nowe otwarcie we wzajemnych kontaktach. Widać jak bardzo jesteśmy bliscy sobie jako ludzie, jak bardzo rozumiemy nasz ból  i nasze troski, jak wspólnie potrafimy współczuć i poszukiwać prawdy w obliczu tragedii. Jest naszym wielkim marzeniem, aby z tragedii Katynia 1940 i Katynia 2010 r. wykiełkowało dobro, które sprawi, że Polacy i Rosjanie staną się sobie bliżsi, a pojednanie stanie się nie tylko politycznym postulatem trudnym do zrealizowania, ale nabierze wymiaru zmieniającego nasze serca na trwałe. Jako przedstawiciele świata nauki dostrzegamy potrzebę kształcenia młodych Polaków i Rosjan na gruncie prawdy, szacunki, zrozumienia i pojednania.”

Dzisiaj odmawia prawa do godnego pochówku Rosjanom poległym w Bitwie Warszawskiej.

Podpowiem:

To były ministrant, zaangażowany w młodości w Ruch Światło – Życie, a później w Krucjatę Wyzwolenia Człowieka, której członkowie przede wszystkim „ukazują swoim sposobem życia jedną z dróg rozwoju duchowego, opierającego się na wartościach chrześcijańskich, w szczególności miłości bliźniego”. Był także zaangażowany w toruńskie duszpasterstwo akademickie redemptorystów, a następnie jezuitów.

Można zwątpić w Boga, nieprawdaż?

Ref.: Serce wielkie nam daj, zdolne objąć świat! 
Panie, serce nam daj mężne w walce ze złem! 

1. Zwleczmy z siebie uczynki starych ludzi, 
Zniszczmy wszystko co budzi Boży gniew! 
Wdziejmy biel nowych szat w Chrystusie Panu! 
Nowy człowiek powstanie w każdym z nas! 

2. Nowi ludzie w historię wpiszą miłość, 
Wskażą drogi odnowy ludzkich serc. 
Nowi ludzie przeżyj ą własne życie, 
Tworząc wspólnym wysiłkiem nowy świat. 

3. Nowi ludzie przyniosą ziemi pokój, 
W znaku wiary zjednoczą cały świat. 
Nowi ludzie przyniosą ziemi wolność, 
Prawda ludzi wyzwoli, niszcząc zło.

Hymn Krucjaty Wyzwolenia Człowieka

Marsz do żłoba

 

Jarosław Kaczyński znalazł się niespodziewanie między młotem a kowadłem. Młotem jest Ziobro, który między wierszami krytykuje prezesa za wybór złej, bo zbyt miękkiej taktyki wyborczej. Nie jest prawdą, że taka strategia była nieodpowiednia, bo sondaże pokazują, iż w miarę zaostrzania się języka PiS-u, maleje poparcie dla tej partii. Można uznać, że wynik wyborczy Jarosława Kaczyńskiego był rewelacyjny, bo to maksimum tego, co mógł osiągnąć. Gdyby pozycja Kaczyńskiego osłabła na tyle, że byłby konieczny wybór nowego prezesa, jest niemalże pewne, że Ziobro bez większych skrupułów będzie chciał zająć to miejsce. Zarzucanie błędów strategicznych w walce o prezydenturę zdaje się być początkiem krytyki Kaczyńskiego. Kowadłem jest „frakcja”, która tworzy się wokół Kluzik-Rostkowskiej i Poncyliusza, autorów sukcesu wyborczego Kaczyńskiego. To jest dość niewielka grupa ludzi, do której mimo wszystko czuję sympatię, bo wygląda na to, że to co robili w trakcie kampanii wyborczej było szczere. Uwierzyli, że Kaczyński może się zmienić. Teraz czują się oszukani i mają żal – chyba głównie do siebie – że zostali perfidnie wykorzystani. A ja teraz uwierzyłem, że są w PiS-ie także normalni i dość uczciwi ludzie. Nie zaliczam do tej grupy Marka Migalskiego, bo jestem przekonany, że gra „na siebie”. W tej grze jest wytrawnym pokerzystą.

Po katastrofie smoleńskiej przeraziłem się, bo w pierwszej chwili nie było oczywiste kogo Prawo i Sprawiedliwość „wystawi” do wyborów. Możliwości widziałem dwie: albo Kaczyński albo Ziobro. Ta druga ewentualność mnie przeraziła. Gdyby nie katastrofa, bez większych problemów prezydentem w jesiennych wyborach zostałby Komorowski i to prawdopodobnie już w pierwszej turze. Lech Kaczyński nie miałby żadnych szans na reelekcję. Katastrofa wszystko zmieniła – diametralnie zmienił się układ sił, co było w dużej mierze wynikiem manipulacji mediów publicznych, niezwykle stronniczych: Lecha Kaczyńskiego, miernego polityka, z bardzo niskimi notowaniami, przeobraziły w męża stanu na miarę Piłsudskiego, a jego brata bliźniaka wykreowały na jedynego godnego następcę. Z wcześniejszych krytyków zmarłego prezydenta uczyniły agentów „wiadomych sił”. Złą rolę w kampanii odegrał też Kościół, czyniąc z Jarosława Kaczyńskiego lepszego katolika niż jego kontrkandydat.

Wcześniej nie przypuszczałbym, że tak silny może być wpływ telewizora na społeczeństwo, jak grając na nutach patriotyzmu można ogłupić, omamić, jak można pozbawić ludzi pamięci.

Za kilka lat będziemy patrzeli na ostatnie wydarzenia jak na zły sen. Walka o „krzyż smoleński”, pochowek Kaczyńskiego na Wawelu, mauzoleum Gosiewskiego we wsi Kołaki Kościelne, porównywanie katastrofy do zbrodni katyńskiej, a jej ofiar do męczenników, będą dla nas tak egzotyczne, tak jak w tej chwili kuriozalne jest to dla europejczyków zza Odry, którzy spoglądają na Polskę z właściwym dystansem.

Abstrahując od realnych szans Ziobry w wyborach, sama myśl o tym, że człowiek ten mógłby zostać prezydentem napełniała mnie trwogą. Decyzja o starcie Jarosława Kaczyńskiego zdjęła mi kamień z serca.

Dzisiaj Zbigniew Girzyński powiedział, że jego partia musi myśleć o swej przyszłości w dalszej perspektywie. Dodał, że wyobraża sobie Zbigniewa Ziobrę jako prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Ciarki przeszły mi po plecach. I nawet żal zrobiło mi się Kaczyńskiego. Nie o Polskę tu chodzi, lecz o władzę.

wtorek, 24 sierpnia 2010
Rodzina Gosiewskich

Moi znajomi, wiedząc, że piszę nieco polityczny blog przysłali mi masowo newsa, że Jadwiga Gosiewska, matka tego Gosiewskiego organizuje izbę jego pamięci. Wcześniej media donosiły o muzeum, ale okazało się ostatecznie, że słowo „izba” bardziej przystaje do realiów. Jaki jest mój pogląd w tej sprawie? Otóż każdy obywatel ma prawo za własne pieniądze, na własnej posesji urządzać muzea, izby pamięci, sanktuaria etc. I lepiej, że będzie chciał zachować pamięć o zmarłych urządzając „prywatną” izbę pamięci, niż wykorzystując do tego celu przestrzeń publiczną. Przywykliśmy, że w ten szczególny sposób czci się pamięć ludzi wielkich: pisarzy, poetów, muzyków, artystów malarzy, naukowców, wodzów i innych wybitnych ludzi zasłużonych dla kultury, narodu lub państwa. Dobry obyczaj każe wstrzemięźliwość w tej kwestii. Izba pamięci w przypadku Ś.P. Przemysława Gosiewskiego wydaje się być przedsięwzięciem dość groteskowym, wręcz tragikomicznym. Polacy powinni jak najszybciej zapomnieć o kimś takim jak Gosiewski, którego postrzegałem jako reinkarnację Dyzmy. Jedyną pamiątką po nim i materialnym dowodem jego istnienia w polityce pozostanie słynna stacja we Włoszczowej. Natomiast w sercu i umyśle matki może się jawić pamięć o synu – człowieku niezłomnym, gorącym patriocie, wybitnym polityku.  Działania PiS-u, ale także kleru w tej kwestii, mogą utwierdzać ją w przekonaniu, że jej syn na taką izbę pamięci w Kołakach Kościelnych zasługuje. Dlaczego? Okazuje się, że Gosiewski jest jedną z najbardziej docenianych postaci, spośród ofiar katastrofy smoleńskiej. Pośmiertnie Przemysław Gosiewski został honorowym obywatelem Ostrowca Świętokrzyskiego  za „działania na rzecz Ostrowca i regionu”, a w szczególności za to że:  doprowadził do umieszczenia w Planie Inwestycyjnym Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej projektu Gminy Ostrowiec Świętokrzyski pod nazwą Przygotowanie terenów Ostrowieckiego Parku Przemysłowo - Technologicznego do działalności inwestycyjnej" oraz że „podjął skuteczne starania o umieszczenie na liście indykatywnej Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko projektu pod nazwą Uporządkowanie gospodarki wodno- ściekowej w aglomeracji ostrowieckiej” oraz że „udzielił wsparcia w pozyskaniu środków finansowych z rezerwy celowej budżetu państwa dla Domu Ulgi w Cierpieniu im. Jana Pawła II w Ostrowcu Świętokrzyskim” a także za to że „dzięki niemu pomoc finansową otrzymały parafia rzymskokatolicka w Szewnie i Placówka Opiekuńczo - Wychowawcza Nasz Dom w ostrowieckiej dzielnicy Denków” oraz że „wspierał działania zmierzające do utworzenia ośrodka badawczo – rozwojowego komponentów stalowych w Hucie Celsa i pozyskał pieniądze na uruchomienie produkcji wapna gaszonego w zagrożonej likwidacją Cukrowni Częstocice”. Mizantrop!!!. Z kolei w bazylice katedralnej w Kielcach została wmurowana tablica pamiątkowa: "Tragicznie zmarłemu w katastrofie pod Smoleńskiem - Przemysławowi Gosiewskiemu. Posłowi na Sejm. Wicepremierowi w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Klub parlamentarny PiS oraz wdzięczni mieszkańcy Kielc i ziemi świętokrzyskiej”.  Czekać pozostaje, aż jak grzyby po deszczu wyrosną w Polsce południowo – wschodniej popiersia i posągi upamiętniające tego wybitnego Polaka.

Na fali pamięci o synu  Jadwiga Gosiewska publikuje list otwarty do prezydenta Komorowskiego (nastała nam ostatnio moda na listy otwarte), w którym pisze, że narasta w niej ogromne przykre przeświadczenie, że rząd polski nie chce uczciwego wyjaśnienia przyczyn tej „katastrofy stulecia”. Przez cztery miesiące nie znaleziono osób odpowiedzialnych za niedopatrzenia, za śmierć 96 osób. Jest natomiast wiele niedomówień, przekłamań i chęci zminimalizowania tej tragedii. Tą złą wolę zarzuciła wcześniej rządzącym z ambony częstochowskiego sanktuarium. Może doszła do przekonania, że jej głos na Jasnej Górze nie był zbyt nośny. A może ma potrzebę zafunkcjonowania jako Matka Męczennika, Prawie Maryja. A może zwyczajnie pozazdrościła swojej imienniczce, Jadwidze Kaczyńskiej, stanowiska przewodniczącej komitetu honorowego budowy pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy pod Smoleńskiem?

Jak widać megalomania w rodzinie Gosiewskich jest przypadłością rodzinną najpewniej rozprzestrzeniającą się drogą kropelkową.


Zbigniew "Cygan" Ziobro.


Rzeczpospolita daje Zbigniewowi Ziobrze kilka szpalt na krytykę Komorowskiego, który „dowodzi” winy prezydenta w związku z ekscesami na Krakowskim Przedmieściu.

„To prezydent Bronisław Komorowski odpowiada za to, co się dzieje pod krzyżem. Chcąc zatrzeć pamięć o swoim poprzedniku, postanowił przenieść krzyż, przed którym gromadzili się ludzie wspominający tragicznie zmarłego prezydenta. (...). I tak prezydent Komorowski rozpętał piekło na Krakowskim Przedmieściu.”

Ponieważ temat jest mocno przeterminowany i zaczyna śmierdzieć niczym trup, pominę go. Zwłaszcza, że nie wnosi nic nowego, a Ziobro powiela bezmyślnie sentencje wypowiedziane wcześniej przez innych polityków PiS-u. Ziobro ma prawo, jak każdy obywatel, do demonstrowania swoich poglądów. Tyle, że mógłby robić to z klasą, a częste rozmijanie się z prawdą oraz manipulowanie faktami najzwyczajniej go dyskredytują. Jest politrukiem, który na tragedii smoleńskiej cementuje swoją karierę polityczną, zgodnie z obowiązującym kursem „zaostrzania retoryki”.

Wiarygodność Ziobry stała się zerowa, odkąd sąd nakazał mu przeprosić za kłamstwa. Swoją mierną klasę pokazał zamieszczając przeprosiny wtopione w tekst, tak by umykały uwadze czytelnika. Nauczka to też dla sądu. Wyrok jednak jest wyrokiem, więc możemy Ziobrę nazywać kłamcą.

Kara, jaką wymierzył mu sąd na nic się nie zdała, bo popełnia recydywę: kłamie i tym razem, na dodatek  wielokrotnie w krótkim wywodzie.

Zarzuca np. Palikotowi, że „w oszczerczy sposób pomówił tragicznie zmarłego prezydenta. Twierdził, że był on pijany na pokładzie samolotu (...)". Kłamstwo! Palikot wnioskował o przebadanie zmarłego prezydenta na obecność alkoholu we krwi, a to zasadnicza różnica. Palikot mógłby wytoczyć proces Ziobrze o zniesławienie, ale może potraktuje go tak jak zwykliśmy traktować gówno na trawniku, obchodząc je szerokim kołem.

Dalej atakuje premiera: „Te niezwykle haniebne kłamstwa i ataki muszą mieć poparcie Donalda Tuska”. Tego co najwyżej mógłby domniemywać. Nie ma prawa pisać „muszą mieć poparcie”, bo nie ma na to żadnych dowodów, a wręcz przeciwnie, bo Palikot otrzymał za swoje wypowiedzi naganę (którą jest najwyższą z możliwych kar dla posła), za którą to naganą głosowali także partyjni koledzy Palikota. Ziobro znów kłamie!

Kolejne kłamstwo w następnym zdaniu: „To smutne, że media w Polsce nie potępiają Palikota. Zamiast stosować wobec niego ostracyzm, godzą się na taką brutalność w życiu publicznym”. Kłamstwo, bo media jednogłośnie (nad czym ubolewałem) potępiły Palikota. Równie dobrze można powiedzieć, że smutne jest, iż media udostępniają głos permanentnemu kłamcy Zbigniewowi Ziobrze. Według mnie Ziobro za wykorzystywanie pozycji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego do dyskredytowania przeciwników politycznych zasługuje na pełny ostracyzm. Za nagonkę na lekarzy, która była osobistą zemstą Ziobry na tym środowisku, za załamanie polskiej transplantologii zasługuje na społeczne wykluczenie.

Muszę dodać, że w moim odczuciu jednym z największych sukcesów Tuska jest to, że w rządzie nie ma ludzi pokroju Ziobry. Pełną gębą karierowiczów, którzy kapitał zbijają na ludzkim nieszczęściu, tragedii i naiwności.

Tagi: Ziobro
09:41, gkur
Link Komentarze (1) »
Burak po bytomsku. Stronniczy i złośliwy przegląd prasy prowincjonalnej.

 

Prezydent Wójcik z SLD, a teraz Koj z PO przeimprezowali już trzy kadencje, dbając tylko o swój aparat partyjny. Teraz widzimy zrujnowany Bytom i czujemy się oszukani. Teraz w każdym kącie widać, że oni zmienili Bytom na gorsze”. Te słowa w płatnym ogłoszeniu na pierwszej stronie Życia Bytomskiego umieścił kandydat na prezydenta Janusz Paczocha. Dalej mówi: „Będę dobrym i robotnym gospodarzem, tak jak w I kadencji. Zobowiązuję się, że zmienię Bytom na lepsze! Ja dotrzymuję słowa”.

Na dobre ruszyła kampania wyborcza. Zapowiada się gorąca jesień. Słowom Janusza Paczochy należy się krótki komentarz: kłamstwo, kłamca. Gołym okiem widać inwestycje poczynione od ostatnich wyborów samorządowych: wyremontowaną ulicę Łagiewnicką, odnowiony po półwieczu plac Sikorskiego, odrestaurowany park Kachla ze ścieżkami rowerowymi, nową halę sportową, której architektura zachwyciła znawców. Dokonano przebudowy drogi przelotowej w okolicach dworca kolejowego, demontując przy okazji szpecące otoczenie estakady. Trwa remont zakładu kąpielowego. Na placu Kościuszki postaje centrum rozrywkowo – handlowe „Agora”, które sprawi, że serce miasta zatętni wkrótce nowym życiem. W sposób szczególny ta właśnie inwestycja, której powstaniu - o ile się nie mylę – Paczocha był przeciwny, spowoduje znaczący wzrost atrakcyjności Bytomia, którego od 8 lat jestem szczęśliwym mieszkańcem. Można przypuszczać, że „Agora” da zatrudnienie wielu mieszkańcom oraz dodatkowe przychody drobnym przedsiębiorcom, restauratorom etc. Już teraz widać pozytywny wpływ „Agory” na  otoczenie placu Kościuszki – powstaje wielopoziomowy parking, który rozładuje zatłoczone pobocza centrum miasta, okoliczne zrujnowane kamienice znalazły nabywców, którzy przywracają im dawny blask.

Trzeba pamiętać, że problemy Bytomia nie narodziły się w trakcie ostatnich trzech  kadencji  – miasto od chwili włączenia „do macierzy” nie było traktowane przez władze nawet po macoszemu. Traktowano je jak kukułcze jajo, z premedytacją niszczono substancję mieszkaniową, zacierano ślady przedwojennej historii. Współczesny Bytom to efekt blisko półwiecznej destrukcji, ale także bezmyślności, braku wyobraźni i indolencji jej wcześniejszych włodarzy.

Bytom się odradza, powoli i w bólach. Być może wiele zarzutów można postawić pełniącemu urząd prezydentowi, natomiast Paczocha dokonuje nadużycia, zwalając odpowiedzialność za stan miasta na jedną, czy dwie osoby. W czasach prezydentury Paczochy także były obskurne kamienice, dziurawce ulice, wysokie bezrobocie i przestępczość. Paczocha od pierwszej kadencji jest we władzach miasta i on jest współrządzącym, czyli współodpowiedzialnym. I o tym powinien pamiętać pisząc paszkwile na swoich konkurentów. Paczocha rozpoczyna swoją kampanię wyborczą z gracją troglodyty. Powinien przede wszystkim pokazać swój dorobek sprzed kilkunastu lat i na nim budować swój wizerunek. Ja mam w szczególności do niego jedno pytanie: co prezydent Paczocha zrobił na rzecz ratowania zdewastowanych kamienic w centrum Bytomia? Zły wizerunek Bytomia głównie kojarzy się ze zrujnowanymi budynkami, odpadającymi tynkami, brudnymi oknami pustostanów. Dopiero od kilku lat dostrzegam proces sprzedaży nieruchomości miejskich na rzecz nowych nabywców. To – jak się najczęściej okazuje - fizyczny, „namacalny” właściciel jest warunkiem tego, by nieruchomość przetrwała. Tam gdzie zarządza ZBM następuje degradacja substancji mieszkaniowej. Tam, gdzie zawiązały się wspólnoty i odebrały zarząd ZBM-owi domy wracają do stanu dawnej świetności (ale o tym będzie kiedy indziej).

Natomiast o innym kandydacie na prezydenta chciałem coś napisać, bo we wspomnianym tygodniku wydrukowana została krytyka obecnych władz Bytomia pióra „Przewodniczącego Komitetu Miejskiego Prawa i Sprawiedliwości”, a zarazem kandydata PiS na prezydenta miasta w zbliżających się  wyborach samorządowych, Krzysztofa de Mehlem. Długi to tytuł w nomenklaturze partyjnej i skomplikowane nazwisko, dlatego pozwolę sobie na skrót „K de M”. Otóż K de M, autor krytyki wprowadza  czytelnika w błąd, bo forma tejże krytyki sugeruje czytelnikowi artykuł polemiczny wpisany w przedwyborczą dyskusję i nadaje mu pozory obiektywności, a faktycznie mamy do czynienia z płatnym ogłoszeniem (co niestety wydrukowano zbyt drobną czcionką). Artykuł zdobi zdjęcie kandydata na prezydenta po liftingu (patrz: zdjęcia poniżej).

K de M zaczyna od słów: „Kilka dni temu po raz kolejny okazało, że elementarna uczciwość to w polityce władz Bytomia cecha zanikająca”. Ma za tym przemawiać fakt, że prezydent Koj za pieniądze podatników sfinansował badania mające za cel określenie poglądu mieszkańców na „wizerunek miasta” oraz sprecyzować jakie oczekiwania mają obywatele wobec władz miejskich. Pod przykrywką badań Koj chce rzekomo „wyciągnąć” od Bytomian informacje, które pozwolą mu określić zbiór obietnic wyborczych i w efekcie wygrać drugą kadencję.

Argument K de M jest chybiony, bo po pierwsze wyniki tychże badań są ogólnodostępne, gdyż raportem z sondażu Koj miał się chwalić przed dziennikarzami, więc również kontrkandydaci Koja mogą skorzystać ze wskazówek tam zawartych i na ich bazie zbudować własny program polityczny. Po drugie: nie trzeba robić sondaży, żeby obiecać gruszki na wierzbie typu: poprawa stanu dróg, budowa szpitali, remonty szkół, walka z bezrobociem, przeciwdziałanie przestępczości etc, bo takie są oczekiwania przeciętnego wyborcy. Zarzucanie Kojowi złej woli jest dość prymitywnym nadużyciem.

Mogę ponadto przypuszczać, że artykuł K de M został opublikowany, jako ogłoszenie, za pieniądze z kasy PiS-u, a nie za prywatne pieniądze autora. Skoro tak, to również tym razem „społeczeństwo płaci”, bo partie polityczne są finansowane w dużej mierze z budżetu państwa.

K de M pisze, że prezydent Koj zapomniał o przedsiębiorcach: „Skoro opinia o warunkach do prowadzenia swojej działalności gospodarczej nie była przedmiotem zamówionej przez niego ankiety, sam dorzucę do niej post scriptum. Przedsiębiorcy (...) są przez władzę lekceważeni i traktowani z buta. Wystarczy zapytać któregokolwiek z nich, jak podoba mu się walka z biurokratami z Koja w urzędzie. Wystarczy dowiedzieć się,  co przedsiębiorca sądzi o podatkowych zakusach, o ułatwieniach dla małego i średniego biznesu, których w mieście nie było i nie ma.”

Czy K de M pisze to z perspektywy osoby, która przez kilkanaście lat prowadziła działalność gospodarczą i jej sukces na tym polu był tak „wielki”, że przeniosła się do zarządu ZBM-u? Każdy, kto decyduje się na prowadzenie działalności gospodarczej bierze na siebie ryzyko niepowodzenia; musi przy tym mieć przede wszystkim pomysł, zapał i siłę przebicia, no i „olej w głowie”. W tym zakresie żadna władza obywatela niestety nie wyręczy.  Przeszkód natury biurokratycznej do prowadzenia działalności gospodarczej jest niewiele i Bytom pewnie nie różni się w tym względzie od innych miast.

Najbardziej uderzyło mnie sformułowanie, że „mimo szumnych haseł o energii kultury, która ma napędzać Bytomian, ich miasto nie zapewnia im atrakcji i miejsc do spędzania wolnego czasu”.

Gdyby autor był „zwykłym” Mehlemem, mógłbym przypuszczać, że do rozrywki i miłego spędzania czasu wystarczy mu kufel piwa i krupniok przy wtórze disco-polo. Ale autor jest de Mehlemem (z „fonów” jak mawia moja ciotka Anka), więc nazwisko zobowiązuje go także do czerpania pełnymi garściami z bogatych pokładów kultury „wyższej”. Czy K de M nie zauważa, że Bytom jest pod względem szerokości i jakości oferty kulturalnej w czołówce regionu? Wyliczę: Opera Śląska, Śląski Teatr Tańca i jego doroczna Konferencja Tańca Współczesnego, Galeria Kronika, Muzeum Górnośląskie, BCK z dość dobrym programem, Kwartet Akademos i cykle imprez kameralnych, które Akademos często współorganizuje, Festiwal Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego, imprezy w ramach Festiwalu Muzyki Nowej. Z innych działań, które wpisać można do kalendarza kulturalnego są jarmarki staroci, a także odbywające się chyba po raz pierwszy tego lata wycieczki krajoznawcze po Bytomiu i okolicach. Mało? Oczywiście zasługa Koja w tym, że Bytom kulturą słynie jest oczywiście nikła, bo kultura rozwija się niezależnie od polityków i władz samorządowych. Ale pewnie również przy ich wsparciu.

K de M jednym zdaniem na temat kultury w mieście chciał uderzyć w Koja, a splunął w twarz tym wszystkim, którzy kulturę w Bytomiu współtworzą, poświęcają jej czas i życie. Jest jak stara baba, która narzeka na poziom spektakli teatralnych w Katowicach, że nie dorównują poziomowi tym ze stolicy. Ale na żadnym: ani w stolicy, ani w Katowicach w życiu nie była. Słowem burak po bytomsku!

Pisząc o uczciwości „władz” Bytomia przyrównuje tę cechę do nieużywanego organu, a jak wiadomo - pisze K de M -  „organ nieużywany zanika”.  Język K de M jest językiem pomówień, typowym dla pisowskiej bolszewii. Więc spuentuję go w równie „wyrafinowany” sposób: Po lekturze artykułu widać, jakich organów Mehlem najmniej używa. Można go wysłać do proktologa, bo na innych specjalistów jest już za późno.


Przed liftingiem (przed magisterium):

Po liftingu (po magisterium):

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Na kłopoty Migalski

Listem do Prezesa Migalski pomnaża swój majątek polityczny. Listu szczerze mówiąc nie czytałem (a widać, że musi być ważny dla jego autora, skoro zamieścił go na swoim blogu dwukrotnie). Jego treść ma drugorzędne znaczenie, zaś istotny jest fakt jego opublikowania w formie „otwartej”. Do jego meritum odniosę się - mam nadzieję - wkrótce.

Krytyka Kaczyńskiego nie jest aktem odwagi, ale wyrachowania.

Jako naukowiec Migalski jest skończony. W mniejszym stopniu przez mizerny dorobek i problemy z habilitacją, a w większym stopniu przez utratę wiarygodności. Być może za kilka lub kilkanaście lat w aulach uniwersyteckich będzie się spotykał ze studentami, ale nie jako wykładowca, lecz osoba spełniona politycznie.

Na swoim blogu, 10 sierpnia 2010, Migalski pisze między innymi tak:

Komentator polityczny czy naukowiec działa w paradygmacie prawda – fałsz. Jego zadaniem jest mówić prawdę, zbliżać sie do niej, zwalczać kłamstwo, głupotę, prostactwo myśli. (...) Jako polityk funkcjonuję w innym paradygmacie: dobro – zło. Polityk nie ma mówić prawdy, całej prawdy I tylko prawdy. Byłby wówczas złym politykiem, bo nie od tego jest. On ma budować dobro. Jego zadaniem nie jest wiec opisywanie świata takim jakim on jest (to zadanie klerków, naukowców, jajogłowych I komentatorów) – jego zadaniem jest zmiana tego świata na lepsze.

Można by pomyśleć, że Migalski wyrzekł się prawdy w imię dobra. Prosto można dowieść, że jest zgoła inaczej.

Karierę polityczną Migalski związał z PiS-em, nie będąc członkiem tej partii, ale pisząc często o niej „moja partia”. Pozornie zrobił błąd, bo skrytykował ciąg ostatnich działań Kaczyńskiego, więc ten (słusznie, acz „niepolitycznie”) uznał go za nielojalnego, bo wszystkie osiągnięcia polityczne i finansowe zawdzięcza PiS-owi. Jestem przekonany, że ten „błąd” był celowy i zamierzony. Inaczej mówiąc było to działanie przez Migalskiego przemyślane i skalkulowane, którego skutki można było antycypować, bowiem Jarosław Kaczyński ma tak nieskomplikowaną naturę, że jego reakcja w takim przypadku była łatwa do przewidzenia. Reakcja dworu Kaczyńskiego jest tożsama z reakcją Prezesa, więc równie łatwo można było ją przewidzieć . Hasło wyborcze „wiedza i odwaga” zyska na wartości – Migalski okazał się być bohaterem, bo przeciwstawił się Prezesowi w imię wyższych celów. Taką osobą  w sposób szczególny interesują się media, dając jej czas antenowy do komentowania wydarzeń, a pośrednio czas na autopromocję. W ten sposób Kaczyński nieświadomie pomaga Migalskiemu w robieniu kariery politycznej „na plecach” Prawa i Sprawiedliwości.

Bilans w rachunku politycznym i ekonomicznym Migalskiego jest na dużym plusie. Stanowskio europosła daje bardzo dobre zabezpieczenie finansowe (dodam: zabezpieczenie, którego nie dałoby mu żadne stanowisko: ani na uczelni, ani w partii, ani w polskim parlamencie). To jest blisko 8.000 euro miesięcznie plus inne apanaże (diety, pieniądze na utrzymanie biura) za nicnierobienie. Taka kwota daje poczucie dużego komfortu psychicznego na najbliższe lata; pozwala na budowanie pozycji i tworzenie zaplecza politycznego. Umożliwia prowadzenie gry politycznej: z jednej strony jest to frontalny atak na Platformę Obywatelską (Migalski przy każdej okazji „dowodzi” tej formacji braku patriotyzmu, prywatę, upajanie się władzą, lenistwo itd.), a z drugiej strony popieranie PiS-u, z drobną krytyką „błędów i wypaczeń”. Daje to pozory niezależności i nonkonformizmu oraz zjednuje mu elektorat spod znaku Prawa i Sprawiedliwości.

Nikt Migalskiego z funkcji europosła nie rozliczy, bo prawie nikt w kraju nie wie, czym konkretnie eurodeputowany się zajmuje. Gdyby zapytać o to, co Migalski w Brukseli zrobił, co zdziałał, co załatwił w ciągu ostatniego miesiąca, kwartału, roku, jestem pewien że nikt na to pytanie odpowiedzi by nie udzielił. O pracy eurodeputowanego można dowiedzieć się wyłącznie z jego blogu lub strony internetowej, które są niczym innym jak autoreklamą. Wartość poznawcza wiedzy tam zawartej jest znikoma. Nie da się więc informacji dotyczących „zasług” Migalskiego zweryfikować, zresztą wykazywałem już wcześniej, że jeśli w ogóle są, to są nieznaczące. Niejako z definicji funkcja szeregowego europosła jest „fasadowa”. Dodam, że nie ma transmisji telewizyjnych z Parlamentu Europejskiego (na wzór tych z polskiego Sejmu), nie ma żadnych „merytorycznych” programów w mediach elektronicznych dotyczących roli i zadań polskich deputowanych. Informacje w prasie są równie szczątkowe. Może zrządzeniem przypadku jest, że Migalski uważa, że obowiązek informowania przez media publiczne o europarlamencie i jego instytucjach jest zamachem na wolność mediów.

Właściwie jestem w pewnym sensie zachwycony Migalskim, bo nikt do tej pory nie wykorzystał PiS-u w takim stopniu. Migalski osiągnął więcej niż osoby związane z PiS-em od lat, a które Prezesowi podpadły (jako politycy teraz wegetują). To nie jest schyłek jego kariery lecz ledwie prolog.

Za parę lat Kaczyńskiego może już nie być. Pytanie jest proste: kto po Kaczyńskim? Nikt tego pytania w PiS-ie nie śmie zadać. Ze strachu, ze ślepej lojalności, z fałszywej skromności, z wyrachowania. Jeśli Kaczyński nadal będzie popełniał błędy, a góra partyjna będzie go bezkrytycznie popierać, to będzie można za kilka lat można zarzucić jej bierność, lizusostwo, karierowiczostwo.

Być może okaże się, że remedium na kłopoty PiS-u będzie Migalski!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Głódź sumieniem narodu

„Naród oczekuje narodowego pomnika, godnego pomnika w godnym miejscu w stolicy” – powiedział podczas mszy metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź. Nikt go nie uprawnił, by mówił w imieniu narodu, w szczególności w moim imieniu.

niedziela, 15 sierpnia 2010
Republika bananowa

 

Równie wielką pogardę do ludzi władzy miałem w 81 roku. Miałem wówczas 14 lat. Rok wcześniej powstała „Solidarność”, ruch społeczny, dzięki któremu po raz pierwszy poczułem czym jest wolność w sferze praw obywatelskich, że demokracja, o której wcześniej mówiła władza jest ułudą.  Tematy polityczne przy naszym rodzinnym stole wcześniej się nie pojawiały. Rodzice – rocznik 41 – dorastali w czasach realnego socjalizmu, więc dla nich, a tym bardziej dla mnie, socjalizm był „naturalnym” ustrojem. Rodzice byli szczęśliwi i żyli we względnym dobrobycie. Pamiętali jeszcze prawdziwą powojenną biedę. Na ich oczach i przy ich udziale gospodarka się rozwinęła, a Polska podźwignęła się ze zniszczeń wojennych i być może nawet byli z tej Polski dumni. Nie dostrzegali lub nie chcieli dostrzec tego, że Polska jest w pełni zależna od ZSRR; byli wszak młodzi i szczęśliwi. Tkwili w socjalistycznej rzeczywistości niemalże od urodzenia i nie mieli żadnych punktów odniesienia. W tamtych czasach telewizja i prasa straszyli rewizjonistami i NATO, które „nakręcało spiralę zbrojeń”, wpajali, że największym przyjacielem Polski jest Kraj Rad, uczyli o wyższości gospodarki centralnie planowanej nad gospodarką kapitalistyczną, pokazywali jak szynka „Krakus” oraz „Prince Polo” podbijają światowe rynki. „Czterej Pancerni” i kapitan Kloss uczyli nas patriotyzmu. Pies Cywil i kapitan Żbik dbali o nasze bezpieczeństwo. Potem nastąpiły „przejściowe” trudności gospodarcze, zaczęły się strajki i przyszedł sierpień 1980 roku. Okazało się, że monopol władzy na mądrość został przełamany. Nieważne było, że nasilił się kryzys gospodarczy, a półki w sklepach „zaświeciły” pustkami. Najważniejsze było to, że można było zacząć krytykować władzę, czy nawet domagać się realnego udziału w sprawowaniu władzy, stawiać pytania, mówić o historii Polski lat powojennych, o powstaniu warszawskim, o Katyniu, czy nawet kwestionować „konstytucyjną” przyjaźń ze Związkiem Radzieckim. Pamiętam upalne, letnie popołudnie, gdy z mamą pędziliśmy do „Rialta” na „Człowieka z żelaza”. Pamiętam także, jak wychowawczyni oznajmiła, że chodzi do kościoła i jest szczęśliwa, że nareszcie może się do tego przyznać; śmieszyło mnie to, bo do kościoła chodziliśmy w każdą niedzielę, bynajmniej niepotajemnie, razem z ojcem, który należał do partii. No i przyszedł 13 grudnia 1981 roku. Spikerzy telewizyjni wbili się w wojskowe mundury, na ulice wyjechały czołgi, zaczęły się łapanki, internowania, medialna nagonka na „Solidarność” i jej działaczy. Z tamtego czasu pamiętam także nauczycielkę matematyki z technikum, a obecnie posłankę PiS, która – jako wicedyrektorka – zalecała bardzo poważnie podejście do zakazu udziału w potencjalnych demonstracjach i nawet podnoszenia z ziemi ulotek antyrządowych, pod groźbą relegowania ze szkoły (teraz ma czelność moralizowania i uczenia patriotyzmu).

Prawdziwy smak wolności poczułem w 1989 roku. Polska stała się wolnym i demokratycznym krajem i takim pozostaje.

Z przerażeniem obserwuję, że spora grupa moich rodaków mentalnie tkwi w czasach realnego socjalizmu. Ich wiedza o podstawowych zasadach funkcjonowania gospodarki (nawet w skali mikro) jest żadna. To grupa bardzo roszczeniowa - państwo ma obowiązek zapewnić im dobrobyt: dać „godną” pracę, „godziwy” zarobek, zapewnić mieszkanie. Ludzie, którzy odnieśli sukces finansowy to dla nich aferzyści. Pracodawca to krwiopijca. Rządzący to złodzieje, którzy tylko „chcą się nachapać”. Często są zwolennikami "silnego" państwa i zamordyzmu. Czują się prawdziwymi patriotami. Mniej lub bardziej świadomie pragną powrotu socjalizmu, tyle, że pod dyktatem kleru. To głównie na nich kapitał polityczny zbija PiS.

Równie dużą pogardę, jaką miałem do Jaruzelskiego i Urbana blisko trzydzieści lat temu, teraz czuję do polityków, którzy twierdzą, że Polska jest „republiką bananową”. Obrzydzeniem napawa mnie przyrównywanie działań demokratycznie wybranych władz do metod stosowanych w PRL-u. Gardzę politykami, którzy nie potrafią docenić zdobyczy, które dla społeczeństwa obywatelskiego są najcenniejsze, a którymi są wolność i demokracja.

Tagi
zBLOGowani.pl